Reportaż z Abbeville

Wymanewrować albo prześcignąć 10. Pułk Strzelców Konnych. To była rzecz niewykonalna. Ich szybkim czołgom i elastyczności działania dywizja generała Maczka zawdzięczała przełamanie frontu w Normandii. Teraz gnali w stronę granicy francusko-belgijskiej. Gdy filmowiec Janusz Żegota-Januszajtis miał udokumentować zajęcie przez strzelców konnych Abbeville musiał się bardzo postarać, by zdążyć na czas.

Trochę ryzykował wybierając niesprawdzoną ale najkrótsza drogę. Dotarł do kanału i półrozwalonego mostu, który w wielkim pośpiechu wysadzili Niemcy. Panowała cisza, dopalały się tylko elementy przęseł. Zaszumiała kamera – taka sceneria pobojowiska to zawsze jakaś namiastka akcji dla spóźnionego korespondenta. Więcej śladów walki nie było. Gdy zdążył już ochłonąć już na tyle, by zauważyć że nie było nawet śladów gąsienic po przejściu 10. pułku, wokół zaczęły wybuchać pociski. Z drugiego brzegu odezwały się także karabiny maszynowe i rzeka zaczęła wyglądać – jak wspomina operator – jakby padało. Jego dżip był dobrym, bo jedynym celem w mieście. Po chwili uciekającym po własnych śladach. 2 kilometry za miastem Januszajtis spotkał polskie czołgi. Pognały dalej, mając już rozpoznaną drogę.

1. Dywizja Pancera w walce

Żołnierze i czołgi 10. PSK a ulicach wyzwolonego miasta. Strony ksiażki - 1. Dywizja Pancera w walce

Reportaż ze zdobycia Abbeville w końcu się udał. Sceny przetrwały do dziś, wmontowane w filmy, a sama historia trafiła do wspomnień fotoreportera. Nie oparł się pokusie opisania, jak od strony wroga pędził na przeciw polskiej kolumnie i meldował zdumionemu dowódcy: „zdobyłem Abeville panie pułkowniku”.

Z rzeczywistą dumą wspomina niektóre ujęcia. Zarejestrował trafienie, które uciszyło („na wieki”) stanowiska niemieckich karabinów maszynowych w oknie wieży katedralnej. By ochronić zabytek, do tego jednego strzału, ściągnięto najlepszego artylerzystę. Efekt – „wieża nienaruszona”. Między wierszami znajdziemy jeszcze jedno źródło satysfakcji, z tymi karabinami maszynowymi operator znał się już wcześniej.

Prześcignąć 10. Pułk udało się jedynie korespondentowi. Ale tylko raz i przez przypadek.

________

Jerzy Zbigniew Żegota-Januszajtis
(1920-1998) Urodził się w Warszawie, syn generała. Pierwszą życiową przygodą maturzysta liceum krzemienieckiego stało się zimowe przejście przez Karpaty do Rumunii. Do Francji przeniósł szyfr do kontaktu z organizacją podziemną. W Szkocji przeszedł szkolenie bojowe w 1. Dywizji Pancernej. Początkowa w oddziałach liniowych później skierowany wyłącznie do pracy oświatowej o reporterskiej. Dokumentował działania jednostki na froncie zachodnim, często na pierwszej linii. Osobistym sukcesem Januszajtisa było stworzenie profesjonalnego zespołu dokumentalistów, dzięki powołaniu do 1.DP filmowców powstania warszawskiego z wyzwalanych obozów jenieckich. Zespół dokumentował losy dywizji gen. Maczka do rozwiązania jednostki oraz montował filmy z materiałów Januszajtisa. Oprócz dorobku fotoreporterskiego pozostawił, próby poetyckie i kompozytorskie. Zmarł w Anglii.
Publikacje książkowe: „Wspomnienia fotoreportera z Dywizji Maczka”
Filmy: „Niezwyciężeni – Idziemy”, „Kroniki 1. DP”, „Droga do Wilhelmshaven”

Polskie reportaże wojenne i ich powojenne wydania

Kilkudziesięciu polskich dziennikarzy starało się towarzyszyć polskim oddziałom w czasie zmagań wojennych w różnych zakątkach Europy. Frontowe relacje docierały także od żołnierzy regularnych jednostek. Żołnierzy z notesami i aparatami – tak o sobie myśleli. Jednak kilku stało się rasowymi dokumentalistami. Warto o nich pamiętać, tak jak pamiętamy o naszych wybitnych reportażystach literatach XX. wieku.

Literaci i korespondenci
„Dywizjon 303” Arkadego Fiedler
a i „Bitwa o Monte Cassino” Melchiora Wańkowicza są najszerzej znane. Powstawały jako książki i miały poruszać tematy – legendy. Aurę legendy wzmacniał fakt, że dotarcie do egzemplarzy wymagało od czytelnika wtajemniczenia (w okupowanym kraju i w latach 50. dosłownego). Ważny był też, po prostu warsztat literacki autorów i idąca za nim sława. To wszystko przekładało się na kolejne, bardziej dostępne wydania książek.

Zupełnie inny los spotykał relacje korespondentów wojennych. Były rozproszone po gazetach i broszurach. Wydawnictwach z natury doraźnych i najczęściej o ograniczonym zasięgu.

Na szczęście po zakończeniu działań wojennych podjęto próby zebrania i publikacji najciekawszych relacji. Książki i dokumentacja filmowa powstawała przed demobilizacją Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie. Drukowano w miarę skromnych środków, niepotrzebnej już aliantom, armii. Najlepiej w drukarniach Szkocji i Belgii, czyli tam, gdzie jeszcze dobrze pamiętano o Polakach.

fot. Tomasz Pawlak

„Czerwone Diabły pod Arnhem” oraz „Ostatni rok wojny” to efekt pracy reporterskiej dziennikarza – Marka Święcickiego. Autor pozostał wierny reportażowi historycznemu już do końca kariery zawodowej.

Czerwone Diabły pod Arnhem
Jeśli chodzi o książkę, jako przedmiot, najbardziej porusza skromna broszura „Czerwone diabły…”. Wydana w Rzymie w 1945 roku. Powstała w drukarni polowej przy 2. Korpusie Polskim (to tam w oddziale Kultury i Prasy uwijali się Czapski, Grudziński, Giedroyć). Papier jaki można było zdobyć w powojennych Włoszech już podczas druku był w złym stanie. Do kompletnego zestawu czcionek wiele trzeba było dorabiać, także wszystkie polskie znaki. Prawdopodobnie zgodnie z wojenną reguła „z tego się nie strzela” nie wykazano tu ani rusznikarskiej, ani nawet typograficznej precyzji. Litery w liniach skaczą przed oczami ale po przeczytaniu kilku kolejnych kolumn nie zwracamy już na to uwagi. Jesteśmy w środku opowieść o Brytyjczykach i Polakach gen. Sosabowskiego próbujących dotrzeć o ten jeden most za daleko. Spisane i wydane „na gorąco”.

fot. Tomasz Pawlak

„Egzotyczna” dla drukarza nazwa holenderskiej miejscowości Driel zamieniła się w Oriel.

Ostatni rok wojny
Fragmenty tej samej opowieści otwierają wydany w następnym roku zbiór dwunastu reportaży – „Ostatni rok wojny”. Tom zaskakuje jakością. Drukowany w Glasgow na takim papierze i oprawiony z taką starannością, że do dziś wygląda jakby pochodził z lat sześćdziesiątych. Nie zmienił się jednak surowy charakter samej relacji. Marek Święcicki zaznacza w przedmowie: „Wymagały by one, jeśli nie gruntownego przepracowania od podstaw, to przynajmniej licznych poprawek i uzupełnień. Wówczas jednak przestały by być tym, czym są: bezpośrednią obserwacją dziennikarza, któremu los pozwolił przemierzyć parokrotnie Europę w jednym z najtragiczniejszych jej okresów”.
Święcicki świadomie zostawił poprawienie, uzupełnianie relacji czasowi i kolejnym autorom. [Przy pierwszym zetknięciu samodzielnie wydane „Czerwone Diabły...”
mogą rozczarowywać brakiem rozmachu literackiego. Porównujemy „Czerwone diabły pod Arnhem” i „O jeden most za daleko”. Bieżącą relację uczestnika wydarzeń z powieścią Corneliusa Ryana o tych wydarzeniach. (Bo to wystylizowana na reportaż, wypracowana przez lata, z relacji setek osób, znakomita powieść.)

1. Dywizja Pancerna w walce
Na uwagę zasługuje inna publikacja emigracyjna. Szczególna, bo reporterzy, redaktorzy i graficy starają się pozostać niezauważeni. A w przedmowie przyznają, że łatwiej było wygrać niejedną bitwę, niż wydać książkę w pięknej szacie i planowanym nakładzie.
W 1947 w Brukseli powstał obszerny zbiór relacji żołnierzy gen. Maczka - „1. Dywizja Pancerna w walce”. Autor jest zbiorowy. Często w podpisie widnieje nazwa oddziału. Piszą żołnierze o żołnierzach. Ważna pod względem fotoreporterskim – znalazło się tu około stu zdjęć – przeważnie sygnowanych. Opowieść od lądowania w normandzkim Arromanches, przez pola Falaise, ulice Bredy, groble Holandii, aż po zdobytą bazę niemieckiej marynarki - Wilhelmshaven.

O drodze dywizji Maczka mówi także dorobek filmowy i fotograficzny zespołu, który stworzył oficer jednostki - Jerzy Zbigniew Żegota-Januszajtis. Pancerniak, który nie rozstawał się z aparatem, a z czasem dokupił amatorską kamerę filmową. Najistotniejsze, że potrafił przekonać dowódców o znaczeniu dokumentu i skupić wokół siebie doświadczonych filmowców, realizatorki i fotoreporterów z Armii Krajowej (m.in. Roman Banach, Leonard Zawisławski, Jerzy Beeger). Zwieńczeniem prac zespołu były filmy zmontowane po wojnie. Najważniejszy dokument to „Idziemy”, od lat 90. znajduje się w archiwach Telewizji Polskiej i Muzeum im.gen. Stanisława Maczka w Bredzie.

Koniec wojny
Pod względem ideowym te wszystkie relacje mają kilka cech.
O klęsce się nie pisze. To cena zwycięstwa. Bolesne, chwilowe niepowodzenia a wyznaczone zadania podejmą i dokończą inni. Tak jest u Święcickiego pod Arnhem. Tak jest u Wańkowicza, gdy mowa o pierwszych bitwach o Monte Cassino.
Charakterystyczna dla relacji z ostatniego okresu walk i późniejszego rozwiązania PSZ stała się gorycz w wypowiedziach uczestników (szczególnie żołnierzy kresowego 2. Korpusu) i retoryczne pytania autorów. Kończyły się walki. Wszyscy wokół, nawet wrogowie-jeńcy, myśleli o powrocie do domu.
A my dokąd? Gdzie się podział nasz trud, ta rozlana krew? I gdzie to nasze zwycięstwo?
Literaci, korespondenci i redaktorzy mówią tu zgodnie. I dodają: zostawiamy wam dokument.

__________

Marek Święcicki
(1912-1994) Urodził się w Odessie. W czasie studiów na Uniwersytecie Warszawskim był redaktorem tygodnika akademickiego. Nietypowy był początek jego wojennej drogi – 1 września zastał go w Paryżu. Przez Włochy, Jugosławię i Rumunię, po dwu tygodniach, dotarł do Polski. Dołączył do tysięcy polskich żołnierzy, którzy właśnie udawali się w przeciwnym kierunku, do armii odtwarzanej we Francji. Po kampanii francuskiej i ewakuacji do Anglii. W armii polskiej w Szkocji redagował „Dziennik Żołnierza” później londyński „Dziennik Polski”. Od roku 1944 był korespondentem wojennym przy 1 Brygadzie Spadochronowej gen. Sosabowskiego i (brytyjskiej) 1 Armii Powietrznej. Przez osiem dni walk był pod Arnhem wraz z okrążonymi Brytyjczykami i Polakami. Później relacjonował działania armii polskiej na froncie włoskim. Po wojnie pracował w redakcji londyńskiego „Dziennika”. Od roku 1952 związał się z radiem. Prowadził audycje w Radiu Wolna Europa i waszyngtońskim Głosie Ameryki. Reportaże wojenne oraz radiowe ukazały się drukiem. Zmarł w Stanach Zjednoczonych

Publikacje książkowe: „Czerwone diabły pod Arnhem”, „Ostatni rok wojny”, „Z mikrofonem przez historię”, „Z mikrofonem przez Amerykę”.

Jerzy Zbigniew Żegota-Januszajtis
(1920-1998) Urodził się w Warszawie, syn generała. Pierwszą życiową przygodą maturzysta liceum krzemienieckiego stało się zimowe przejście przez Karpaty do Rumunii. Do Francji przeniósł szyfr do kontaktu z organizacją podziemną. W Szkocji przeszedł szkolenie bojowe w 1. Dywizji Pancernej. Początkowa w oddziałach liniowych później skierowany wyłącznie do pracy oświatowej o reporterskiej. Dokumentował działania jednostki na froncie zachodnim, często na pierwszej linii. Osobistym sukcesem Januszajtisa było stworzenie profesjonalnego zespołu dokumentalistów, dzięki powołaniu do
1.DP filmowców powstania warszawskiego z wyzwalanych obozów jenieckich. Zespół dokumentował  losy dywizji gen. Maczka do rozwiązania jednostki oraz montował filmy z materiałów Januszajtisa. Oprócz dorobku fotoreporterskiego pozostawił, próby poetyckie i kompozytorskie. Zmarł w Anglii.
Publikacje książkowe: „Wspomnienia fotoreportera z Dywizji Maczka”
Filmy: „Niezwyciężeni – Idziemy”, „Kroniki 1. DP”, „Droga do Wilhelmshaven”