Aleje na niebie i ziemi

„No, to będzie operacją! – zaciera ręce z zadowoleniem kapitan Zwolański”. Lecący z nim korespondent Marek Święcicki podziela zachwyt i to poczucie uczestnictwa w czymś wielkim. Formacja ich szybowców, ciągniętych przez brytyjskie bombowce jest imponująca. Przypomina mu nieskończoną aleję wytyczoną ponad Anglią w kierunku Holandii.

Marek Święcicki

Marek Święcicki na stronach reportażu „Czerwone diabły..."

Lądowanie pod ogniem
Gdy 18 września 1944 r. wysiadali z szybowca na lądowisku kilkanaście kilometrów od mostu w Arnhem, operacja „Market-Garden” trwała od dwudziestu czterech godzin. Mijali brytyjskich żołnierzy drzemiących po ciągłej, dobowej walce, rozbity niemiecki samochód sztabowy i ciało zabitego generała. Choć Niemcy bronili się zaciekle, docierały wieści o uchwyceniu przez spadochroniarzy północnego krańca mostu. Trudna operacja, przebicia się 80 kilometrów za linie wroga i wdarcia się do serca Niemiec, zapowiadała się pomyślnie. I taka jest pierwsza depesza korespondenta do Londynu.

Święcicki przyleciał z pierwszym rzutem polskich dział przeciwpancernych i radiostacjami Ludwika Zwolańskiego i innego polskiego oficera łącznikowego przy brytyjskiej dywizji powietrznodesantowej. Mieli wiele szczęścia, ostrzał niemiecki  był niewielki. Następnego dnia sytuacja uległa zmianie. Choć plan Montgomery’ego nie przewidywał poważnych trudności  przeszkodą okazały się dwie niemieckie dywizje pancerne stacjonujące pod Arnhem. Po hitlerowskich kontratakach utracono strefy lądowania. Szybowce z pozostałymi polskimi artylerzystami i sprzętem brytyjskim lądowały wśród oddziałów niemieckich. Powitaniem byłą śmierć bądź niewola.

kapitan Zwolański

kapitan Ludwik Zwolański

„Market-Garden”
Kilkadziesiąt tysięcy spadochroniarzy amerykańskich i brytyjskich miało zdobyć i utrzymać mosty oraz szosę na 80 km w głąb niemieckiego terytorium – to była część „Market”. Kilkadziesiąt tysięcy żołnierzy brytyjskich jednostek zmechanizowanych – kryptonim „Garden” miała się błyskawicznie przedzierać tą „aleją”.

Całość operacji przypominała ustawianie przez Montgomery’ego kostek domina na mapie. W jednej jedynej, za to długiej kolumnie. Pogromca Rommla chciał skończyć wojnę na Boże Narodzenie i chyba założył, że już nikt nie będzie mu przeszkadzał bawić się kostkami. Rzeczywistość okazała się bezlitosna. Jeśli ktokolwiek i cokolwiek (pogoda, wróg, własne opóźnienia) przewróciło którąkolwiek kostkę domina – na początku, w środku, czy na końcu – łatwo przewracały się kolejne. A misterny plan co chwila zaczynał się sypać.

Trzy dywizje powietrznodesantowe i polska brygada desperacko i na nowo próbują ustawiać swoje kostki domina a brytyjski XXX korpus zmechanizowany stara się dołożyć swoje. Czołowe czołgi nacierają i ponosi straty. Trzeba je też wysyłać do tyłu w celu odpierania niemieckich kontrataków na zdobyty korytarz. „Trzydziesty”, zamiast szybkiej jednostki, coraz bardziej przypomina kilkudziesięciokilometrowy korek na jedynej szosie. Na poboczach leżą zepchnięte przez buldożery – zniszczone lub uszkodzone pojazdy. Saperzy budują nowe przeprawy w miejsce wysadzonych. Spadochroniarze i czołgi w końcu desperacko zdobywają przedostatni most na Waal.

Na próżno. Za Renem Niemcy są zbyt silni i zdesperowani bliskością własnej granicy. Siły lądowe docierają do osamotnionych brytyjskich i polskich spadochroniarzy zbyt późno. Udaje się uratować tylko dwa tysiące żołnierzy z przyczółka Oosterbeek i Arnhem.

Osiem dni reportera
O dniach spędzonych na przyczółku Oosterbeek Święcicki opowiada w reportażu „Czerwone diabły pod Arnhem” (o samej książce w notce o powojennych wydaniach reportaży). Za Renem brytyjska 1 Dywizja Powietrznodesantowa wypatrywała lądowej odsieczy i następnej fali spadochroniarzy. Nie wiedzą, że wojska „Garden” utknęły już na pierwszym wysadzonym przez Niemców moście. Z opóźnieniem dowiadują się, że zła pogoda nad Anglią przez kolejne dni zatrzymała polską brygadę. Gdy 1.SBS w końcu lądowała prosto na przygotowanych Niemców i miała uchwycić południowy kraniec mostu, to desperacki opór batalionu czerwonych beretów Frosta na jego północnym przyczółku już dogasał. Rozkazy dla generała Sosabowskiego zostały zmienione – zamiast bezskutecznie atakować silniejsze oddziały niemieckie od południowej strony mostu mieli przeprawić się i wzmocnić przyczółek Osterbeek.

Wobec rwącej się łączności radiowej kapitan Zwolański przepływa wpław Ren, by nawiązać kontakt z generałem Sosabowskim. Wraca z wiadomością, że polska brygada ma  się przeprawiać na improwizowanym sprzęcie.

Teraz Marek Święcicki po części przejął jego obowiązki. Co wieczór przedziera się przez Oosterbeek do brzegu, w stronę wąskiego odcinka jaki utrzymywali Anglicy. Był (nieuzbrojonym) akredytowanym korespondentem ale po pierwsze był oficerem. Znając języki i mając wgląd w trudną sytuację przyjął rolę oficera łącznikowego.

Hitlerowski ogień na przeprawę jest morderczy. Pierwszej nocy w kościele niedaleko rzeki zbiera się tylko kilkudziesięciu Polaków. Przez dwie następne noce przeprawia się około trzystu. Nie są w stanie przechylić szali zmagań. Udaje się to jedynie na jakiś czas i tylko na jakimś odcinku. Niemcy nie spotkali się z tak twardym przeciwnikiem ale mają przygniatającą przewagę. Sytuacja jest rozpaczliwa. Wreszcie zapada decyzja o ewakuacji przyczółka w nocy 25 września.

Wycofywanie oddziałów osłaniają Polacy. To naturalne. Byli w walce o trzy doby krócej. Ich zarost jest o tyle krótszy, a warstwa brudu na bluzach maskujących i bandażach cieńsza.

W głośnym i gęstym deszczu zmieniającym noc w czarną zasłonę Święcicki i żołnierze z przyczółka posuwają się w stronę Renu. Na nadrzecznym pastwisku są prawie odsłonięci, odłamki moździerzy drą trawę wokół. Nagle spod zabitej krowy wysuwa się pomocna dłoń i wciąga  korespondenta pod tę przedziwną osłonę. Ta okazuje zaskakująco skuteczna. Gdy cichną moździerze skokami brną do rzeki. Nie ma paniki.

Korespondent wiosłuje na drugi brzeg w jednej z łodzi ściągniętych pospiesznie z całych sił „Garden”. Kursują do rana i jest ich coraz mniej. Setki spadochroniarzy przepływają na własną rękę, wpław. Starsi mają mniej sił, kapelan polskiej brygady znika kolegom z oczu w połowie nurtu.

Święcicki jest już na „polskim” brzegu i pełznie przez wał w na stronę Driel. Tu padają już tylko nieliczne pociski. Robi się jaśniej. Po chwili reporter rozpoznaje Szkota, który wciągnął go pod cielsko krowy. Może podziękować za tamtą pomoc.
I dopiero teraz zauważa, że leje deszcz.

***

Te dni przyniosą mu reportaż życia. Jego towarzyszowi z szybowca – Zwolańskiemu najwyższe bojowe odznaczenia polskie i brytyjskie.

__________

Marek Święcicki
(1912-1994) Urodził się w Odessie. W czasie studiów na Uniwersytecie Warszawskim był redaktorem tygodnika akademickiego. Nietypowy był początek jego wojennej drogi – 1 września zastał go w Paryżu. Przez Włochy, Jugosławię i Rumunię, po dwu tygodniach, dotarł do Polski. Dołączył do tysięcy polskich żołnierzy, którzy właśnie udawali się w przeciwnym kierunku, do armii odtwarzanej we Francji. Po kampanii francuskiej i ewakuacji do Anglii. W armii polskiej w Szkocji redagował „Dziennik Żołnierza” później londyński „Dziennik Polski”. Od roku 1944 był korespondentem wojennym przy 1 Brygadzie Spadochronowej gen. Sosabowskiego i (brytyjskiej) 1 Armii Powietrznej. Przez osiem dni walk był pod Arnhem wraz z okrążonymi Brytyjczykami i Polakami. Później relacjonował działania armii polskiej na froncie włoskim. Po wojnie pracował w redakcji londyńskiego „Dziennika”. Od roku 1952 związał się z radiem. Prowadził audycje w Radiu Wolna Europa i waszyngtońskim Głosie Ameryki. Reportaże wojenne oraz radiowe ukazały się drukiem. Zmarł w Stanach Zjednoczonych

Publikacje książkowe: „Czerwone diabły pod Arnhem”, „Ostatni rok wojny”, „Z mikrofonem przez historię”, „Z mikrofonem przez Amerykę”.

Honor generała – Holendrzy pamiętają

Mijają właśnie dwa lata od premiery filmu „Honor generała”. Dokument Joanny Pieciukiewicz to bardzo emocjonalna opowieść. Po pierwsze o generale Sosabowskim i jego brygadzie. Oraz kolejno o dawaniu świadectwa całym życiem, dokumentowaniu i odkłamywaniu historii, a także o dziennikarstwie śledczym. Bohaterami filmu są Holendrzy walczący o pamięć o polskich żołnierzach.
Poniżej do obejrzenia film, oraz kilka zdań uzupełnienia i fotografii.

Świadectwo Cory Baltussen
Nadzieje Holendrów na rychłe wyzwolenie uosabia postać młodej dziewczyny z Driel, otwierająca powieść Corneliusa Ryana „O jeden most za daleko”. W dalszej części książki Cora pracuje jako pielęgniarka, aż do utraty sił. Z podobną wytrwałością działa po wojnie, zachowując ciepły uśmiech dla polskich gości.
Ostatnie akapity tej powieści-reportażu to scena, gdy na jej oczach ostatni polscy żołnierze opuszczają wioskę pod Arnhem. Jeden z nich uderza w dzwon.

Fot. Tomasz Pawlak

Archiwa Erica Van Tilbeurgha
Tilbeurgh – pasjonat historii 1 SBS i jej dowódcy generała Sosabowskiego. Przyczynił się do ujawnienia listu królowej Wilhelminy z 1946 r. do rządu Holandii z prośbą o odznaczenie żołnierzy 1SBS. Dokument był kluczowy w staraniach, o których opowiada film.

Geertjan Lassche i jego zaangażowane dziennikarstwo
Widziałem wszystkie nieszczęścia świata, widziałem tsunami, ale żadna historia nie zrobiła na mnie takiego wrażenia, jak ta o Sosabowskim i jego żołnierzach.
Jest dziennikarzem telewizji publicznej Holandii. Zrealizował kilka dokumentów o żołnierzach Sosabowskiego. Po emisji jednego z nich „Zapomniani polscy bohaterowie Bitwy pod Arnhem” w 60. rocznicę bitwy, nastrój wdzięczności dla Polaków, jaki trwał od 1944 roku wśród społeczności Driel udzielił się szerokiej opinii publicznej Holandii.

Świadkowie we wspomnieniach Joanny Pieciukiewicz
„Idziemy na plac Sosabowskiego w Driel. Tam młoda dziewczyna po angielsku ponagla staruszka na wózku inwalidzkim:

- „Dziadku, my musimy wracać już do Anglii!”
Porucznik Jan Laszczak, uczestnik tamtych wydarzeń, przerywa jej niecierpliwie:

- „Ale ja muszę tej pani coś powiedzieć, jestem ostatnim świadkiem! Proszę, niech Pani przyjedzie do Londynu, tylko proszę się pośpieszyć. Ja jestem umierający, ale poczekam na Panią” – prawie krzyczy piękną polszczyzną.

Przez kilka kolejnych miesięcy podążamy z ekipą śladami generała Sosabowskiego. Nagrywamy zdjęcia w Portugalii, wracam do Holandii, rozmawiam w Anglii z ciężko chorym porucznikiem Janem Laszczakiem.

Kiedy film jest już gotowy, dzwonię do Londynu. Jasiu odszedł – płacze Jego żona – był bardzo szczęśliwy, że zdążył opowiedzieć Pani swoją historię.”  Wspomnienia reżyserki (za Polonia.nl)

***

W 2009 roku w obchodach Dnia polskiego w Driel po raz pierwszy uczestniczył premier Rzeczpospolitej. Najbliższa rocznica we wrześniu.

____________

____________

Nota powstała dzięki mojemu bratu, miłośnikowi historii brygady Sosabowskiego, gościnności rekonstruktorów 1SBS (szczególne ukłony w stronę Skawiny), pomocne były też wiadomości: Telewizji Szczecin i portalu Polonia.nl