Polski reportaż w Life’ie

W numerze „Life”a z 28 sierpnia 1944 r., dwa miesiące po legendarnym fotoreportażu Roberta Capy z normandzkiej plaży Omaha ukazuje się równie sławny, z materiałami polskich reporterów o żołnierzach Maczka walczących pod Falaise. Świat zapamiętuje kolejne kadry-ikony.

Okładka magazynu Life z 19.06.1944 z fotoreportażem Roberta Capy. (fot. za life.com)

Okładka magazynu „Life” z 19.06.1944 z fotoreportażem Roberta Capy. (fot. za life.com)

Czy taki scenariusz był możliwy?
Przyjrzyjmy się jak ten gorący okres wspominają dwie osoby J. G. Morris – fotoedytor „Life’a” w Londynie oraz Marian Walentynowicz – fotoreporter w 1 dywizji Maczka (znany rysownk, twórca między innymi Koziołka Matołka). Z ich opowieści wysnujemy historie dwu przesyłek ze zdjęciami.

Przesyłka A dzień 1.
Jest 6 czerwca 1944 r. Dochodzi ósma. Marynarz z Łodzi desantowej odbierającej rannych z krwawej plaży Omaha czuje się jak w środku piekła. Nagle widzi coś niezwykłego, nawet jak na te warunki – ręce z aparatami fotograficznymi wystającymi ponad fale. Ciągnie za te ręce i na powierzchni pojawia się parskająca głowa o włosach ciemnych i zbyt długich jak na rekruta. Tak zapamiętuje wyciągnięcie z tego piekła, słynnego reportera – Roberta Capy.

Capa płynie wraz z rannymi do Anglii.  Pakuje cztery uratowane filmy 35 mm i sześć rolek wielkoobrazkowych w pakiet z opisem i adresuje. Powstaje Przesyłka A.

Przesyłka W dzień 1.
Dwa miesiące po desancie w Normandii, po ustabilizowaniu przyczółka coraz lepiej działał system obsługi prasowej. Rano lub wieczorem każdego dnia materiały z pierwszej linii w kilka godzin docierały do rąk szefów redakcji.

Frontowy korespondent Walentynowicz wręczając rano gońcowi motocyklowemu paczkę W może liczyć na to, że szybko trafi ona na lotnisko polowe. Samolot po półtorej godziny lotu wyląduje na londyńskim lotnisku, a kolejny motocyklista przejmie materiał dla redakcji. Tam historia paczki W powinna się zakończyć. Ale trwa wojna, wyścig z czasem, a opowieści nabierają kolorów.

Przesyłka A dzień 2.
W biurze „Life’a” zespół Morrisa już drugi dzień sortuje „ogólne zdjęcia z frontu działań”. Do tej pory wystarczały. Po dniu „D” już nie. Szykowali się na tę chwilę od 8 miesięcy, a zdjęć od ich dwu reporterów z pierwszej linii nie ma. Konkurencja podobno też jeszcze nie ma co publikować. Kończy się dzień, redakcja waszyngtońska chce zdjęć nie obietnic. Wieczorną ciszę przerywa telefon. Na południowym krańcu Anglii nadawana jest dla nich paczka.

Przesyłka W dzień 2.
Nasza paczka W przeszła w wieczornej poczcie i czeka bezpieczna w przegródce. Rano, po rozpoczęciu pracy biura prasowego, oficer dyżurny odbiera z portierni biurowca pocztę. Po przejrzeniu korespondencji zawiniątka z kliszami i opisy z paczki W trafiają na kolejne biurko i otrzymuje nową kopertę. Goniec z biura prasowego armii przechodzi dwie przecznice i w oddziale poczty nadaje (tradycyjnie) zwykłą przesyłkę zaadresowaną do Szkocji.

Mieszkańcy Londynu wspominają, że prywatne przesyłki w tym czasie dosyć często się zawieruszały. Priorytetem dla królewskiej poczty były przesyłki od administracji JKM. Znaczną część doświadczonych pocztowców powołano do armii, reszta robiła co mogła, a doraźnie przyuczani pracownicy popełniali błędy.

Przesyłka A dzień 3.
O 8:30 fotoedytorzy „Life”a otwierają paczkę A. Wszystkim drżą dłonie. Technicy przejmują kliszę, a Morris odczytuje ze świstka nabazgrane zdania: „Najważniejsze zdjęcia na (kliszach) wąskoobrazkowych. Było ciężko. Wróciłem niechcący z rannymi do Anglii. Gdy to będziecie czytali ja będę ponownie w drodze do Normandii.”

Laborant wraca z ciemni zrozpaczony. Zdjęcia przepadły, gdy zostawił je suszące się przy grzejniku elektrycznym. Miało być szybciej. Szef fotoedycji idzie obejrzeć katastrofę. Pod wpływem temperatury z klisz spłynęła emulsja. Tylko na końcu jednej kliszy widzi klatki. Jest ich jedenaście. Na stykówkach pokazuje się bardzo mocne ziarno emulsji, jest też lekko poruszone. Wydaje się, że do druku może iść przynajmniej 9 zdjęć.

Przesyłka A dzień 4.
Żaden pakiet zdjęć nie opuści Anglii bez cenzorskiej banderoli „Dopuszczone do publikacji”. Cenzura pracuje 24 godziny na dobę w gmachu głównym uniwersytetu. Wkrótce fotoedytorzy już wiedzą, co nie przejdzie, a laboranci wydrapują z negatywu na przykład naszywki dywizyjne widoczne na mundurach. Współpraca idzie sprawniej.

Dziś Morris wyszedł z pakietem bezcennych zdjęć o 3:30 nad ranem. Teraz patrzy na zawartość paczki A w rękach alianckich cenzorów. O 8:30 cenzor stempluje ostatnie zdjęcie. Jeszcze tylko banderola. I nagle taśma przykleja się nie tam gdzie trzeba. Nerwowe szarpanie nic nie daje. Mijają cały kwadrans, a o 9:00 goniec nieodwołalnie wyjedzie na lotnisko.

Moriss ma opracowane trasy z biura do cenzury i teraz korzysta z objazdu na godziny szczytu. Wbiega do agencji i w holu widzi gońca zamykającego już torbę, do dziewiątej brakuje tylko sekund. Stać, jeszcze to!

W południe paczka A dolatuje do bazy w Szkocji obsługującej loty transatlantyckie.

Przesyłka A dzień 7.
W sobotni wieczór w waszyngtońskiej redakcji zamykany zostaje numer „Life”a o inwazji.

Przesyłka W dzień 7.
Stary Szkot raczej nie popełnia błędów, jest listonoszem od skończenia szkoły. I zna ten dom na skraju Edynburga, jak wszystkie na swoim terenie. Od kilku lat adresatami są stacjonujący tu polscy żołnierze. Mimo zniesionego zaciemnienia w oknach budynku wiszą ciężkie kotary. W letnim powietrzu czuć chemikalia, w ciemni od rana krzątają się podoficerowie.

Przesyłka W dzień 8.
Pod oknem z ciężkimi kotarami stoją żołnierze w fartuchach i z namaszczeniem palą papierosy. Zasłużyli na odpoczynek. Od wczoraj uporali się z wywoływaniem klisz i zrobili ze dwie setki odbitek próbnych. Rano ktoś zaniesie je na pocztę i nada do Londynu.

Przesyłka W dzień 15.
Z poranną pocztą przychodzi paczka ze Szkocji. Kolejny oficer dyżurny jest pod wrażeniem zdjęć z Francji. Czołgi Maczka gromią Niemców. Ale jatki! W opisach zdjęć są nazwy miejscowości, które słyszał jakiś czas temu w radio. To istotne materiały! Szybko do cenzury.

Szczęście, że flegmatyczna angielska cenzura zdążyła przed godziną 16. Kilku oficerów przepakowuje odbitki próbne do kopert. Stanowczo przybijają do nich pieczątkę „pilne” a żołnierze gońcy biegną do alianckich agencji. Oficerowie „prasowi” kiwają głowami – zdążyliśmy, to było jak szarża. Może będą odznaczenia? A przynajmniej zasłużyliśmy na kolejkę w pubie.

Przesyłka W dzień 17.
Zdjęcia z przesyłki W trafiają także do „Life”a. To od Polaków, materiał z Normandii. Normandia? Dlaczego nie dali czegoś z wejścia do Belgii? O tym piszemy.

Tak się układają losy paczki W i reportażu o bitwie pod Falaise. Podobnie wyglądała historia materiałów o wyzwoleniu Bredy.

Służby prasowe
Polscy korespondenci byli na pierwszej linii, byli ciężko ranni (jak Pruszyński), a ich praca znikała na tygodnie w machinie polskiej obsługi prasowej. Trafiała w końcu do gazet polskich i ulotek pułkowych.

Brytyjskie i amerykańskie media pisały przede wszystkim o Brytyjczykach i Amerykanach, a gdy brakowało informacji szczegółowych jak w przypadku Bredy, pisały o wyzwoleniu przez aliantów. Gdy przychodził materiał od polskich służb prasowych media mówiły już o następnych zwycięstwach, publikowały zdjęcia z kolejnych bitew.

Okładka magazynu Life z 28.08.1944 z fotoreportażem o kotle Falaise. (fotomontaż)

Ujęcie niemieckiego generała. Czy tak wyglądałaby okładka magazynu Life z 28.08.1944 z fotoreportażem o Polakach pod Falaise? (fotomontaż)

W wojsku polskim nie było tradycji służby prasowej a co gorsze żadnej jej wizji. To były londyńskie wakaty dla oficerów bez przydziału, którzy najczęściej nigdy nie pracowali z mediami. Ich wyobraźnia nie przekraczała granicy gazetki z humorem pułkowym i albumu z pamiątkowymi zdjęciami. Fotograf potrzebny był, co najwyżej do uwiecznienia akademii połączonej z wręczeniem gwiazdek oficerskich. Dla takich celów laboratorium fotograficzne mogło pozostać w Szkocji. Jeśli coś się udawało to raczej wbrew temu systemowi pracy niż dzięki niemu.

Gdy w lipcu 1944 r. Moskwa zaczęła promować rząd polskich komunistów (jako jedyny i prawomocny) oraz rozpoczęła naciski na aliantów o wyciszanie informacji o roli Polskiej Armii na Zachodzie i Rządzie Londyńskim, to właściwie niewiele trzeba było do wyciszenia. Media zachodnie też popełniały błędy, bywały bezduszne, ale były już po prostu przyzwyczajone do nieobecności Polaków.

Zaskakujące sąsiedztwo

Na ścianie nowojorskiego Międzynarodowego Centrum Fotografii zawisły obok siebie dwie fotografie. Ich powstanie dzieli blisko 60 lat oraz kilka tysięcy kilometrów.

Pierwsze – czarno-białe, ziarniste i lekko poruszone – zrobione rankiem 6 czerwca 1944 r. przez Roberta Capę na normandzkiej plaży o kryptonimie „Omaha”. W jednym z najkrwawszych miejsc i momentów II wojny światowej. Jest ikoną amerykańskiego udział w wojnie na terenie Europy.

Plaża Omaha - Zdjęcie Roberta Capy z 6 czerwca 1944r. (Fot. za Wikipedia)

Obok, po prawej wisi mały kolorowy kadr z telefonu komórkowego, mizernej jakości pełen pikselowych zakłóceń. Przedstawia zakapturzoną postać stojącą na stołku – torturowanego Irakijczyka. Stało się ikona amerykańskiego udziału w tej wojnie. Autor nie jest znanym fotoreporterem, to fotografia zrobiona telefonem przez uczestnika wydarzeń – żołnierza, który pozostał anonimowy. Zdjęcie świadka wykonane 4 listopada 2003 r. w Abu Gharib w Iraku.

fot. duncan / Flickr CC by 2.0

Scena tortur z Abu Gharib funkcjonuje jako rozpoznawalną ikoną. fot. duncan / Flickr CC by 2.0

Omaha i Abu Gharib – obrazy dwu Ameryk
Nagle zestawiono obrazy dwu innych światów. Zderzyły się także wyobrażenia o żołnierzach demokratycznego państwa. W pierwszej połowie XX wieku wierzyliśmy, że do złego byli zdolni wyłącznie wrogowie – hitlerowcy. W ostatnich dziesięcioleciach kolejne społeczeństwa wysyłając swych żołnierzy do obcych krajów odrabiają tę samą lekcję. Często pokazują to reporterzy (np. Sebastian Junger i Tim Hetherington – twórcy „Wojny Restrepo”), czasem docierają do nas relacje świadków.

Dokument
Zdjęcia nie tylko przedstawiają to, co w kadrze. Wiele mówią o naszym podejściu do tego medium i stosunku do fotoreportażu. Praca Roberta Capy jest symbolem dziennikarstwa fotograficznego pierwszej połowy XX w. W nowym wieku zawód fotoreportera traci na znaczeniu, zastąpiony migawkami wideo i zdjęciami robionymi przez uczestników wydarzeń.

Siła medium
Czy coś jeszcze zostało? Pozostaje nasza wiara we właściwości dokumentacyjne medium. Mimo złej jakości technicznej a może właśnie dzięki niej oba zdjęcia, zarówno to z 1944, jak i to z 2003 r. odbieramy jako autentyczne. Wiarygodne, nie retuszowane pędzlem ani photoshopem.

Dyskusję zapoczątkowaną przez kuratorów centrum muzeum ICP podjął między innymi autor Bloga Prisonphotography.

Bayeux – nagrody dla korespondentów

Są takie lata, że bardzo trudno obejrzeć do końca wystawę Word Press Photo. Nagromadzenie scen okrucieństwa jakich byli świadkami fotografowie jest zbyt duże. Czasem dochodzi świadomość, że fotoreporter nie przeżył. A jeśli to impreza poświęcona tylko i wyłącznie fotografii wojennej?

W takiej sytuacji postawiona jest publiczność i jury w Bayeux, gdzie w październiku wręczono „Nagrody dla korespondentów wojennych”. To właśnie nazwa imprezy (odrobinę wyciszenia – żaden festiwal, żaden konkurs). Nagrody przyznawane są reporterom: piszącym, telewizyjnym, radiowym oraz fotografom.

Janine di Giovanni

Janine di Giovanni, przewodnicząca jury 17. edycji Nagród Bayeux

Bez czerwonych dywanów
A tribute to fredom and democracy – ten napis znajdziemy na plakacie imprezy. Można powiedzieć, że jest zbyt górnolotny, albo nieszczery, ale to nie jest festiwal filmowy Cannes. Publiczność jest tu zupełnie inna a członkowie jury, to w większości korespondenci, może tylko bardziej doświadczeni od uczestników. Nie ma zachowań gwiazdorskich. Wszyscy mają dosyć widoku czerwieni w pracy i przez siedemnaście lat nigdy nie było tu czerwonych dywanów.

2010 – Afryka i Afganistan
Chwilę oddechu (ale nie odmiany) przynoszą seanse fabuł. W tym roku był to „Eyes of War” Danisa Tanovicza o dwu postawach reporterskich na tle walk w Kurdystanie.

Spośród kilkuset reportaży jury wybiera zawsze kilkadziesiąt do prezentacji publiczności. Przyznawane sa nagrody publiczności. W tym roku publiczność i jury były jednomyślne i nagrody za fotoreportaż przypadły Véronique de Viguerie. Nagrodę jury za reportaż prasowy z Kongo otrzymał Christophe Boltanski (Le Nouvel Observateur),  Florence Lozach z Europe 1 za reprtaż radiowy o Kabulu, Danfung Dennis za reportaż telewizyjny „Wojna Obamy. Afganistan”. Gilles Jacquier, autor filmu o szkole w Afganistanie został doceniony za większą formę telewizyjną (fragmenty reportaży i informacje o autorach na stronie nagród).
Ostatni rok zdominowała Afryka i Afganistan.

Plakat 2010

Plakat 2010 fot. za prixbayeux.org

Wyryte w kamieniu
Uczestnicy październikowych spotkań szukaja wytchnienia na starym mieście i w parkach. Najczęściej odwiedzają spokojny park-pomnik. „To jedyne miejsce na ziemi, gdzie imię mojego męża wyryto w kamieniu” – powiedziała Michele Montas gdy otwierano pomnik w Bayeux. Jej mąż haitański dziennikarz Jean Dominique Montas został zamordowany w 2000 r. Nazwiska zabitych kolegów w parkowej alejce przybywa.

Eyes of War

Polacy pod Falaise

Między 7 a 22 sierpnia 1944 r. żołnierze 1. Dywizji Pancernej gen. Stanisława Maczka walczyli w największej z normandzkich bitew – operacji, która przeszła do historii jako kocioł Falaise.

Zwycięstwo zażegnało zagrożenie wiszące nad przyczółkiem inwazyjnym. Bitwa otworzyła aliantom drogę na Paryż ale miała zaskakujący i dramatyczny przebieg. Walki w Normandii dorównywały zaciekłością tym na froncie wschodnim. Niemcy ściągnęli tu doborowe dywizje pancerne „SS” ze wschodu.

Oto historia bitwy w fotografiach na stronie Polityka.pl. Galeria zdjęć zrobionych przez żołnierzy – między innymi Jabłońskiego, oraz korespondentów akredytowanych przy dywizji gen. Maczka – jak znany rysownik Marian Walentynowicz.

Żołnierze 1.DP podczczas rozładunku w sztucznym porcie w Arromanches. Fot. Jabłoński/ NAC (za Polityka.pl)

Żołnierze 1. DP podczas rozładunku w sztucznym porcie w Arromanches. Fot. Jabłoński/ NAC (za Polityka.pl)

Sztab generała Maczka pracuje w okopie pod czołgiem podczas bitwy pod Falaise.

Sztab generała Maczka podczas odprawy w okopie pod czołgiem podczas bitwy pod Falaise. Fot. NAC (za Polityka.pl)

O wydarzeniach rozgrywających się po bitwie Normandzkiej i przygodach innego fotoreportera we wpisie z czerwca „Reportaż z Abbeville”.

Fotograficzne powroty do Normandii

Na was spoczywają oczy całego świata – powiedział w 1944 roku Dwight Eisenhower do swoich żołnierzy gotowych do ataku na północną Francję . I spoczywały. Korpus korespondentów akredytowanych przy siłach inwazyjnych był pełen sław świata literackiego i dziennikarskiego. Relacje i fotografie z plaż popłynęły natychmiast. Są to tematy na dziesiątki samodzielnych opowieści (kilka zdjęć jest także tu). Dziś o czymś innym. Kilka przykładów na to, że słowa głównodowodzącego inwazją – w jakiejś części – trwają do dziś.

Zaciekłość trzymiesięcznych walk o Normandię, oraz ogrom przedsięwzięcia jakim była sama inwazja sprawiają, że co roku, 6 czerwca przybywają tu weterani, ich rodziny, miłośnicy i rekonstruktorzy historii, a także dziennikarze*.

Jednym z fotografików, którzy nadal kierują swoje obiektywy w stronę bohaterów D-day jest Ian Patrick. Fotografował gwiazdy sztuki i rocka dla „Rolling Stone”, pracował dla „New York Times’a”. Od lat 80. mieszka we Francji i mówi o sobie, że jest „Amerykaninem w Paryżu”. Gdy jego ojciec przybył na 40. obchody lądowania towarzyszył mu w podróży po Normandii. Odkrył świat ludzi, którzy uczestniczyli w najbardziej spektakularnej operacji desantowej w dziejach. Zaczął też poznawać ich indywidualne historie i zrozumiał, że stoi wśród bezimiennych bohaterów.

Portrety bezimiennych bohaterów na wystawie w 65. rocznicę D-day

Aparat zabrany dla kilku pamiątkowych zdjęć rodzinnych posłużył szerszemu projektowi. W latach 1984-2008 Patrik portretował ludzi przyjeżdżających na historyczne plaże. Sceny przedstawiają oficjalne uroczystości i chwile prywatności.

Fotograf używa lampy błyskowej, ale to jego kontaktowi z portretowanym oraz odpowiedniemu momentowi i właściwej scenerii zawdzięczamy blask w oczach weteranów.

W 2009 roku w Muzeum Bitwy Normandzkiej pokazano efekty dwudziestopięcioletniej pracy fotografa.

Portrety uzupełniono o wspomnienia i archiwalne zdjęcia bohaterów. Całość została opublikowana jako album i na stronie poświęconej projektowi
d-dayportraits.com

________

Fotograf David Burnett, pracujący dla „Tima” jest znany z reportaży o mieszkańcach współczesnej ameryki i jej prezydentach. On także wielokrotnie wracał do Normandii. Portretował weteranów II wojny światowej tu i w ich rodzinnych domach. Opowieścią o tych spotkaniach jest podkast zamieszczony na stronach tygodnika „Time”.

Strona fotografa davidburnett.com
________

Na koniec niewielkie odstępstwo tematyczne – utrzymany w lżejszym tonie film, jaki zawdzięczamy trzem młodym grafikom pracującym dla kanału historycznego. Opowiada o realizacji scen do dokumentu o tajemnicach D-Day. Piękna narracja, a na koniec klipu sekwencja w ostatecznej formie.

________

* Z tych samych powodów inwazja w Normandia może być na tym blogu nadreprezentowana. Szczególnie w czerwcu.

Polskie reportaże wojenne i ich powojenne wydania

Kilkudziesięciu polskich dziennikarzy starało się towarzyszyć polskim oddziałom w czasie zmagań wojennych w różnych zakątkach Europy. Frontowe relacje docierały także od żołnierzy regularnych jednostek. Żołnierzy z notesami i aparatami – tak o sobie myśleli. Jednak kilku stało się rasowymi dokumentalistami. Warto o nich pamiętać, tak jak pamiętamy o naszych wybitnych reportażystach literatach XX. wieku.

Literaci i korespondenci
„Dywizjon 303” Arkadego Fiedler
a i „Bitwa o Monte Cassino” Melchiora Wańkowicza są najszerzej znane. Powstawały jako książki i miały poruszać tematy – legendy. Aurę legendy wzmacniał fakt, że dotarcie do egzemplarzy wymagało od czytelnika wtajemniczenia (w okupowanym kraju i w latach 50. dosłownego). Ważny był też, po prostu warsztat literacki autorów i idąca za nim sława. To wszystko przekładało się na kolejne, bardziej dostępne wydania książek.

Zupełnie inny los spotykał relacje korespondentów wojennych. Były rozproszone po gazetach i broszurach. Wydawnictwach z natury doraźnych i najczęściej o ograniczonym zasięgu.

Na szczęście po zakończeniu działań wojennych podjęto próby zebrania i publikacji najciekawszych relacji. Książki i dokumentacja filmowa powstawała przed demobilizacją Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie. Drukowano w miarę skromnych środków, niepotrzebnej już aliantom, armii. Najlepiej w drukarniach Szkocji i Belgii, czyli tam, gdzie jeszcze dobrze pamiętano o Polakach.

fot. Tomasz Pawlak

„Czerwone Diabły pod Arnhem” oraz „Ostatni rok wojny” to efekt pracy reporterskiej dziennikarza – Marka Święcickiego. Autor pozostał wierny reportażowi historycznemu już do końca kariery zawodowej.

Czerwone Diabły pod Arnhem
Jeśli chodzi o książkę, jako przedmiot, najbardziej porusza skromna broszura „Czerwone diabły…”. Wydana w Rzymie w 1945 roku. Powstała w drukarni polowej przy 2. Korpusie Polskim (to tam w oddziale Kultury i Prasy uwijali się Czapski, Grudziński, Giedroyć). Papier jaki można było zdobyć w powojennych Włoszech już podczas druku był w złym stanie. Do kompletnego zestawu czcionek wiele trzeba było dorabiać, także wszystkie polskie znaki. Prawdopodobnie zgodnie z wojenną reguła „z tego się nie strzela” nie wykazano tu ani rusznikarskiej, ani nawet typograficznej precyzji. Litery w liniach skaczą przed oczami ale po przeczytaniu kilku kolejnych kolumn nie zwracamy już na to uwagi. Jesteśmy w środku opowieść o Brytyjczykach i Polakach gen. Sosabowskiego próbujących dotrzeć o ten jeden most za daleko. Spisane i wydane „na gorąco”.

fot. Tomasz Pawlak

„Egzotyczna” dla drukarza nazwa holenderskiej miejscowości Driel zamieniła się w Oriel.

Ostatni rok wojny
Fragmenty tej samej opowieści otwierają wydany w następnym roku zbiór dwunastu reportaży – „Ostatni rok wojny”. Tom zaskakuje jakością. Drukowany w Glasgow na takim papierze i oprawiony z taką starannością, że do dziś wygląda jakby pochodził z lat sześćdziesiątych. Nie zmienił się jednak surowy charakter samej relacji. Marek Święcicki zaznacza w przedmowie: „Wymagały by one, jeśli nie gruntownego przepracowania od podstaw, to przynajmniej licznych poprawek i uzupełnień. Wówczas jednak przestały by być tym, czym są: bezpośrednią obserwacją dziennikarza, któremu los pozwolił przemierzyć parokrotnie Europę w jednym z najtragiczniejszych jej okresów”.
Święcicki świadomie zostawił poprawienie, uzupełnianie relacji czasowi i kolejnym autorom. [Przy pierwszym zetknięciu samodzielnie wydane „Czerwone Diabły...”
mogą rozczarowywać brakiem rozmachu literackiego. Porównujemy „Czerwone diabły pod Arnhem” i „O jeden most za daleko”. Bieżącą relację uczestnika wydarzeń z powieścią Corneliusa Ryana o tych wydarzeniach. (Bo to wystylizowana na reportaż, wypracowana przez lata, z relacji setek osób, znakomita powieść.)

1. Dywizja Pancerna w walce
Na uwagę zasługuje inna publikacja emigracyjna. Szczególna, bo reporterzy, redaktorzy i graficy starają się pozostać niezauważeni. A w przedmowie przyznają, że łatwiej było wygrać niejedną bitwę, niż wydać książkę w pięknej szacie i planowanym nakładzie.
W 1947 w Brukseli powstał obszerny zbiór relacji żołnierzy gen. Maczka - „1. Dywizja Pancerna w walce”. Autor jest zbiorowy. Często w podpisie widnieje nazwa oddziału. Piszą żołnierze o żołnierzach. Ważna pod względem fotoreporterskim – znalazło się tu około stu zdjęć – przeważnie sygnowanych. Opowieść od lądowania w normandzkim Arromanches, przez pola Falaise, ulice Bredy, groble Holandii, aż po zdobytą bazę niemieckiej marynarki - Wilhelmshaven.

O drodze dywizji Maczka mówi także dorobek filmowy i fotograficzny zespołu, który stworzył oficer jednostki - Jerzy Zbigniew Żegota-Januszajtis. Pancerniak, który nie rozstawał się z aparatem, a z czasem dokupił amatorską kamerę filmową. Najistotniejsze, że potrafił przekonać dowódców o znaczeniu dokumentu i skupić wokół siebie doświadczonych filmowców, realizatorki i fotoreporterów z Armii Krajowej (m.in. Roman Banach, Leonard Zawisławski, Jerzy Beeger). Zwieńczeniem prac zespołu były filmy zmontowane po wojnie. Najważniejszy dokument to „Idziemy”, od lat 90. znajduje się w archiwach Telewizji Polskiej i Muzeum im.gen. Stanisława Maczka w Bredzie.

Koniec wojny
Pod względem ideowym te wszystkie relacje mają kilka cech.
O klęsce się nie pisze. To cena zwycięstwa. Bolesne, chwilowe niepowodzenia a wyznaczone zadania podejmą i dokończą inni. Tak jest u Święcickiego pod Arnhem. Tak jest u Wańkowicza, gdy mowa o pierwszych bitwach o Monte Cassino.
Charakterystyczna dla relacji z ostatniego okresu walk i późniejszego rozwiązania PSZ stała się gorycz w wypowiedziach uczestników (szczególnie żołnierzy kresowego 2. Korpusu) i retoryczne pytania autorów. Kończyły się walki. Wszyscy wokół, nawet wrogowie-jeńcy, myśleli o powrocie do domu.
A my dokąd? Gdzie się podział nasz trud, ta rozlana krew? I gdzie to nasze zwycięstwo?
Literaci, korespondenci i redaktorzy mówią tu zgodnie. I dodają: zostawiamy wam dokument.

__________

Marek Święcicki
(1912-1994) Urodził się w Odessie. W czasie studiów na Uniwersytecie Warszawskim był redaktorem tygodnika akademickiego. Nietypowy był początek jego wojennej drogi – 1 września zastał go w Paryżu. Przez Włochy, Jugosławię i Rumunię, po dwu tygodniach, dotarł do Polski. Dołączył do tysięcy polskich żołnierzy, którzy właśnie udawali się w przeciwnym kierunku, do armii odtwarzanej we Francji. Po kampanii francuskiej i ewakuacji do Anglii. W armii polskiej w Szkocji redagował „Dziennik Żołnierza” później londyński „Dziennik Polski”. Od roku 1944 był korespondentem wojennym przy 1 Brygadzie Spadochronowej gen. Sosabowskiego i (brytyjskiej) 1 Armii Powietrznej. Przez osiem dni walk był pod Arnhem wraz z okrążonymi Brytyjczykami i Polakami. Później relacjonował działania armii polskiej na froncie włoskim. Po wojnie pracował w redakcji londyńskiego „Dziennika”. Od roku 1952 związał się z radiem. Prowadził audycje w Radiu Wolna Europa i waszyngtońskim Głosie Ameryki. Reportaże wojenne oraz radiowe ukazały się drukiem. Zmarł w Stanach Zjednoczonych

Publikacje książkowe: „Czerwone diabły pod Arnhem”, „Ostatni rok wojny”, „Z mikrofonem przez historię”, „Z mikrofonem przez Amerykę”.

Jerzy Zbigniew Żegota-Januszajtis
(1920-1998) Urodził się w Warszawie, syn generała. Pierwszą życiową przygodą maturzysta liceum krzemienieckiego stało się zimowe przejście przez Karpaty do Rumunii. Do Francji przeniósł szyfr do kontaktu z organizacją podziemną. W Szkocji przeszedł szkolenie bojowe w 1. Dywizji Pancernej. Początkowa w oddziałach liniowych później skierowany wyłącznie do pracy oświatowej o reporterskiej. Dokumentował działania jednostki na froncie zachodnim, często na pierwszej linii. Osobistym sukcesem Januszajtisa było stworzenie profesjonalnego zespołu dokumentalistów, dzięki powołaniu do
1.DP filmowców powstania warszawskiego z wyzwalanych obozów jenieckich. Zespół dokumentował  losy dywizji gen. Maczka do rozwiązania jednostki oraz montował filmy z materiałów Januszajtisa. Oprócz dorobku fotoreporterskiego pozostawił, próby poetyckie i kompozytorskie. Zmarł w Anglii.
Publikacje książkowe: „Wspomnienia fotoreportera z Dywizji Maczka”
Filmy: „Niezwyciężeni – Idziemy”, „Kroniki 1. DP”, „Droga do Wilhelmshaven”

W hołdzie korespondentom

Jest takie miejsce – w cichym, francuskim Bayeux, do którego sztormowy wiatr niesie czasem zapach morza. Pomnik ma formę parku. Wśród zieleni stoją surowe w formie bloki z jasnego, lokalnego kamienia. Na pierwszym umieszczono słowa Simone de Beauvire:
Człowiek zaznaje wolności tylko wtedy, gdy wszyscy wokół są wolni.

fot. Tomasz Pawlak

Motto wyjaśnia, dlaczego Pomnik Poległych Dziennikarzy, Korespondentów Wojennych  powstał w Bayeux – pierwszym, wyzwolonym w czerwcu 1944 roku, francuskim mieście. Z tego samego powodu pierwsze zapisane nazwiska dotyczą II wojny światowej i roku 1944. Wolność, podczas gdy cała reszta Francji i znaczna część świata pozostawała w niewoli. Wolne i niezniszczone Bayeux stało się także pierwszym przystankiem dla korespondentów akredytowanych przy armii inwazyjnej. Tu opłakiwano ofiary desantu, witano szczęśliwie odnalezionych.

Ruszamy spokojną alejką, wytyczoną kolejnymi tablicami. Daty i nazwiska. Wiadomości rozproszone w czasie i nadchodzące z dalekich zakątków świata tu mają szczególną, bolesną wagę. Zgromadzone w jednym miejscu słowa nabierają wagi kamienia.

8 września 2006, gdy sekretarz organizacji „Reporterzy Bez Granic” Roberta Menarda odsłaniał pomnik – tych nazwisk było 406. Poległych w latach 1944-2005 dziennikarzy, operatorów i fotografów. Jeszcze w czasie uroczystości do zgromadzonych dotarła informacja o tragicznej śmierci kolejnych dziennikarzy: Rosjanki Anny Politkowskiej w Moskwie oraz dwóch reporterów niemieckich w Afganistanie.


Przez ostatnie lata ustawiono kolejne tablice, a krzewy i bluszcz z siłą wyrosły obok nich.
Stąpając po mocnej trawie, która nie przypomina już tej świeżo rozłożonej z archiwalnych zdjęć, dochodzimy do pierwszego kamienia -  lata 1944-1945. Nazwisko najwybitniejszego dokumentalisty tamtej wojny – Erniego Pyle’a. Był uwielbiany przez żołnierzy, tu w Normandii za to, że był zawsze bardzo blisko nich. Zginął niecały rok później podczas działań na Pacyfiku.

Kilka kroków dalej na tablicy upamiętniającej lata 1951-1954 odnajdziemy Robera Capę. On też był tu, we Francji pamiętnego czerwca, bardzo blisko, bo w pierwszym rzucie, w największym piekle D-Day. Film „Szeregowiec Ryan” z naturalistyczną wizją lądowania na „Omaha” daje pewne wyobrażenie o tym epizodzie. Gdyby przyjąć, że sekwencja na plaży trwa prawie 2 godziny, przez cały film, a w centrum ciągle jest reporter ze swoimi trzema aparatami to zbliżymy się do historii. Jest też szczęśliwe zakończenie – Capa ocaleje, lecz z jego 79 zdjęć – tylko siedem.
Wojna upomniała się o niego dopiero dziesięć lat później.

Kolejne tablice tego kalendarza zapełnione są coraz liczniejszymi nazwiskami. Ofiary niektórych lat zajmują już całe płyty. To daty i nazwiska związane z kolejnymi konfliktami i miejscami: Wietnam, Bejrut, Irak… Wśród nazwisk umieszczonych na najnowszych tablicach – Mounir Bouamrane i Waldemar Milewicz.

Gdy miniemy już ostatnią tablicę, idziemy zwykłą parkową aleją. Ten projekt architektoniczny z założenia musiał mieć charakter otwarty. W parku jest pewien smutek, ale silniejsze jest odczucie trwania i kontynuacji. Po spacerze nabieramy pewności, że dzieło tych ludzi trwa.

_____________________

Reporterzy Bez Granic

Journalists Memorial

_____________________

Robert Capa
(1913-1954) Endré Ernő Friedmann urodził się w Budapeszcie. Był fotografem samoukiem i asystentem w berlińskich laboratoriach fotograficznych: w 1931 r. Ullstein, a później w Dephot. Po pierwszych próbach coraz częściej dostawał do ręki aparat. Pochodzenie i tematyka reportaży spowodowały, że roku 1933 musiał opuścić Berlin. W Paryżu stał się reporterem niezależnym. Robert Capa to pseudonim tajemniczego amerykańskiego korespondenta – postaci wymyślonej w latach 30. przez Gertę Pohorylle – by łatwiej sprzedawać zdjęcia obojga fotografów. Roberta Capa i Gerda Taro zyskali sławę dzięki reportażom z Hiszpanii, gdzie wojna domowa była pierwszym nowocześnie dokumentowanym konfliktem. A nazwisko Gerda Taro otwiera długą listę korespondentów, którzy ponieśli śmierć podczas pracy. Capa jako reporter magazynu Life fotografował lądowanie w Normandii i walki aliantów aż do zajęcia Niemiec. Tworzył reportaże w Izraelu (1948) i Związku Radzieckim (1947). Portretował znanych artystów. Był pomysłodawcą koncepcji niezależnej agencji fotograficznej i współzałożycielem Agencji Magnum. Zginął 25 maja 1954 r. w Thai Binh, relacjonując kolejny konflikt – wojnę we francuskich Indochinach.
Publikacje książkowe: „Death in the Making”, „Preface by Jay Allen”, „The Battle of Waterloo Road”, „Slightly Out of Focus”, „A Russian Journal”, „Report on Israel”. Jego prace ukazały sie 326 razy w różnych publikacjach prasowych w lat 1932-1954.

Ernie Pyle
(1900-1945) Urodził się na farmie w Indianie. Już w czasach studiów redagował pisma uczelniane. Od 1921 był reporterem waszyngtońskich dzienników. W roku 1926 wraz z nowo poślubioną żoną rozpoczął podróż po Stanach Zjednoczonych. Pisał także felietony o tematyce lotniczej.
Po przystąpieniu Stanów Zjednoczonych do wojny został korespondentem frontowym. Pisał  z perspektywy zwykłego żołnierza o walkach w Afryce, Europie i na Pacyfiku. Z ulic ogarniętego walką Saint-Lo w Normandii i z pokładu lotniskowca na Oceanie Spokojnym. Artykuły przyniosły mu Nagrodę Pulizera w roku 1944.
Zginął podczas zdobywania małej wysepki niedaleko Okinawy – Ie Shimie,18 kwietnia 1944 roku.
Publikacje książkowe: „Ernie Pyle In England”, „Here Is Your War”, „Brave Men”, „Last Chapter”.