Rosenthal na Iwo Jimie

23 lutego 1945 r. na Iwo Jimie powstało wiele dobrych zdjęć. Reporterzy akredytowani przy korpusie marines brnęli obok żołnierzy przez wulkaniczny piach, wspinali się na wzgórza, robili swoje. Tego dnia, jednemu z nich – Joe Rosenthalowi z Associated Press – udało się zdjęcie życia.

Ta wulkaniczna wysepka wydawała się obu stronom niezwykle ważna. Miała być niezatapialnym lotniskowcem pośrodku oceanu. Japończycy zamienili ją w twierdzę, a Amerykanie szturmowali od 19 lutego. Lądowanie i pierwsze starcia przebiegły pomyślnie. Później zaczęło się piekło. Żołnierze japońscy zaciekle jej bronili jak skrawka cesarstwa. Z dwudziestu tysięcy poddało się ich jedynie dwustu.

Reporter po pracy na Suribachi. (Fot. za AP Photo/U.S. Marine Corps)

Wcześniej na Suribachi zatknięto mniejszą flagę, taką z żołnierskiego plecaka, a reporter był tylko jeden. Całość wypadła raczej nie pomnikowo. Scenę należało powtórzyć ze znanym nam dziś, spektakularnym rezultatem. Zdjęcie Joe’go Rosenthala z dnia na dzieło stało się symbolem zmagań Ameryki.

Takie zdjęcia powstają raz na dekadę. Podobne zrobił Stiglitz na początku wieku, a w 1936 r. Dorothea Lange. Jej „Matka tułaczka” – portret ofiary wielkiego kryzysu ale jednocześnie symbol nadziei i dowód siły przetrwania. Dokumenty Lange to już temat na kolejną… opowieść.

Niezwykle bogatą, wręcz wzorcową galerię poświęconą zdjęciom z Iwo Jimy znajdziemy na blogs.denverpost.com. Z tego serwisu pochodzą w większości zdjęcia w tym wpisie.

__________

Joe Rosenthal pracował dla AP. Za zdjęcie flagi otrzymał nagrodę Pulitzera.

Bryan – kolory wojny

Kolorowe szybki
Kolorowane zdjęcia Bryana budzą niepokój. Po pierwsze pod względem przekazu – przy tym dokumencie ktoś grzebał. Coś zmieniał. Może dodał nie tylko kolor, może zmienił coś w samej scenie? Za to strona estetyczna nie budzi wątpliwości, ale pewność, że jest gorzej. To estetyczna pomyłka. Kolor nic nie wnosi ani merytorycznie ani dramatycznie. Raczej przeszkadza.

Fot. Julien Bryan (za Karta.org.pl)

Slajdy
Jak i kiedy powstały? Po powrocie do Ameryki Bryan zajął się sortowaniem i obróbką negatywów przemycanych dzięki pracownikom ambasady w Warszawie. Jego film „Oblężenie” obejrzały miliony Amerykanów. Opublikował reportaż w magazynie „Life” i innych.

Wybrał także cześć zdjęć, by zostały przerobione na pozytywowe odbitki na szkle. Od spodu były kolorowane farbami. Reporter wyświetlał te kolorowe slajdy podczas swoich prelekcji o agresji hitlerowskiej na Polskę.

Świadectwo
Te drażniące estetów kolorowe kadry są jednocześnie świadectwem postawy zawodowej i życiowej Bryana. Nie zachował się jak rasowy fotoreporter wojenny. Nie popędził fotografować kolejnych kampanii, zostawił to innym. Nie fotografował tematów i nie gonił za nimi, lecz spotykał ludzi. O tych spotkaniach musiał opowiedzieć.

Interesowali go ludzie i to jak na co dzień radzili sobie z grozą wojny totalnej. On już poznał tę wojnę. Rozmawiał o niej z prezydentem Starzyńskim, relacjonował i apelował do swojego prezydenta przez Polskie Radio.
Ten sanitariusz z pierwszej wojny światowej był zdziwiony i oburzony atakami lotniczymi na miejskie szpitale, ludność cywilną podróżującymi pociągami i po drogach.

Zdjęcia i filmy z wrześniowej Polski miały dotrzeć do jego rodaków. Przekonać ich o powadze sytuacji w Europie. Bryan osiągał to na wiele sposobów. Jednym z nich były właśnie te kolorowe slajdy.

KOLORY WOJNY. Oblężenie Warszawy w barwnej fotografii Juliena Bryana
wiecej

_____

Julien Bryan

(1899-1974) Urodził się w Pensylwanii. W latach 30. XX wieku pracował w Europie, dokumentując życie codzienne stolic, wydarzenia polityczne i coraz liczniejsze parady wojskowe. Na wieść o wybuchu wojny wyjechał do Warszawy. Dokumentował niemieckie ataki lotnicze na pociąg, a później w stolicy na wiele innych celów cywilnych. Był prawdopodobnie jedynym zagranicznym reporterem w oblężonym mieście. I jedynym, który skutecznie przeciwstawił się obrazowi konfliktu w Europie, jaki prezentowała hitlerowska machina propagandowa.

Wielokrotnie spotkał się z prezydentem Starzyńskim i wystąpił w Polskim Radio. 21 września opuścił Warszawę z ostatnimi zagranicznymi dyplomatami. Udało mu się wywieźć negatywy przez Berlin do Szwecji. Zmontowany materiał pt. „Oblężenie” na wiosnę 1940 roku obejrzało w kinach kilkadziesiąt milionów Amerykanów. Po wojnie jeszcze kilkakrotnie odwiedził Polskę.

Publikacje: film „Siege”

Pearl Harbor – Ameryka w rannych pantoflach

7 grudnia Pearl Harbor. Znane kadry: płonące samoloty, płonące pancerniki, zrujnowany port, drużyna strażaczek walcząca z pożarem. Obrazki znane z czasopism i podręczników historii. Ale zdjęciem, które najlepiej oddaje sytuację z grudnia 1941 r. jest to.

W kapciach
Taras luksusowej willi lub hotelu. Mężczyzna w jedwabnej piżamie i rannych pantoflach spogląda na czarny dym.

Piersza fala japońskiego ataku. Fot. Kelso Daly (za LIFE)

Na stoliku futerał od lornetki. On widzi lepiej całą scenę poza kadrem. W głębi zatoki płonie amerykańska flota. Co mógł widzieć? – pokazują inne zdjęcia. Wygląda na oficera i tak się zachowuje – stoi wyprostowany i obserwuje. Może to kapitan marynarki, zna i poznaje płonące jednostki.

Ameryka przyłapana w kapciach przez wojnę trwającą od dwu lat i trzech miesięcy. A przecież Japończycy kroczyli przez Azję już wiele lat wcześniej.

Budzenie Ameryki
Tu przypominają się notatki Jana Karskiego z pobyt u prezydenta Stanów Zjednoczonych, gdy relacjonował mu sytuację w okupowanej Europie i Polsce. Świadomość jak długo społeczeństwo demokratyczne, w przeciwieństwie do państw totalitarnych, przechodzi w stan pełnej wojennej mobilizacji.

Przez 63 dni ponad miastem

„Prudential”, najwyższy budynek Warszawy, został zdobyty 1 sierpnia jeszcze przed godziną „W” i do końca pozostał na skrawku miasta utrzymywanym przez powstańców. Na równi z „Pastą” może być symbolem powstania, a zdjęcie Sylwestra Brauna zrobione w kluczowym momencie – kadrem-ikoną.

Fot. za Poczta Polska

Kadr-ikona na znaczku. (Fot. za Poczta Polska)

Batalion „Kiliński”* ma zdobyć ten budynek oraz pocztę główną pierwszego dnia powstania. Po godzinie 16-ej patrol niemieckich żandarmów próbuje zatrzymać jedną z grup zbierającego się przed godziną „W” oddziału. Wywiązuje się strzelanina. Doświadczony oficer – Henryk Roycewicz natychmiast nakazuje główny atak. Solidnie umocnieni pod pocztą Niemcy skutecznie się bronią. Na dłuższą chwilę ucisza ich pocisk ze zrzutowego „Piata”. Wtedy powstańcy wdzierają się do „Prudentialu”. Nad najwyższym budynkiem stolicy powiewa polska flaga. Warszawa staje do walki.

Braun – fotograf Armii Krajowej o pseudonimie – „Kris” często obserwował i fotografował walczące miasto z wyższych pięter budynków. W miarę możliwości wyruszał na miejsce wydarzeń. 28 sierpnia ze swojego punktu obserwacyjnego na ul. Kopernika, uwiecznił uderzenie pocisku najpotężniejszego działa, jakim hitlerowcy ostrzeliwali powstańczą Warszawę. Wieżowiec z kilkakrotnie wieszaną flagą narodową był ulubionym celem Niemców.

„Kris” nie był zawodowym fotografem, ale miał naturalny dar komponowania kadru i reporterskie szczęście. Swoją „Leiką” pracował, fotografując seriami i traktował wydarzenia fotoreportażowo. Taka jest właśnie seria zdjęć „Prudentialu”.

***

Ze stanowiska na Nowym Świecie Braun widział także pożar swojego domu i ciemni na Powiślu. Postanowił staranniej zabezpieczyć dokumentację z powstania – być może nie podzieli ona losu zdjęć okupacyjnych. Przed pójściem do niewoli ukrywa zdjęcia. Po ucieczce z transportu i powrocie do Warszawy na początku 1945 r. fotografowi udaje się odnaleźć skrytkę z materiałami. Połowa z 3000 powstańczych zdjęć zachowała się. Znajdują się w Muzeum Historycznym m. st. Warszawy.

_________

Sylwester Braun „Kris”

(1909-1996) warszawiak, absolwent geodezji Politechniki Warszawskiej, fotograf amator, dokumentalista powstania. We wrześniu 1939 jako inżynier biura planowania zaczął fotografować oblężenie miasta. Podczas okupacji prowadził tajną ciemnię na ul. Kopernika i dokumentował życie mieszkańców pod okupacją, ich próby oporu oraz niemiecki terror. Pracownia i dokumentacja fotograficzna spłonęła we wrześniu 1944 r.

Po wybuchu powstania w pracował w grupie fotoreporterów, Polowych Sprawozdawców Wojskowy AK. Wywieziony do Niemiec, uciekł z niewoli. Wrócił do Warszawy w 1945. Zdecydował się na emigrację do Szwecji, a w 1964 do Stanów Zjednoczonych. Kilkakrotnie odwiedzał Polskę. W 1981 r. przekazując 1500 ocalałych zdjęć Muzeum Historycznemu m. st. Warszawy. Zmarł w Warszawie.

_______

*Batalion „Kiliński” wsławił się także zdobyciem budynku Pasty

Aleje na niebie i ziemi

„No, to będzie operacją! – zaciera ręce z zadowoleniem kapitan Zwolański”. Lecący z nim korespondent Marek Święcicki podziela zachwyt i to poczucie uczestnictwa w czymś wielkim. Formacja ich szybowców, ciągniętych przez brytyjskie bombowce jest imponująca. Przypomina mu nieskończoną aleję wytyczoną ponad Anglią w kierunku Holandii.

Marek Święcicki

Marek Święcicki na stronach reportażu „Czerwone diabły..."

Lądowanie pod ogniem
Gdy 18 września 1944 r. wysiadali z szybowca na lądowisku kilkanaście kilometrów od mostu w Arnhem, operacja „Market-Garden” trwała od dwudziestu czterech godzin. Mijali brytyjskich żołnierzy drzemiących po ciągłej, dobowej walce, rozbity niemiecki samochód sztabowy i ciało zabitego generała. Choć Niemcy bronili się zaciekle, docierały wieści o uchwyceniu przez spadochroniarzy północnego krańca mostu. Trudna operacja, przebicia się 80 kilometrów za linie wroga i wdarcia się do serca Niemiec, zapowiadała się pomyślnie. I taka jest pierwsza depesza korespondenta do Londynu.

Święcicki przyleciał z pierwszym rzutem polskich dział przeciwpancernych i radiostacjami Ludwika Zwolańskiego i innego polskiego oficera łącznikowego przy brytyjskiej dywizji powietrznodesantowej. Mieli wiele szczęścia, ostrzał niemiecki  był niewielki. Następnego dnia sytuacja uległa zmianie. Choć plan Montgomery’ego nie przewidywał poważnych trudności  przeszkodą okazały się dwie niemieckie dywizje pancerne stacjonujące pod Arnhem. Po hitlerowskich kontratakach utracono strefy lądowania. Szybowce z pozostałymi polskimi artylerzystami i sprzętem brytyjskim lądowały wśród oddziałów niemieckich. Powitaniem byłą śmierć bądź niewola.

kapitan Zwolański

kapitan Ludwik Zwolański

„Market-Garden”
Kilkadziesiąt tysięcy spadochroniarzy amerykańskich i brytyjskich miało zdobyć i utrzymać mosty oraz szosę na 80 km w głąb niemieckiego terytorium – to była część „Market”. Kilkadziesiąt tysięcy żołnierzy brytyjskich jednostek zmechanizowanych – kryptonim „Garden” miała się błyskawicznie przedzierać tą „aleją”.

Całość operacji przypominała ustawianie przez Montgomery’ego kostek domina na mapie. W jednej jedynej, za to długiej kolumnie. Pogromca Rommla chciał skończyć wojnę na Boże Narodzenie i chyba założył, że już nikt nie będzie mu przeszkadzał bawić się kostkami. Rzeczywistość okazała się bezlitosna. Jeśli ktokolwiek i cokolwiek (pogoda, wróg, własne opóźnienia) przewróciło którąkolwiek kostkę domina – na początku, w środku, czy na końcu – łatwo przewracały się kolejne. A misterny plan co chwila zaczynał się sypać.

Trzy dywizje powietrznodesantowe i polska brygada desperacko i na nowo próbują ustawiać swoje kostki domina a brytyjski XXX korpus zmechanizowany stara się dołożyć swoje. Czołowe czołgi nacierają i ponosi straty. Trzeba je też wysyłać do tyłu w celu odpierania niemieckich kontrataków na zdobyty korytarz. „Trzydziesty”, zamiast szybkiej jednostki, coraz bardziej przypomina kilkudziesięciokilometrowy korek na jedynej szosie. Na poboczach leżą zepchnięte przez buldożery – zniszczone lub uszkodzone pojazdy. Saperzy budują nowe przeprawy w miejsce wysadzonych. Spadochroniarze i czołgi w końcu desperacko zdobywają przedostatni most na Waal.

Na próżno. Za Renem Niemcy są zbyt silni i zdesperowani bliskością własnej granicy. Siły lądowe docierają do osamotnionych brytyjskich i polskich spadochroniarzy zbyt późno. Udaje się uratować tylko dwa tysiące żołnierzy z przyczółka Oosterbeek i Arnhem.

Osiem dni reportera
O dniach spędzonych na przyczółku Oosterbeek Święcicki opowiada w reportażu „Czerwone diabły pod Arnhem” (o samej książce w notce o powojennych wydaniach reportaży). Za Renem brytyjska 1 Dywizja Powietrznodesantowa wypatrywała lądowej odsieczy i następnej fali spadochroniarzy. Nie wiedzą, że wojska „Garden” utknęły już na pierwszym wysadzonym przez Niemców moście. Z opóźnieniem dowiadują się, że zła pogoda nad Anglią przez kolejne dni zatrzymała polską brygadę. Gdy 1.SBS w końcu lądowała prosto na przygotowanych Niemców i miała uchwycić południowy kraniec mostu, to desperacki opór batalionu czerwonych beretów Frosta na jego północnym przyczółku już dogasał. Rozkazy dla generała Sosabowskiego zostały zmienione – zamiast bezskutecznie atakować silniejsze oddziały niemieckie od południowej strony mostu mieli przeprawić się i wzmocnić przyczółek Osterbeek.

Wobec rwącej się łączności radiowej kapitan Zwolański przepływa wpław Ren, by nawiązać kontakt z generałem Sosabowskim. Wraca z wiadomością, że polska brygada ma  się przeprawiać na improwizowanym sprzęcie.

Teraz Marek Święcicki po części przejął jego obowiązki. Co wieczór przedziera się przez Oosterbeek do brzegu, w stronę wąskiego odcinka jaki utrzymywali Anglicy. Był (nieuzbrojonym) akredytowanym korespondentem ale po pierwsze był oficerem. Znając języki i mając wgląd w trudną sytuację przyjął rolę oficera łącznikowego.

Hitlerowski ogień na przeprawę jest morderczy. Pierwszej nocy w kościele niedaleko rzeki zbiera się tylko kilkudziesięciu Polaków. Przez dwie następne noce przeprawia się około trzystu. Nie są w stanie przechylić szali zmagań. Udaje się to jedynie na jakiś czas i tylko na jakimś odcinku. Niemcy nie spotkali się z tak twardym przeciwnikiem ale mają przygniatającą przewagę. Sytuacja jest rozpaczliwa. Wreszcie zapada decyzja o ewakuacji przyczółka w nocy 25 września.

Wycofywanie oddziałów osłaniają Polacy. To naturalne. Byli w walce o trzy doby krócej. Ich zarost jest o tyle krótszy, a warstwa brudu na bluzach maskujących i bandażach cieńsza.

W głośnym i gęstym deszczu zmieniającym noc w czarną zasłonę Święcicki i żołnierze z przyczółka posuwają się w stronę Renu. Na nadrzecznym pastwisku są prawie odsłonięci, odłamki moździerzy drą trawę wokół. Nagle spod zabitej krowy wysuwa się pomocna dłoń i wciąga  korespondenta pod tę przedziwną osłonę. Ta okazuje zaskakująco skuteczna. Gdy cichną moździerze skokami brną do rzeki. Nie ma paniki.

Korespondent wiosłuje na drugi brzeg w jednej z łodzi ściągniętych pospiesznie z całych sił „Garden”. Kursują do rana i jest ich coraz mniej. Setki spadochroniarzy przepływają na własną rękę, wpław. Starsi mają mniej sił, kapelan polskiej brygady znika kolegom z oczu w połowie nurtu.

Święcicki jest już na „polskim” brzegu i pełznie przez wał w na stronę Driel. Tu padają już tylko nieliczne pociski. Robi się jaśniej. Po chwili reporter rozpoznaje Szkota, który wciągnął go pod cielsko krowy. Może podziękować za tamtą pomoc.
I dopiero teraz zauważa, że leje deszcz.

***

Te dni przyniosą mu reportaż życia. Jego towarzyszowi z szybowca – Zwolańskiemu najwyższe bojowe odznaczenia polskie i brytyjskie.

__________

Marek Święcicki
(1912-1994) Urodził się w Odessie. W czasie studiów na Uniwersytecie Warszawskim był redaktorem tygodnika akademickiego. Nietypowy był początek jego wojennej drogi – 1 września zastał go w Paryżu. Przez Włochy, Jugosławię i Rumunię, po dwu tygodniach, dotarł do Polski. Dołączył do tysięcy polskich żołnierzy, którzy właśnie udawali się w przeciwnym kierunku, do armii odtwarzanej we Francji. Po kampanii francuskiej i ewakuacji do Anglii. W armii polskiej w Szkocji redagował „Dziennik Żołnierza” później londyński „Dziennik Polski”. Od roku 1944 był korespondentem wojennym przy 1 Brygadzie Spadochronowej gen. Sosabowskiego i (brytyjskiej) 1 Armii Powietrznej. Przez osiem dni walk był pod Arnhem wraz z okrążonymi Brytyjczykami i Polakami. Później relacjonował działania armii polskiej na froncie włoskim. Po wojnie pracował w redakcji londyńskiego „Dziennika”. Od roku 1952 związał się z radiem. Prowadził audycje w Radiu Wolna Europa i waszyngtońskim Głosie Ameryki. Reportaże wojenne oraz radiowe ukazały się drukiem. Zmarł w Stanach Zjednoczonych

Publikacje książkowe: „Czerwone diabły pod Arnhem”, „Ostatni rok wojny”, „Z mikrofonem przez historię”, „Z mikrofonem przez Amerykę”.

Pole walki

Kanały historyczne pełne są opowieści o zmaganiach na polach walk. Wodzowie i wojownicy, kiedy przyszli, kiedy odeszli. Jakim sprzętem kiedyś władali, a jaki teraz dominuje na „polu walki”. To bardzo jednostronny obraz wojny. Wielu reporterów wojennych uświadamia nam, że pola działań wojennych to najczęściej zwykłe pola uprawne. Te same pola, które cyklicznie, zgodnie z rytmem pór roku, od wieków wypełnione są pracą.

Niemieckie czołgi, polskie pole

To zdjęcie musiał zrobić jakiś fotograf niemieckiej machiny propagandowej – gdzieś w Polsce jesienią 1939 roku, pancerna armia III Rzeszy odniosła błyskawiczny sukces, a sytuacja jest już stabilna. W kadrze widzimy chłopa bronującego pole.

Orka od rana do wieczora. Jak zawsze – od drogi do lasu, nawrót i od lasu do drogi. I nagle po którymś nawrocie – widok wrogich czołgów na drodze. Początek okupacji. Pracę trzeba dokończyć.

Pierwsza jesienna orka pod niemiecką okupacją (fot. za Hulton-Deutsch Collection/CORBIS)

Wojna w obiektywie niemieckiej propagandy. Pierwsza jesienna orka pod niemiecką okupacją. (fot. za Hulton-Deutsch Collection/CORBIS)

Podwarszawskie kartoflisko

Inne pole. Bardzo odmienny obraz września 1939 r. świat zawdzięcza amerykańskiemu reporterowi, który na wieść o wybuch wojny przedostał się do Warszawy. Julien Bryan pozostał w Warszawie przez dwa tygodnie. Jego fotografie cywilnych ofiar niemieckich ataków lotniczych, po raz pierwszy odsłoniły „horror nowoczesnej wojny”.

Gdzieś na peryferiach oblężonej stolicy, gdzie pola ziemniaków sąsiadują z ogrodami i podmiejską zabudową. Głodni uchodźcy, kobiety i młode dziewczęta zaskoczone w odkrytym polu przy wygrzebywaniu ziemniaków nie miały szans na ukrycie. Dwie nie podniosły się już z kartofliska. Pomoc i reporter przybyli w tej samej chwili co młodsza siostra zabitej.

Zdjęcie, które stało się symbolem nowej wojny prowadzonej przez Niemcy. Fot. Julien Bryan (z archiwum syna fotografa)

Zdjęcie, które dzięki staraniom samotnego dokumentalisty stało się prawdziwym symbolem nowej wojny prowadzonej przez Niemcy. Fot. Julien Bryan (z archiwum syna fotografa)

Od rana do wieczora. Żniwa na normandzkich polach.

Większość sprawozdawców prasowych z Normandii wspomina, że podczas inwazji w 1944 roku bydło, raczej spokojnie, pasło się na polach, a francuscy chłopi pracowali, jak każdego lata. Starali się uprawiać odgrodzone murami pola, tylko że co chwila któryś upadał ranny lub zabity.

Tego samego lata chłopi włoscy mieli więcej powodów do niepokoju. Ich kraj zmieniał koalicję. Wielu uciekało przed frontem nawet w ostatniej chwili, pozostawiając dobytek. Marek Święcicki w jednym z włoskich reportaży (z cyklu „Ostatni rok wojny”) opowiada o walkach nad rzeką Metaro. Po całodziennych zmaganiach w upale jeden z polskich oddziałów wieczornym szturmem opanował folwark. Zarządzono odpoczynek, a na rano dalszy atak przez rzekę. „Po kilkunastu minutach jednak przyszło dwóch szeregowych do dowódcy: – Panie poruczniku, musimy koniecznie zdobyć dzisiaj rzekę, bo nam bydło wyzdycha. – Jakie bydło? – Zdumiał się oficer. – No, z tego folwarku. Gospodarze uciekli, a krowy, osły i świnie są bez jedzenia, a co najgorsze, bez wody. Zwierzęta nie są winne, że jest wojna.” W zapadających ciemnościach ponowili atak i doszli do rzeki – w armii także służyli chłopi.

Od rana do wieczora. Siew w delcie Mekongu.

Robert Capa już od czasów wojny domowej w Hiszpanii dokumentował losy ludności cywilnej. W 1954 r. w czasie wojny w Indochinach nieraz był zdziwiony spokojem i determinacją Wietnamczyków sadzących ryż, podczas gdy po grobli sunęły kolumny francuskie i wietnamskie. Reportaż o chłopach z delty miał nosić tytuł „Gorzki ryż” – nie został dokończony. Capa zginął na minie, na jednym z podmokłych pól.

Kolejne armie odchodzą, a min takich jak ta, która zabiła Capę, pozostają tysiące.

Orka, siew, żniwa. Od rana do wieczora. W każdym zakątku świata. Często wojna zaskakiwała kilka razy podczas życia. Czasem była tylko wspomnieniem poprzednich generacji. Wspomnieniem czasu, gdy niektórzy nie wracają z pracy. Dzięki reporterom wojennym poznajemy determinację ludzi, wiernych prostej prawdzie – w świecie ogarniętym wojną nieuprawiane pola to pewna śmierć wszystkich.

_________

Kompletny zestaw fotografii o polach walki w galerii. Zestawienie we wpisie obu zdjęć z polskich pól sprowokowało jeszcze jeden wątek – zmagań między samotnym Bryanem a machiną propagandową Trzeciej Rzeszy, jakie rozegrały się w latach 1940-41 w Stanach Zjednoczonych. Amerykański reporter, na szczęście dla nas, wygrał swą walkę. To temat na oddzielną opowieść.

_________

Julien Bryan

(1899-1974) Urodził się w Pensylwanii. W latach 30. XX wieku pracował w Europie, dokumentując życie codzienne stolic, wydarzenia polityczne i coraz liczniejsze parady wojskowe. Na wieść o wybuchu wojny wyjechał do Warszawy. Dokumentował niemieckie ataki lotnicze na pociąg, a później w stolicy na wiele innych celów cywilnych. Był prawdopodobnie jedynym zagranicznym reporterem w oblężonym mieście. I jedynym, który skutecznie przeciwstawił się obrazowi konfliktu w Europie, jaki prezentowała hitlerowska machina propagandowa.

Wielokrotnie spotkał się z prezydentem Starzyńskim i wystąpił w Polskim Radio. 21 września opuścił Warszawę z ostatnimi zagranicznymi dyplomatami. Udało mu się wywieźć negatywy przez Berlin do Szwecji. Zmontowany materiał pt. „Oblężenie” na wiosnę 1940 roku obejrzało w kinach kilkadziesiąt milionów Amerykanów. Po wojnie jeszcze kilkakrotnie odwiedził Polskę.

Publikacje: film „Siege”

Robert Capa

(1913-1954) Endré Ernő Friedmann urodził się w Budapeszcie. Był fotografem samoukiem i asystentem berlińskich laboratoriach fotograficznych: w 1931 r. Ullstein, a później w Dephot. Po pierwszych próbach coraz częściej dostawał do ręki aparat. Pochodzenie i tematyka reportaży spowodowały, że roku 1933 musiał opuścić Berlin. W Paryżu stał się reporterem niezależnym. Robert Capa to pseudonim tajemniczego amerykańskiego korespondenta – postaci wymyślonej w latach 30. przez Gertę Pohorylle – by łatwiej sprzedawać zdjęcia obojga fotografów. Roberta Capa i Gerda Taro zyskali sławę dzięki reportażom z Hiszpanii. Hiszpańska wojna domowa była pierwszym nowocześnie dokumentowanym konfliktem. A nazwisko Gerda Taro otwiera długą listę korespondentów, którzy ponieśli śmierć podczas pracy. Capa jako reporter magazynu Life fotografował lądowanie w Normandii i walki aliantów aż do zajęcia Niemiec. Tworzył reportaże w Izraelu (1948) i Związku Radzieckiego (1947). Portretował znanych artystów. Był pomysłodawcą koncepcji niezależnej agencji fotograficznej i współzałożycielem Agencji Magnum. Zginął 25 maja 1954 r. w Thai Binh, relacjonując kolejny konflikt – wojnę we francuskich Indochinach.

Publikacje książkowe: „Death in the Making”, „Preface by Jay Allen”, „The Battle of Waterloo Road”, „Slightly Out of Focus”, „A Russian Journal”, „Report on Israel”. Oraz 326 publikacji prasowe z lat 1932-1954.

Marek Święcicki

(1912-1994) Urodził się w Odessie. W czasie studiów na Uniwersytecie Warszawskim był redaktorem tygodnika akademickiego. Nietypowy był początek jego wojennej drogi – 1 września zastał go w Paryżu. Przez Włochy, Jugosławię i Rumunię, po dwu tygodniach dotarł do Polski. Dołączył do tysięcy polskich żołnierzy, którzy właśnie udawali się w przeciwnym kierunku, do armii odtwarzanej we Francji. Po kampanii francuskiej i ewakuacji do Anglii. W armii polskiej w Szkocji redagował „Dziennik Żołnierza” później londyński „Dziennik Polski”. Od roku 1944 był korespondentem wojennym przy 1. Brygadzie Spadochronowej gen. Sosabowskiego i (brytyjskiej) 1 Armii Powietrznej. Przez osiem dni walk był pod Arnhem wraz z okrążonymi Brytyjczykami i Polakami. Później relacjonował działania armii polskiej na froncie włoskim. Po wojnie pracował w redakcji londyńskiego „Dziennika”. Od roku 1952 związał się z radiem. Prowadził audycje w Radiu Wolna Europa i waszyngtońskim Głosie Ameryki. Reportaże wojenne oraz radiowe ukazały się drukiem. Zmarł w Stanach Zjednoczonych

Publikacje książkowe: „Czerwone diabły pod Arnhem”, „Ostatni rok wojny”, „Z mikrofonem przez historię”, „Z mikrofonem przez Amerykę”.

303. wchodzi do walki

30 sierpnia 1940 r.  Narasta powietrzna bitwa o Anglię i zagrożenie wyspy, ale piloci Dywizjonu 303 niecierpliwią się podczas kolejnego lotu treningowego. Jeden z nich odłącza się od szyku i po krótkiej walce zestrzeliwuje niemiecki myśliwiec. Po powrocie na lotnisko Northolt czeka go reprymenda dowództwa oraz gratulacje… tego samego dowództwa i wszystkich kolegów. Tym bardziej, że następnego dnia dywizjon przeniesiony zostaje do służby frotowej.

Fot. Arkady Fiedler (za National Geographic)

Po walce. Mechanicy Dywizjonu 303 przy Hurricane. Fot. Arkady Fiedler (za National Geographic)

Polska jednostka szybko stała się jedną z najskuteczniejszych formacji alianckich, zwracając na siebie uwagę mediów. Jednym z korespondentów był znany podróżnik Arkady Fiedler. Opisując tę pierwszą scenę walki pisarz, porucznik rezerwy nieco złagodził wydźwięk omijania rozkazu jednocześnie dodał jej rozmachu. Połączył kilka pierwszych zwycięstw dywizjonu w jedną porywającą sekwencję.

Fot. Arkady Fiedler (za National Geographic)

Jan Zumbach i Kazimierz Daszewski po locie. Fot. Arkady Fiedler (za National Geographic)

Wieść o wybuchu wojny zastała pisarza na wyspie „wiecznych wakacji” – Thaiti. Nie uległ jej czarowi i w lutym 1940 r. udało mu się dotrzeć do Francji, później do Anglii. Tu poznał pilotów dywizjonu. Być może obfitujące w przygody życie podróżnika spotkała się z uznaniem pełnych  fantazji lotników.  Porozumienie było lepsze niż z korespondentami prasy wojskowej a nawet piszącymi pilotami. Znajomość i pobyty (we wrześniu i październiku 1940 r.) wśród pilotów zaowocowała powstaniem legendarnej książki.

Fiedler (za Bernardinum)

Autor książki i Witold Urbanowicz na stronie wydania oficyny Bernardinum

Książkę wydano w Wielkiej Brytanii po polsku i po angielsku. W okupowanym kraju krążyły opowieści o sukcesach polskich pilotów pochodzące z nielegalnego odsłuchu audycji BBC. Pierwsze egzemplarze książki szybko zostały przemycone do kraju. A już w 1943 r. podziemne drukarnie dokonały pierwszych przedruków.

Te konspiracyjne wydania „Dywizjonu 303” są fascynujące. Oto fragment wstępu do warszawskiego wydania „Oficyny Polskiej”:

„Musimy na tym miejscu przeprosić Arkadego Fiedlera, że wbrew obowiązującym prawom autorskim, wydaliśmy Jego książkę bez porozumienia z Nim. Jesteśmy pewni, że nam to wybaczy. Napewno ucieszy się, że wytwór Jego pracy trafił do podziemi, do spragnionego czytelnika dobrej, nowej, polskiej książki. Ucieszy się, że każde żywe słowo ręcznie składał podziemny zecer, żołnierz jednej sprawy. Ze swojej strony życzymy sobie aby drugi nakład zajmującej książki wolnego autora o wolnych lotnikach, nad wolną ziemią angielską, ukazał się już w wyzwolonej ojczyźnie.

[...]
Warszawa, wrzesień 1943 r.”

Gdy dziś bierze się do ręki podziemne wydanie, udziela się radość konspiracyjnego zecera, redaktora i prawdopodobnie pisarza.

W okupowanej Polsce ukazały się cztery wydania książki. Trzy w Warszawie i jedno w 1944 r. nakładem czasopisma „Chrobry Szlak” związanego z kieleckim środowiskiem NSZ. Muzeum Arkadego Fiedlera nadal poszukuje egzemplarza z edycji kieleckiej.

Na zdjęciach wydanie „Oficyny Polskiej” z 1943 r. Zdjęcia z archiwum rodziny Fiedlerów okazały się w ostatnich latach dzięki miesięcznikowi National Geographic.  Znajdziemy je też w najnowszym wydaniu oficyny „Bernardinum”.

***

Pisarzowi nie udało się utrzymać dobrego kontaktu z pilotami dywizjonu po wojnie. Podobne kłopoty mieli także lotnicy – członkowie dywizjonu, którzy zdecydowali się na powrót do Polski, w rzeczywistość peerelu.

Polacy pod Falaise

Między 7 a 22 sierpnia 1944 r. żołnierze 1. Dywizji Pancernej gen. Stanisława Maczka walczyli w największej z normandzkich bitew – operacji, która przeszła do historii jako kocioł Falaise.

Zwycięstwo zażegnało zagrożenie wiszące nad przyczółkiem inwazyjnym. Bitwa otworzyła aliantom drogę na Paryż ale miała zaskakujący i dramatyczny przebieg. Walki w Normandii dorównywały zaciekłością tym na froncie wschodnim. Niemcy ściągnęli tu doborowe dywizje pancerne „SS” ze wschodu.

Oto historia bitwy w fotografiach na stronie Polityka.pl. Galeria zdjęć zrobionych przez żołnierzy – między innymi Jabłońskiego, oraz korespondentów akredytowanych przy dywizji gen. Maczka – jak znany rysownik Marian Walentynowicz.

Żołnierze 1.DP podczczas rozładunku w sztucznym porcie w Arromanches. Fot. Jabłoński/ NAC (za Polityka.pl)

Żołnierze 1. DP podczas rozładunku w sztucznym porcie w Arromanches. Fot. Jabłoński/ NAC (za Polityka.pl)

Sztab generała Maczka pracuje w okopie pod czołgiem podczas bitwy pod Falaise.

Sztab generała Maczka podczas odprawy w okopie pod czołgiem podczas bitwy pod Falaise. Fot. NAC (za Polityka.pl)

O wydarzeniach rozgrywających się po bitwie Normandzkiej i przygodach innego fotoreportera we wpisie z czerwca „Reportaż z Abbeville”.

Miasto ruin i miasto życia

Od 1 sierpnia w Muzeum Powstania Warszawskiego można obejrzeć animowaną rekonstrukcję zniszczonego miasta. Przypomnienie,  że wizja totalnego unicestwienia miasta została urzeczywistniona.
Fotografia dokumentalna daje nam tylko oderwane fragmenty. Oto próba ułożenie całości z rozproszonych kadrów.

Miasto ruin

Miasto życia

„Warszawski dzień – 1946-1966” – kolejna galeria historyczna na Polityka.pl. Opowieść o życiu warszawiaków ze zdjęciami: Żdżarskiego,  Siemaszki i Tadeusza Rolke.

Tadeusz Rolke / Agencja Gazeta (za Polityka.pl)

Tadeusz Rolke / Agencja Gazeta (za Polityka.pl)

Honor generała – Holendrzy pamiętają

Mijają właśnie dwa lata od premiery filmu „Honor generała”. Dokument Joanny Pieciukiewicz to bardzo emocjonalna opowieść. Po pierwsze o generale Sosabowskim i jego brygadzie. Oraz kolejno o dawaniu świadectwa całym życiem, dokumentowaniu i odkłamywaniu historii, a także o dziennikarstwie śledczym. Bohaterami filmu są Holendrzy walczący o pamięć o polskich żołnierzach.
Poniżej do obejrzenia film, oraz kilka zdań uzupełnienia i fotografii.

Świadectwo Cory Baltussen
Nadzieje Holendrów na rychłe wyzwolenie uosabia postać młodej dziewczyny z Driel, otwierająca powieść Corneliusa Ryana „O jeden most za daleko”. W dalszej części książki Cora pracuje jako pielęgniarka, aż do utraty sił. Z podobną wytrwałością działa po wojnie, zachowując ciepły uśmiech dla polskich gości.
Ostatnie akapity tej powieści-reportażu to scena, gdy na jej oczach ostatni polscy żołnierze opuszczają wioskę pod Arnhem. Jeden z nich uderza w dzwon.

Fot. Tomasz Pawlak

Archiwa Erica Van Tilbeurgha
Tilbeurgh – pasjonat historii 1 SBS i jej dowódcy generała Sosabowskiego. Przyczynił się do ujawnienia listu królowej Wilhelminy z 1946 r. do rządu Holandii z prośbą o odznaczenie żołnierzy 1SBS. Dokument był kluczowy w staraniach, o których opowiada film.

Geertjan Lassche i jego zaangażowane dziennikarstwo
Widziałem wszystkie nieszczęścia świata, widziałem tsunami, ale żadna historia nie zrobiła na mnie takiego wrażenia, jak ta o Sosabowskim i jego żołnierzach.
Jest dziennikarzem telewizji publicznej Holandii. Zrealizował kilka dokumentów o żołnierzach Sosabowskiego. Po emisji jednego z nich „Zapomniani polscy bohaterowie Bitwy pod Arnhem” w 60. rocznicę bitwy, nastrój wdzięczności dla Polaków, jaki trwał od 1944 roku wśród społeczności Driel udzielił się szerokiej opinii publicznej Holandii.

Świadkowie we wspomnieniach Joanny Pieciukiewicz
„Idziemy na plac Sosabowskiego w Driel. Tam młoda dziewczyna po angielsku ponagla staruszka na wózku inwalidzkim:

- „Dziadku, my musimy wracać już do Anglii!”
Porucznik Jan Laszczak, uczestnik tamtych wydarzeń, przerywa jej niecierpliwie:

- „Ale ja muszę tej pani coś powiedzieć, jestem ostatnim świadkiem! Proszę, niech Pani przyjedzie do Londynu, tylko proszę się pośpieszyć. Ja jestem umierający, ale poczekam na Panią” – prawie krzyczy piękną polszczyzną.

Przez kilka kolejnych miesięcy podążamy z ekipą śladami generała Sosabowskiego. Nagrywamy zdjęcia w Portugalii, wracam do Holandii, rozmawiam w Anglii z ciężko chorym porucznikiem Janem Laszczakiem.

Kiedy film jest już gotowy, dzwonię do Londynu. Jasiu odszedł – płacze Jego żona – był bardzo szczęśliwy, że zdążył opowiedzieć Pani swoją historię.”  Wspomnienia reżyserki (za Polonia.nl)

***

W 2009 roku w obchodach Dnia polskiego w Driel po raz pierwszy uczestniczył premier Rzeczpospolitej. Najbliższa rocznica we wrześniu.

____________

____________

Nota powstała dzięki mojemu bratu, miłośnikowi historii brygady Sosabowskiego, gościnności rekonstruktorów 1SBS (szczególne ukłony w stronę Skawiny), pomocne były też wiadomości: Telewizji Szczecin i portalu Polonia.nl

Page 2 of 3123