Polski reportaż w Life’ie

W numerze „Life”a z 28 sierpnia 1944 r., dwa miesiące po legendarnym fotoreportażu Roberta Capy z normandzkiej plaży Omaha ukazuje się równie sławny, z materiałami polskich reporterów o żołnierzach Maczka walczących pod Falaise. Świat zapamiętuje kolejne kadry-ikony.

Okładka magazynu Life z 19.06.1944 z fotoreportażem Roberta Capy. (fot. za life.com)

Okładka magazynu „Life” z 19.06.1944 z fotoreportażem Roberta Capy. (fot. za life.com)

Czy taki scenariusz był możliwy?
Przyjrzyjmy się jak ten gorący okres wspominają dwie osoby J. G. Morris – fotoedytor „Life’a” w Londynie oraz Marian Walentynowicz – fotoreporter w 1 dywizji Maczka (znany rysownk, twórca między innymi Koziołka Matołka). Z ich opowieści wysnujemy historie dwu przesyłek ze zdjęciami.

Przesyłka A dzień 1.
Jest 6 czerwca 1944 r. Dochodzi ósma. Marynarz z Łodzi desantowej odbierającej rannych z krwawej plaży Omaha czuje się jak w środku piekła. Nagle widzi coś niezwykłego, nawet jak na te warunki – ręce z aparatami fotograficznymi wystającymi ponad fale. Ciągnie za te ręce i na powierzchni pojawia się parskająca głowa o włosach ciemnych i zbyt długich jak na rekruta. Tak zapamiętuje wyciągnięcie z tego piekła, słynnego reportera – Roberta Capy.

Capa płynie wraz z rannymi do Anglii.  Pakuje cztery uratowane filmy 35 mm i sześć rolek wielkoobrazkowych w pakiet z opisem i adresuje. Powstaje Przesyłka A.

Przesyłka W dzień 1.
Dwa miesiące po desancie w Normandii, po ustabilizowaniu przyczółka coraz lepiej działał system obsługi prasowej. Rano lub wieczorem każdego dnia materiały z pierwszej linii w kilka godzin docierały do rąk szefów redakcji.

Frontowy korespondent Walentynowicz wręczając rano gońcowi motocyklowemu paczkę W może liczyć na to, że szybko trafi ona na lotnisko polowe. Samolot po półtorej godziny lotu wyląduje na londyńskim lotnisku, a kolejny motocyklista przejmie materiał dla redakcji. Tam historia paczki W powinna się zakończyć. Ale trwa wojna, wyścig z czasem, a opowieści nabierają kolorów.

Przesyłka A dzień 2.
W biurze „Life’a” zespół Morrisa już drugi dzień sortuje „ogólne zdjęcia z frontu działań”. Do tej pory wystarczały. Po dniu „D” już nie. Szykowali się na tę chwilę od 8 miesięcy, a zdjęć od ich dwu reporterów z pierwszej linii nie ma. Konkurencja podobno też jeszcze nie ma co publikować. Kończy się dzień, redakcja waszyngtońska chce zdjęć nie obietnic. Wieczorną ciszę przerywa telefon. Na południowym krańcu Anglii nadawana jest dla nich paczka.

Przesyłka W dzień 2.
Nasza paczka W przeszła w wieczornej poczcie i czeka bezpieczna w przegródce. Rano, po rozpoczęciu pracy biura prasowego, oficer dyżurny odbiera z portierni biurowca pocztę. Po przejrzeniu korespondencji zawiniątka z kliszami i opisy z paczki W trafiają na kolejne biurko i otrzymuje nową kopertę. Goniec z biura prasowego armii przechodzi dwie przecznice i w oddziale poczty nadaje (tradycyjnie) zwykłą przesyłkę zaadresowaną do Szkocji.

Mieszkańcy Londynu wspominają, że prywatne przesyłki w tym czasie dosyć często się zawieruszały. Priorytetem dla królewskiej poczty były przesyłki od administracji JKM. Znaczną część doświadczonych pocztowców powołano do armii, reszta robiła co mogła, a doraźnie przyuczani pracownicy popełniali błędy.

Przesyłka A dzień 3.
O 8:30 fotoedytorzy „Life”a otwierają paczkę A. Wszystkim drżą dłonie. Technicy przejmują kliszę, a Morris odczytuje ze świstka nabazgrane zdania: „Najważniejsze zdjęcia na (kliszach) wąskoobrazkowych. Było ciężko. Wróciłem niechcący z rannymi do Anglii. Gdy to będziecie czytali ja będę ponownie w drodze do Normandii.”

Laborant wraca z ciemni zrozpaczony. Zdjęcia przepadły, gdy zostawił je suszące się przy grzejniku elektrycznym. Miało być szybciej. Szef fotoedycji idzie obejrzeć katastrofę. Pod wpływem temperatury z klisz spłynęła emulsja. Tylko na końcu jednej kliszy widzi klatki. Jest ich jedenaście. Na stykówkach pokazuje się bardzo mocne ziarno emulsji, jest też lekko poruszone. Wydaje się, że do druku może iść przynajmniej 9 zdjęć.

Przesyłka A dzień 4.
Żaden pakiet zdjęć nie opuści Anglii bez cenzorskiej banderoli „Dopuszczone do publikacji”. Cenzura pracuje 24 godziny na dobę w gmachu głównym uniwersytetu. Wkrótce fotoedytorzy już wiedzą, co nie przejdzie, a laboranci wydrapują z negatywu na przykład naszywki dywizyjne widoczne na mundurach. Współpraca idzie sprawniej.

Dziś Morris wyszedł z pakietem bezcennych zdjęć o 3:30 nad ranem. Teraz patrzy na zawartość paczki A w rękach alianckich cenzorów. O 8:30 cenzor stempluje ostatnie zdjęcie. Jeszcze tylko banderola. I nagle taśma przykleja się nie tam gdzie trzeba. Nerwowe szarpanie nic nie daje. Mijają cały kwadrans, a o 9:00 goniec nieodwołalnie wyjedzie na lotnisko.

Moriss ma opracowane trasy z biura do cenzury i teraz korzysta z objazdu na godziny szczytu. Wbiega do agencji i w holu widzi gońca zamykającego już torbę, do dziewiątej brakuje tylko sekund. Stać, jeszcze to!

W południe paczka A dolatuje do bazy w Szkocji obsługującej loty transatlantyckie.

Przesyłka A dzień 7.
W sobotni wieczór w waszyngtońskiej redakcji zamykany zostaje numer „Life”a o inwazji.

Przesyłka W dzień 7.
Stary Szkot raczej nie popełnia błędów, jest listonoszem od skończenia szkoły. I zna ten dom na skraju Edynburga, jak wszystkie na swoim terenie. Od kilku lat adresatami są stacjonujący tu polscy żołnierze. Mimo zniesionego zaciemnienia w oknach budynku wiszą ciężkie kotary. W letnim powietrzu czuć chemikalia, w ciemni od rana krzątają się podoficerowie.

Przesyłka W dzień 8.
Pod oknem z ciężkimi kotarami stoją żołnierze w fartuchach i z namaszczeniem palą papierosy. Zasłużyli na odpoczynek. Od wczoraj uporali się z wywoływaniem klisz i zrobili ze dwie setki odbitek próbnych. Rano ktoś zaniesie je na pocztę i nada do Londynu.

Przesyłka W dzień 15.
Z poranną pocztą przychodzi paczka ze Szkocji. Kolejny oficer dyżurny jest pod wrażeniem zdjęć z Francji. Czołgi Maczka gromią Niemców. Ale jatki! W opisach zdjęć są nazwy miejscowości, które słyszał jakiś czas temu w radio. To istotne materiały! Szybko do cenzury.

Szczęście, że flegmatyczna angielska cenzura zdążyła przed godziną 16. Kilku oficerów przepakowuje odbitki próbne do kopert. Stanowczo przybijają do nich pieczątkę „pilne” a żołnierze gońcy biegną do alianckich agencji. Oficerowie „prasowi” kiwają głowami – zdążyliśmy, to było jak szarża. Może będą odznaczenia? A przynajmniej zasłużyliśmy na kolejkę w pubie.

Przesyłka W dzień 17.
Zdjęcia z przesyłki W trafiają także do „Life”a. To od Polaków, materiał z Normandii. Normandia? Dlaczego nie dali czegoś z wejścia do Belgii? O tym piszemy.

Tak się układają losy paczki W i reportażu o bitwie pod Falaise. Podobnie wyglądała historia materiałów o wyzwoleniu Bredy.

Służby prasowe
Polscy korespondenci byli na pierwszej linii, byli ciężko ranni (jak Pruszyński), a ich praca znikała na tygodnie w machinie polskiej obsługi prasowej. Trafiała w końcu do gazet polskich i ulotek pułkowych.

Brytyjskie i amerykańskie media pisały przede wszystkim o Brytyjczykach i Amerykanach, a gdy brakowało informacji szczegółowych jak w przypadku Bredy, pisały o wyzwoleniu przez aliantów. Gdy przychodził materiał od polskich służb prasowych media mówiły już o następnych zwycięstwach, publikowały zdjęcia z kolejnych bitew.

Okładka magazynu Life z 28.08.1944 z fotoreportażem o kotle Falaise. (fotomontaż)

Ujęcie niemieckiego generała. Czy tak wyglądałaby okładka magazynu Life z 28.08.1944 z fotoreportażem o Polakach pod Falaise? (fotomontaż)

W wojsku polskim nie było tradycji służby prasowej a co gorsze żadnej jej wizji. To były londyńskie wakaty dla oficerów bez przydziału, którzy najczęściej nigdy nie pracowali z mediami. Ich wyobraźnia nie przekraczała granicy gazetki z humorem pułkowym i albumu z pamiątkowymi zdjęciami. Fotograf potrzebny był, co najwyżej do uwiecznienia akademii połączonej z wręczeniem gwiazdek oficerskich. Dla takich celów laboratorium fotograficzne mogło pozostać w Szkocji. Jeśli coś się udawało to raczej wbrew temu systemowi pracy niż dzięki niemu.

Gdy w lipcu 1944 r. Moskwa zaczęła promować rząd polskich komunistów (jako jedyny i prawomocny) oraz rozpoczęła naciski na aliantów o wyciszanie informacji o roli Polskiej Armii na Zachodzie i Rządzie Londyńskim, to właściwie niewiele trzeba było do wyciszenia. Media zachodnie też popełniały błędy, bywały bezduszne, ale były już po prostu przyzwyczajone do nieobecności Polaków.

Kamienie

Fotografia wygląda na fotomontaż, piękny kolaż, zestawienie dwu światów. W  półmroku warsztatu starannie rozwieszone narzędzia stolarskie. Na pierwszym planie jaśniejsza plama. Jak kółko staranie wycięte z innego kadru, z fragmentem starannej typografii. Czy to kawałek afisza? Gazety?

Po chwili dostrzegamy oś i korbę. Jasny kartonik z literami hebrajskiego alfabetu okazuje się kołem szlifierskim. To kamień macewy na którym ostrzy się dłuta. Do dziś.

„Toczak (koło szlifierskie). Brok” Łukasz Baksik (fot. za baksik.com)

„Toczak (koło szlifierskie). Brok”, miasto w Mazowieckiem. II połowa XX w. Łukasz Baksik (fot. za baksik.com)

Warsztat, podwórko, rynek miasteczka, murek wokół boiska, chodnik… Dopiero po chwili dostrzegamy wszystkie detale i sens kolejnych scen. Prawdziwe zderzenie światów w spokojnych kadrach. Łukasz Bagsik właśnie w taki, z pozoru beznamiętny sposób pokazuje nam „drugie życie” żydowskich nagrobków. Dokumentuje jak stały się materiałem budowlanym.

Codzienność warsztatu stolarskiego zestawiona z cieniem śmierci wydała mi się poetyckim kolażem. Przecież z grobami i nagrobkami pewnych rzeczy się nie robi. Ale inne dokumentalne kadry są drastyczniejsze. Oglądając zdjęcia powoli zdajemy sobie sprawę, że macewy stawały się budulcem nie tylko w latach hitlerowskiej okupacji.

______________
Łukasz Baksik „Macewy codziennego użytku”
zdjęcia ze strony  baksik.com

Zaskakujące sąsiedztwo

Na ścianie nowojorskiego Międzynarodowego Centrum Fotografii zawisły obok siebie dwie fotografie. Ich powstanie dzieli blisko 60 lat oraz kilka tysięcy kilometrów.

Pierwsze – czarno-białe, ziarniste i lekko poruszone – zrobione rankiem 6 czerwca 1944 r. przez Roberta Capę na normandzkiej plaży o kryptonimie „Omaha”. W jednym z najkrwawszych miejsc i momentów II wojny światowej. Jest ikoną amerykańskiego udział w wojnie na terenie Europy.

Plaża Omaha - Zdjęcie Roberta Capy z 6 czerwca 1944r. (Fot. za Wikipedia)

Obok, po prawej wisi mały kolorowy kadr z telefonu komórkowego, mizernej jakości pełen pikselowych zakłóceń. Przedstawia zakapturzoną postać stojącą na stołku – torturowanego Irakijczyka. Stało się ikona amerykańskiego udziału w tej wojnie. Autor nie jest znanym fotoreporterem, to fotografia zrobiona telefonem przez uczestnika wydarzeń – żołnierza, który pozostał anonimowy. Zdjęcie świadka wykonane 4 listopada 2003 r. w Abu Gharib w Iraku.

fot. duncan / Flickr CC by 2.0

Scena tortur z Abu Gharib funkcjonuje jako rozpoznawalną ikoną. fot. duncan / Flickr CC by 2.0

Omaha i Abu Gharib – obrazy dwu Ameryk
Nagle zestawiono obrazy dwu innych światów. Zderzyły się także wyobrażenia o żołnierzach demokratycznego państwa. W pierwszej połowie XX wieku wierzyliśmy, że do złego byli zdolni wyłącznie wrogowie – hitlerowcy. W ostatnich dziesięcioleciach kolejne społeczeństwa wysyłając swych żołnierzy do obcych krajów odrabiają tę samą lekcję. Często pokazują to reporterzy (np. Sebastian Junger i Tim Hetherington – twórcy „Wojny Restrepo”), czasem docierają do nas relacje świadków.

Dokument
Zdjęcia nie tylko przedstawiają to, co w kadrze. Wiele mówią o naszym podejściu do tego medium i stosunku do fotoreportażu. Praca Roberta Capy jest symbolem dziennikarstwa fotograficznego pierwszej połowy XX w. W nowym wieku zawód fotoreportera traci na znaczeniu, zastąpiony migawkami wideo i zdjęciami robionymi przez uczestników wydarzeń.

Siła medium
Czy coś jeszcze zostało? Pozostaje nasza wiara we właściwości dokumentacyjne medium. Mimo złej jakości technicznej a może właśnie dzięki niej oba zdjęcia, zarówno to z 1944, jak i to z 2003 r. odbieramy jako autentyczne. Wiarygodne, nie retuszowane pędzlem ani photoshopem.

Dyskusję zapoczątkowaną przez kuratorów centrum muzeum ICP podjął między innymi autor Bloga Prisonphotography.

O Wojtku – reportaż dla dzieci

Jan Bajtlik grafik i ilustrator sprawił, że opowieść Wiesława A. Lasockiego stała się bliższa nam i naszym dzieciom. „Wojtek spod Monte Cassino” został, dzięki wizji młodego ilustratora trochę odmilitaryzowany i nabrał cech ponadczasowości.

Okładka - Wojtek spod Monte Cassino - Antoni Lasocki, Ilustracje: Jan Bajtlik

Okładka - Wojtek spod Monte Cassino - Wiesław A. Lasocki, Ilustracje: Jan Bajtlik

To stara książka czytana w rodzinach polskich emigrantów przetłumaczona na kilkanaście języków. Jej angielską wersję czytał synom na dobranoc książę Karol. W peerelu nie była wydawana, bo autor nie zgadzał się na ingerencje w treści. Wiedział co wypisywano i wydawano w kraju.

Co? Mała dygresja. W Polsce dzieci nie czytały o „nieludzkiej ziemi”. Poznawały natomiast przygody polskiego nastolatka, który spędzał czas wojny na pięknej Syberii, gdzie zabawiał się polowaniem na tygrysy. Miał psa Szarika i zdobył wielkiego niezastąpionego przyjaciela – Gruzina z wąsami. Razem poszli na wojnę. Wygrali, a po zwycięstwie zmężniały Jaś wrócił do domu, ożenił sie z Rosjanką, a weselisko było piękne.

Warto formalnie i treściowo porównać „Czterech pancernych” i „Wojtka”. Realizm (socrealizm) Przymanowskiego służy opowiadaniu przygodowemu i fantazjom, a gawęda (czytanka) Lasockiego jest oparta na reporterskim warsztacie i wywiadach. To trochę zaskakujący paradoks.

Lasocki podjął sie spisania relacji o osieroconym niedźwiadku tułającym się po świecie wraz z żołnierzami Andersa. Mimo niezwykłości opowieści zakończenie jest w duchu reportażowym, nie ma bajkowego „żyli długo i szczęśliwie”, albo „wrócili do rodzinnej wioski, gdzie powitano ich tradycyjną ucztą”.

Karty książki - Wojtek spod Monte Cassino - Wydawnictwo Muchomor, 2012r.

Karty książki - Wojtek spod Monte Cassino - Wydawnictwo Muchomor, 2012r.

Zbiór Zbiór anegdot i wspomnień układa się w opowieść dla dzieci i czytających im rodziców. Solidna reportażowa robota w opakowaniu gawędy. I te ilustracje! Mamy tu chwile radości, zabawy i szczęścia. Mimo trudów przyjaźnie trwają, ludzie i zwierzęta radzą sobie jak mogą. O ile mogą.

Ilustracje Jan Bajtlik.

Ilustracje Jan Bajtlik.

To jednak opowieść o wojnie. Śmierć jest tu obecna i dotyka niektórych bohaterów.

Szorstkość opowieści łączy się z sympatią dla bohaterów i elementami humorystycznymi. Obie wartości narracyjne przeniesiono są w sferę graficzną. Kolory są ograniczone, a obrazki wykonane są techniką szablonu i mają jego charakterystyczną (szorstką) fakturę. W tej technice Bajtlik czuje się znakomicie, ale to także wielki ukłon w stronę historii. To ten sam sposób, który wykorzystywali żołnierze do umieszczania na samochodach kompanii zaopatrzeniowej podobizny Wojtka.

Tom „Wojtek spod Monte Cassino” kończy rozdział zapiski kronikarskie i archiwalne zdjęcia.

Tom „Wojtek spod Monte Cassino” kończy rozdział zapiski kronikarskie i archiwalne zdjęcia.

________

„Wojtek spod Monte Cassino” Wiesław Antoni Lasocki, Ilustracje: Jan Bajtlik
Wydawnictwo Muchomor, 2012r.
Książka dla dzieci od lat 7

O drodze przez Kołymę

Najnowszy tom Hugo-Badera napisany jest w dwu rytmach. Pierwszy wyznaczają, jak kamienie milowe – drobne zapiski, publikowane z drogi, na bieżąco w portalu gazeta.pl. Ten dziennik podróży dostajemy teraz uzupełniony o obszerniejsze formy reportażowe.

Jacek Hugo-Bader „Dzienniki kołymskie”

Dopełniają one znaną już opowieść w sposób zaskakujący. Wymiana zdań z dziennika okazuje się fragmentem całonocnej rozmowy. Bohater notki pokazuje swoje głębsze oblicze, bywa że jest odwrotnie i rozczarowuje nas. Czasem opowieść o życiu okazuje się zmyślona lub skradziona, zasłyszana na szlaku od kogoś innego.

Elementy starych zwyczajów, wierzeń szamańskich, to że człowiek na szlaku jest święty egzystują ze światem posowieckim, mniej lub gorzej zachowanymi pamiątkami komunizmu oraz z tym, co przyszło na przełomie wieków – władzą powiązaną z biznesem, bezwzględną konkurencją o koncesje i działki złotonośne. Współczesna Kołyma to cmentarzysko gułagu rozkopywane maszynami górniczymi. I nie jest to przenośnia.

To także kraina spirytusu pitego ratowniczo, w sytuacji skrajnej, w obronie przed zamarznięciem. Ale i codziennie na znak towarzyskiej szczerości, dla rozrywki, ukojenia nerwów i duszy. Dla znieczulenia.

Autor jest nie tylko narratorem. On jest tam jako osoba i opisuje swoje zanurzenia w tę rzeczywistość i odnajdywanie się w niej. Chyba to własne odnajdywanie zaczyna go fascynować na równi z przedstawianiem świata.

Hugo-Bader wspomina Sołżenicyna i jego opowieści o Kołymie – świecie skrajnym, w którym tylko nieliczni zachowują człowieczeństwo. Ale częściej odwołuje się do kołymskiej narracji Szołochowa – krainie pozostawionej przez Boga i pozbawionej nadziei. Ta druga, brutalniejsza wizja krainy jest reporterowi bliższa. Mówi o tym i pisze mocno, ale mimo wszystko całość „Dzienników” jest poszukiwaniem ludzkiej szczerości i nadziei. Reporter nie chce skończyć, dodaje kolejne rozdziały, a w nich akcenty jaśniejsze. Broni nas przed pustką i rozczarowaniem. I w tym jest mimo wszystko coś sołżenicynowskiego.

____________
Jacek Hugo-Bader „Dzienniki kołymskie”

Miedzianka, Uranka, nic

Miedzianka zniknęła w sposób naturalny. Jak połowa rzymskiego koloseum. Jak domek Ueberschaera, jej pierwszy, zapadający się przez szkody górnicze budynek. Dzieła dokończyli sąsiedzi, szukając, jak zawsze i wszędzie, budulca. Ale historia nie jest tak prosta i banalna.

Miasteczko trwa we wspomnieniach ludzi przyjeżdżających tu na odpust w trzecią niedzielę po Wielkiej Nocy. Jadących z Jeleniej Góry, ale także zza granicy. Chodzących przez chaszcze i łączki pod kątem prostym, zapamiętaną siatką nieistniejących już ulic.

Autor, jako fotoreporter zrobił tam dziesięć zdjęć, jedno z nich trafiło na okładkę. Koń na łące. Ale to nie jest koń z ikonografii Wajdy albo Hoffmana, koń z półdzikiego stada za którym biega Olbrychski. To jest zwierzak zmęczony i ciężki z wyglądu, nawet jak na konia pociągowego. Dodatkowo w kadrze, przyduszony ołowianymi chmurami i jakimiś zapomnianymi drutami na niebie. Pasie się na smętnej łączce. To krzaki w miejscu gdzie był rynek Miedzianki.

Springer później już nie zabierał aparatu. Przez dwa lata pisał książkę-reportaż. Słuchał dziesiątek opowieści, czytał relacje zgorzkniałych, trafiał na plotki i wątki godne sensacji XX wieku i weryfikacji przez IPN.

Czy rzeczywiście miasto było tak piękne i miłe jak wspomnienia o nim? Czy najmniejsze i najmilsze miasteczko dziewiętnastowiecznych Niemiec przetrwałoby gdyby nie wojny, przesiedlenia, rabunkowa działalność górnicza?

A może to jednak my, jak ten koń nie jesteśmy z ikonografii Wajdy i Hoffmana.

Nie z Hoffmanowskiego „Potopu”, bardziej z jego „Prawa i pięści”. Szabrujący ale pamiętający tylko o tym jednym sprawiedliwym.

To dokument nie tyko o Miedziance. To o nas – jakimi jesteśmy.

__________

Filip Springer, „Miedzianka. Historia znikania” Wydawnictwo Czarne, 2011.
Blog Filipa Springera.

„Z granitowego miasta” – drukiem

„Śladami zapomnianych Bohaterów” to przekorna książka o starszych paniach i panach z sąsiedztwa, spokojnie podlewających ogródek, może czasem uczestniczących w spotkaniach z Polonią. Autor Mateusz „Biszop” Biskup postanowił odkryć ich historie. Każdy rozdział to zaskakująca, osobna opowieść. Na ogół skromne, dziś starsze osoby miały w swym życiu epizody i przygody bardziej fascynujące, niż te wymyślane przez filmowych scenarzystów.

Podobnego odkrycia, że otaczają go bezimienni bohaterowie, dokonał w latach 80. w sferze fotografii Ian Patrick (zeszłoroczny wpis o fotografowaniu Normandii).

Mateusz Biskup od lat prowadzi bloga „Z granitowego miasta”. Jego dar opowiadania i żyłka detektywa historii sprawiły, że blog ma ponad dziesięć milionów wyświetleń, był wielokrotnie nagradzany, a notki z niego ukazały się drukiem.

Wiele z opowieści Biszopa to hołd dla poległych bohaterów (Życiorys wyryty na drzwiach). Część wykracza poza ramy określone w tytule. W odleglejsze momenty historii (np. Aragonia, 1415 ), dalsze rejony świata (Montana 1876).  Kilka to spojrzenie na złożoność losów i mroczne strony życia. Mamy paru bohaterów negatywnych – wieje grozą (Montana 1876, Zbrodnia i kara 1944). Bywa, że dramat ociera się o groteskę, jak w opowieści Jak Florian z kumplami ambasadę okupowali.

Czyta się znakomicie zarówno on-line jak i w tomie książkowym. To lektura dla miłośników słuchania historii, oraz pasjonatów odkrywania historii (w drugim znaczeniu słowa). Dobry punkt odniesienia do własnych poszukiwań. Choć w tym przypadku sprawę ułatwiłyby lepsze indeksy rzeczowe i indeksy źródeł.

__________

Mateusz „Biszop” Biskup
bloger, miłośnik historii i lotnictwa, mieszka i pracuje w północnej Szkocji.
Jego blog „Z granitowego miasta” zyskał potrójny tytuł bloga roku 2010 organizowanego przez blog.pl.
„Śladami zapomnianych Bohaterów” wydana przez poznański Vesper

Duble z getta

Ujęcie 1: Głodne dzieci oglądają witrynę sklepu spożywczego. Ujęcie 2: Biuro urzędnika ozdobione świecznikiem chanukowym. To maj 1942 r. w warszawskim getcie. Ale świecznik o tej porze roku, zamiast w grudniu? Ujęcie 3: Dzieci zaglądają do tego samego sklepu, tylko wyglądają na jeszcze bardziej głodne. Te same dzieci? Tak. Nie zdaje nam się – to profesjonalne duble nakręcone w warszawskim getcie przez hitlerowców.

Yael Hersonski ruszyła tropem puszki filmowej z napisem „Getto” z niemieckiego archiwum. Odkryła, że jednym z operatorów tego niedokończonego przez nazistów filmu był Willy Wist.

Kadr z filmu Yael Hersonski.

Archiwum w Berlinie. Kadr z filmu Yael Hersonski.

Ujęcie 4: Grają skrzypce i akordeon, pary tańczą wśród bogato zastawionych stołów. Życie w getcie według machiny propagandowej III Rzeszy. Dokumentalistka zestawia te obrazy ze wspomnieniami z getta i obrazami znanymi z filmów Polańskiego i Spielberga. W zapiskach wielu osób odnalazła ślad kręcenia scen przez nazistowskich propagandzistów.

Kadr z filmu Yael Hersonski.

Kadr z filmu Yael Hersonski.

Ujęcie 5: Mały pokój w mieszkaniu z nieprawdopodobnie stłoczonymi meblami i  barłogami do spania. Podobne obrazy, coraz bardziej poruszające. Trudno to dziś oglądać. Jeszcze trudniej pogodzić się z tym, że gebelsowski narrator wyraźnie sugeruje, że taki brak „porządku” trudno dłużej tolerować i „problem trzeba rozwiązać”.

To już nie tylko inny punkt ustawienia kamery, inny punk widzenia, to manipulacja. Po wojnie wiele z ujęć weszło do obiegu zasobów dokumentalnych i było używanych jako ilustracja w programach historycznych. Nikt nie podjął się ich badania i refleksji, że pochodzą z zasobów filmowych propagandy nazistowskiej.

Oficjalny zwiastun „Niedokończonego filmu”

Ujęcie 6: Przechodnie mijają małe, wychudzone dzieci pod murem kamienicy. Mijają ciała zmarłych leżące na chodniku.

Wstrząsające jest wyznanie jednej z bohaterek wspominającej, że dopiero teraz porusza ją ten widok: teraz znowu jest człowiekiem. Wtedy na słabość i łzy pozwoliła sobie tylko raz, po tym jak przypadkowo upadła na leżące na chodniku ciało.


____________
Dokument Yael Hersonski „Niedokończony film” (A Film Unfinished) został nagrodzony na festiwalu w Sundance w 2010 r.
Więcej na stronie filmu: afilmunfinished.com

II Wojna Światowa w 20 odsłonach

Wiosna 1938 r. Młodzieńcy w krótkich spodenkach i śnieżnobiałych koszulach palą książki. Austriaccy naziści z uśmiechem powtarzają gesty towarzyszy z Niemiec. Europa zaczyna płonąć choć oficjalnie jest jeszcze przed wojną. Walki w Hiszpanii stają się coraz bardziej brutalne a okrucieństwo Japończyków w Chinach jest niewyobrażalne. Tego wszystkiego świat dowiaduje się z kadrów reporterów.

(AP Photo)

Pożar Europy zaczyna się od palenia książek. Austria 1938 r. (Fot. AP Photo za theatlantic.com)

My możemy sobie przypomnieć te obrazy dzięki jednemu z ciekawszych blogów poświęconych fotoreportażowi – „inFocus”  prowadzonemu przy waszyngtońskim „The Atlantic”.

W tym roku autor – Alan Taylor – zaprosił nas na dwudziestotygodniowy serial dokumentalny poświęcony II Wojnie Światowej. Jesteśmy właśnie na półmetku cyklu składającego się z blisko tysiąca zdjęć  podzielonych na dwadzieścia cykli. Większość pochodzi ze stałego zestawu dokumentów ale wiele z nich to kadry mniej znane.

Schleswig-Holstein obok Westerplatte. Fot. AP Photo (za theatlantic.com)

Znaczna część poświęcona jest oczywiście Ameryce i odległemu nam frontowi azjatyckiemu. Więcej na theatlantic.com/infocus

Amerykańska dziewczyna w fabryce samolotów. Fot. Alfred Palmer/OWI/LOC (za theatlantic.com)

Oficer o korespondecie spod Narwiku

„Przedstaw mi … wnioski do odznaczeń. Pruszyński, oczywiście, jako najpierwszy. Dekoracja odbędzie się za parę dni.” – tu, w górach wokół Narwiku pułkownik Dec dowodził, używając spokojnych, krótkich zdań. Napięcie ostatnich kilkudziesięciu godzin ustępowało. 22 pluton Szaszkiewicza udało się wyrwać z potrzasku.  Jaką rolę odegrał w akcji żołnierz-reporter? Pozwólmy, że tym razem to wspomnienia dowódcy będą źródłem opowieści o znanym korespondencie.

W środku Ksawery Pruszyński. (fot. za NAC)

W drodze do Narwiku, w środku Ksawery Pruszyński. (fot. za NAC)

Narwik
Od dwu dni Brygada Podhalańska nacierała przez góry wokół Narwiku w kierunku miasta. Było jasne, że natkną się na przygotowywane od miesiąca niemieckie pozycje. Widok na fiord zapierał dech w piersiach, dodatkowym urozmaiceniem były dziesiątki masztów i kominów zatopionych okrętów i statków. Oczy atakujących kierowały się jednak na najbliższe wzgórza. Miejsce starcia otrzymało i zachowało miano „wzgórza Szaszkiewicza”, mogło stać się, jak w przypadku wielu wojen „wzgórzem śmierci”. Otoczone przez wyższe wzniesienia zajęte przez wroga miało wszystkie cechy takiego miejsca.

Narwik. (fot. za NAC)

Brytyjski niszczyciel mija jednostki niemieckie zatopione u wejścia do portu w Narwiku. (fot. za NAC)

Jak na patelni
17 maja w południe Dec kierował swoich ludzi na nowe pozycje. Z trzech grup najlepiej chciał się usadowić pluton Szaszkiewicza, rezerwisty kawalerii. Nie tylko zająć wzgórze, ale i zapewnić sobie dobry wgląd na przeciwległe podejście. Po 17.00 Niemcy postanowili ukrócić zuchwałość podhalańczyków, kolejne stanowiska ciężkiej broni ujawniały się z różnych stron okładając oddział Stańczyka ogniem. Po chwili padło czterech zabitych i dwu rannych. Strzelcy trwali bez ruchu na skałach, szukając schronienia między kamieniami. Po każdym strzale mozolnie zmieniali pozycję. W górach saperki nie są przydatne, a kilofy i czekany po prostu odbijały się od skały.

Biała noc
Ściana ognia odcięła ich od pozostałych polskich oddziałów. Trwali. Zbliżała się noc. Przyniosła chłód. Przyciśnięci do skały Polacy zaczęli dygotać, tylko rum w manierkach miał pomagać. Norweska noc wcale nie dała osłony ciemności, było szarówka. Niemcy ruszyli do kontrataku. Szaszkiewicz i sąsiedzi zatrzymali ich ogniem.

O świcie na prawo od okrążonych zaatakowali podhalańczycy. Niestety utknęli, doskonale widoczni na zaśnieżonym odcinku stoku, nie dochodząc na wysokość 22 plutonu. Wyglądali jak czarne kółka na białych tarczach strzelniczych. Pułkownik Dec wspomina, że Szaszkiewicz stanął przed dylematem: odciążyć kolegów, ale wtedy ujawni wszystkie stanowiska, czy zostawić ich w położeniu równie trudnym jak swoje. Wydał rozkaz: ognia! Udało się, ale znów zostali sami, jak na patelni. Na kolejne godziny.

Pruszyński
Sytuacja zaczęła się zmieniać w południe, bo alianci odłożyli natarcie na Narwik. Podhalańczycy nie musieli atakować i Dec rozpoczął koordynowanie sił przed nową akcją. Teraz chodziło o wyrwanie 22. plutonu z kleszczy. Pruszyński zgłosił się na ochotnika, by przekazać Szaszkiewiczowi plan działania. Poszedł przez strefę śmierci nieprzebytą od kilkunastu godzin. Zaniósł też symboliczne wsparcie – parę manierek rumu.

W tym czasie kolejne polskie moździerze i ckm-y, brytyjskie haubice po jednym wystrzale wstrzeliwały się w pozycje niemieckie. Wszystko było przygotowane, ale wróg przecież też. Nagle zagrały wszystkie lufy i nad oddziałem Szaszkiewisza otwarto „parasol ognia”. Niemcy odpowiadali nieśmiało, teraz oni zostali przyciśnięci skoncentrowanym ogniem. Doczekawszy się osłony spokojnie, grupkami, skokami 22. pluton cofał się prowadzony przez Pruszyńskiego. Na końcu, jak kapitan okrętu szedł dowódca – Szaszkiwicz, dopilnował wyniesienia pięciu rannych.

______

Wykryte podczas tej walki pozycje wroga zostały zmiecione podczas głównego ataku aliantów. Historię oddziału Szaszkiewicza i misję Pruszyńskiego znamy dzięki wspomnieniom Władysława Deca „Narwik i Falaise” (wydanych po raz pierwszy przez wydawnictwo MON 1958 r.) Władysław Dec był oficerem w Brygadzie Podhalańskiej pod Narwikiem, później służył w 1. Dywizji Pancernej generała Maczka.

______

Ksawery Pruszyński
(1907-1950) Polski korespondent i literat. Student prawa na UJ, publikował w pismach studenckich. Zaczynał jako korektor i autor przeglądu zagranicznego „Czasu”, od 1930 reporter. Był korespondentem w Hiszpanii w 1936 r. Mimo dotychczasowych konserwatywnych poglądów tu stanął wyraźnie po stronie republikańskiej. Po kampanii wrześniowej znalazł się w polskiej armii na zachodzie. Pracował służbie dyplomatycznej i jako oficer-korespondent w Brygadzie Podhalańskiej pod Narwikiem i 1. Dywizji Pancernej generała Maczka pod Falaise. Po wojnie wrócił do Polski.

Page 1 of 3123