Agencja Fuks została bez zdjęcia

Ja ich odprowadzę – powiedział mocnym głosem łysiejący mężczyzna – tylko dajcie mi jakiś karabin. Miał cywilne ubranie a w rękach skrzynkowy aparat. To był osiemnasty dzień sierpnia 1920 r., kilka kilometrów od Mińska Mazowieckiego – sam środek Bitwy Warszawskiej. Nazwanej potem „Cudem nad Wisłą”.

Marian Fuks (fot. Archiwum IKC, za NAC)

Marian Fuks - fotograf, właściciel agencji fotograficznej. Portret z ostatniego roku życia, 1935r. (fot. Marian Fuks, Archiwum IKC, za NAC)

Jeńcy z grupy na drodze oraz zgromadzeni wokół generała Hallera sztabowcy i korespondenci przyglądali się fotografowi. Niektórzy go znali – Marian Fuks – dosyć postawny mężczyzna o rysach równie mocnych jak głos. Jego sylwetka i aparat pojawiała się zawsze tam gdzie działo się coś ważnego albo sensacyjnego (fotografował Piłsudskiego w 1916 r.) Jeńcom też nie wyglądał na gryzipiórka o białych rączkach. Jeden z nich zaczął przekonywać „panów baronów” o tym, że niepotrzebny nawet karabin, bo oni nareszcie dostali się do niewoli i są szczęśliwi.

Front został przełamany przez Wojsko Polskie uderzeniem spod Dęblina. Także nieliczne oddziały spod Warszawy szybko szły na wschód. Wola walki oskrzydlonej, północnej grupy sowieckiej armii została złamana. Jeńców było tak dużo, że nie miał ich kto odprowadzać. Zrobił to fotograf.

Pierwsza taka historia w cyklu „historia zdjęcia”, bo o zdjęciu które nie powstało, zainspirowana została „Cudem Wisły” Adama Grzymały-Siedleckiego.

Gen. Haller w 1920 r. (fot. Marian Fuks, Archiwum IKC, za NAC)

Sztab generała Józefa Hallera w 1920 r. (fot. Marian Fuks, Archiwum IKC, za NAC)

________________

Marian Fuks
(1884-1935) – polski fotografik i filmowiec. Urodził się w Warszawie i tu w 1906 otworzył zakład fotograficzny. W 1910 przekształcił je w agencję fotograficzną. Pierwsze takie przedsięwzięcie w europie wschodniej, istniało przez 24 lata. Zainteresował się także filmem kręcąc od 1912 r. kronikę. Miała charakter dokumentalną, sensacyjny i patriotyczny. Był też operatorem filmów fabularnych (np. „Obłąkany” ze Stefanem Jaraczem) i montażystą. W 1932 r. nakręcił krótkometrażowy dokument „Gdańsk w cieniu swastyki”. Wydał broszurę „Zaranie fotografii dziennikarskiej w Polsce” (1925). Tworzył stowarzyszenia fotografów Królestwa Polskiego oraz żydowskie Stowarzyszenie Pracowników Fotografii. Zmarł w Warszawie.

Heinrich Völkel – życie w ruinach

Był jedynym zagranicznym korespondentem. Wiedział to już, ale kiedy to poczuł? Stojąc na przeciw chłopca z rękami w kieszeniach w wypalonym pokoju bez okien? Może w dniu portretowania sześcioosobowej rodziny na środku salonu, gdy nie musiał wchodzić, kadrował‚ przez urwany narożnik domu?

Gdy na ulicy ruin, na jednym z pięter ujrzał samotną kobietę w czerni? Tak, chyba wtedy – tylko on i ta cicha kobieta, którą można właściwie przeoczyć wśród stert gruzu. Reportaż samotnego Heinricha Völkela powstał‚ w 2009r w strefie Gazy.

The Terrible City – Gaza 2009

Ulica gruzów. Z cyklu „Gaza - straszne miasto”. fot. Heinrich Völkel (za bildwerk3.de)

Listopad 2012 roku. Zalewa nas fala reportaży ze zgrupowań wojsk izraelskich na granicy z Gazą, docierają liczne zdjęcia i migawki rakiet lecących w stronę państwa żydowskiego i tych padających na bazy Hamasu i ich okolice. Sytuacja się zaognia a dziennikarze światowych mediów są na miejscu. Po ośmiu dniach eskalacji konfliktu Hamas i Izrael zgadzają się na rozejm, jest 21 listopada 2012 r.

W strefie Gazy przybyło ruin, w serwisach światowych przybyło zdjęć. Kobiet załamujących ręce nad gruzami, płaczących dzieci. Reporterzy powracają już do domu, a potem szykują się na kolejny temat. To już utarty cykl pracy stacji telewizyjnych i dużych agencji. Tak było też w 2009 r. podczas odwetowej operacji „Płynny ołów” przeprowadzonej przez wojska Izraela.

Warto przypomnieć postawę Heinricha Voolkera, fotografa z Niemiec, bo to jeden z nielicznych potrafiących naruszyć ten utarty cykl. Pojechał do strefy gazy i fotografował miejsce walk już po ich wygaśnięciu. Powstał cykl  „Gaza – straszne miasto” nie epatujący łzami, ani krwią. Jest na pozór spokojny. Pojedyncze osoby, rodziny pozują do pamiątkowego zdjęcia. Powstał dokument zniszczeń i portret życia, krzątaniny wśród gruzów. Symboliczne jest zdjęcie prania rozwieszonego miedzy filarami sterczącymi z resztek gruzu.

The Terrible City – Gaza 2009

Resztki budynku Hamasu. Z cyklu „Gaza - straszne miasto”. fot. Heinrich Völkel (za bildwerk3.de)

Straty wśród Palestyńczyków po akcji „Płynny ołów” to ok. 1500 osób. Prawie 20 000 budynków zostało uszkodzonych lub zniszczonych. Oglądając zdjęcia mamy nadzieję, że zniszczenia zostały naprawione, a żałoba minęła.

*

Z cyklu „Gaza - straszne miasto”. fot. Heinrich Völkel (za bildwerk3.de)

Modlący się muzułmanin, ale część Palestyńczyków to także chrześcijanie. Z cyklu „Gaza - straszne miasto”. fot. Heinrich Völkel (za bildwerk3.de)

Znacząca część Palestyńczyków to chrześcijanie, też się szykują do Świąt.
Zamiast kolędy wiersz.

Koniec i początek
Wisława Szymborska

Po każdej wojnie
ktoś musi posprzątać.
Jaki taki porządek
sam się przecież nie zrobi.

Ktoś musi zepchnąć gruzy
na pobocza dróg,
żeby mogły przejechać
wozy pełne trupów.

Ktoś musi grzęznąć
w szlamie i popiele,
sprężynach kanap,
drzazgach szkła
i krwawych szmatach.

Ktoś musi przywlec belkę
do podparcia ściany,
ktoś oszklić okno
i osadzić drzwi na zawiasach.

Fotogeniczne to nie jest
i wymaga lat.
Wszystkie kamery wyjechały już
na inną wojnę.

Mosty trzeba z powrotem
i dworce na nowo.
W strzępach będą rękawy
od zakasywania.

Ktoś z miotłą w rękach
wspomina jeszcze jak było.
Ktoś słucha
przytakując nie urwaną głową
Ale już w ich pobliżu
zaczną kręcić się tacy,
których to będzie nudzić.

Ktoś czasem jeszcze
Wykopie spod krzaka
przeżarte rdzą argumenty
i poprzenosi je na stos odpadków.

Ci, co wiedzieli
o co tutaj szło,
muszą ustąpić miejsca tym,
co wiedzą mało.
I mniej niż mało.
I wreszcie tyle co nic.

W trawie, która porosła
przyczyny i skutki,
musi ktoś sobie leżeć
z kłosem w zębach
i gapić się na chmury.


_____

Heinrich Völkel – niemiecki fotoreporter (ur. 1974 r. Moskawa). Po studiach fotografii w Berlinie rozpoczął pracę wolnego fotografa. Mieszka w Wiesbaden.

Zaskakujące sąsiedztwo

Na ścianie nowojorskiego Międzynarodowego Centrum Fotografii zawisły obok siebie dwie fotografie. Ich powstanie dzieli blisko 60 lat oraz kilka tysięcy kilometrów.

Pierwsze – czarno-białe, ziarniste i lekko poruszone – zrobione rankiem 6 czerwca 1944 r. przez Roberta Capę na normandzkiej plaży o kryptonimie „Omaha”. W jednym z najkrwawszych miejsc i momentów II wojny światowej. Jest ikoną amerykańskiego udział w wojnie na terenie Europy.

Plaża Omaha - Zdjęcie Roberta Capy z 6 czerwca 1944r. (Fot. za Wikipedia)

Obok, po prawej wisi mały kolorowy kadr z telefonu komórkowego, mizernej jakości pełen pikselowych zakłóceń. Przedstawia zakapturzoną postać stojącą na stołku – torturowanego Irakijczyka. Stało się ikona amerykańskiego udziału w tej wojnie. Autor nie jest znanym fotoreporterem, to fotografia zrobiona telefonem przez uczestnika wydarzeń – żołnierza, który pozostał anonimowy. Zdjęcie świadka wykonane 4 listopada 2003 r. w Abu Gharib w Iraku.

fot. duncan / Flickr CC by 2.0

Scena tortur z Abu Gharib funkcjonuje jako rozpoznawalną ikoną. fot. duncan / Flickr CC by 2.0

Omaha i Abu Gharib – obrazy dwu Ameryk
Nagle zestawiono obrazy dwu innych światów. Zderzyły się także wyobrażenia o żołnierzach demokratycznego państwa. W pierwszej połowie XX wieku wierzyliśmy, że do złego byli zdolni wyłącznie wrogowie – hitlerowcy. W ostatnich dziesięcioleciach kolejne społeczeństwa wysyłając swych żołnierzy do obcych krajów odrabiają tę samą lekcję. Często pokazują to reporterzy (np. Sebastian Junger i Tim Hetherington – twórcy „Wojny Restrepo”), czasem docierają do nas relacje świadków.

Dokument
Zdjęcia nie tylko przedstawiają to, co w kadrze. Wiele mówią o naszym podejściu do tego medium i stosunku do fotoreportażu. Praca Roberta Capy jest symbolem dziennikarstwa fotograficznego pierwszej połowy XX w. W nowym wieku zawód fotoreportera traci na znaczeniu, zastąpiony migawkami wideo i zdjęciami robionymi przez uczestników wydarzeń.

Siła medium
Czy coś jeszcze zostało? Pozostaje nasza wiara we właściwości dokumentacyjne medium. Mimo złej jakości technicznej a może właśnie dzięki niej oba zdjęcia, zarówno to z 1944, jak i to z 2003 r. odbieramy jako autentyczne. Wiarygodne, nie retuszowane pędzlem ani photoshopem.

Dyskusję zapoczątkowaną przez kuratorów centrum muzeum ICP podjął między innymi autor Bloga Prisonphotography.

Horst Faas – War Is Hell

Chłopak w półuśmiechu, patrzy nam prosto w oczy. To może być nawet syn sąsiadów. Tylko że ma zadziwiająco zimne oczy. I hełm z napisem „War Is Hell”. W wąskim kadrze dostrzegamy jeszcze tylko kawałek naramiennika i łańcuszek nieśmiertelnika. Nie znamy nazwiska tego spadochroniarza, nie wiemy, jak dla niego ta wojna się skończyła. Został jej twarzą, twarzą obecności Ameryki na tej wojnie. Znamy za to portretującego – Horst Faas fotograf z AP zrobił to zdjęcie 18 czerwca 1965 r. pod Phouc Vinh w Południowym Wietnamie.

Fot. Horst Faas/AP (za denverpost.com)

War Is Hell - portret spadochroniarza. Fot. Horst Faas/AP (za denverpost.com)

Piekło
Ta wojna zrodziła nową legendę fotoreportażu. „Denverpost” przypomina narodziny tej legendy – 60 wietnamskich zdjęć Horsta. Fass miał wielki wpływ na wyobrażenie zachodniego świata o wojnie wietnamskiej fotografował, a jako szef oddziału AP 0dkrywał talenty i kierował pracą wybitnych reporterów. Świadomie lub nie, ich kadrami myśleli hollywoodzcy twórcy „Czasu Apokalipsy” albo „Plutonu”. Jak zdjęcie startujących helikopterów z marca’65 czy styczniowe migawki z biwaku w dżungli.

W tym czasie powstały ujęcia bardziej dramatyczne albo może bardziej symboliczne. Fass najczęściej pokazywał napięcie i dramaty konfliktu bez epatowania drastycznością. Mimo zamieszania i zgiełku walki udawało mu się osiągać efekty portretowe. Nie zwracał uwagi na akcję, lecz na ludzi w niej uczestniczących.

Jest w tych obrazach trafność relacji korespondenta. Zaznaczony dystans między armią a cywilami. Jak na zdjęciach ze stycznia 1966 r. rodzin ukrywających się w kanałach nawadniających. Przerażeni, skuleni wieśniacy i bardziej wyprostowani żołnierze. A szczególnie kadr nagrodzony Pulizerem z marca’64 zrobiony przy granicy z Kambodżą. Poniżej horyzontu bezradny wieśniak z drobnym ciałem córki na rękach a powyżej na ogromnym wozie bojowym żołnierze armii Wietnamu. Kilkanaście anonimowych postaci, kilka twarzy. To podczas ich działań przeciwko partyzantom zginęło dziecko.

Fot. Horst Faas/AP (za denverpost.com)

Chłop z martwym dzieckiem i wietnamscy żołnierze. Fot. Horst Faas/AP (za denverpost.com)

Jest w nich bezwzględność wojny. Jako szef oddziału bronił dramatycznych kadrów wykonanych przez fotoreporterów AP. Ból rannych, zmęczenie, strach, rozpacz, zawziętość. Szczególnie uderzają jego zdjęcia z zamachu w Sajgonie oraz późniejsze kadry z Pakistanu – tam przecież oficjalnie nie było wojny, a okrucieństwo równie porażające. Widzimy twarze morderców.

Jest także niedopowiedzenie. Jak w scenie marines biegnących na złamanie karku do swojego okopu po usłyszeniu nadlatującego pocisku z moździerza. Zatrzymani w nienaturalnych pozach na otwartym polu. Dobiegną? Młody sanitariusz wybiegający z pomocą na odkryte pole ryżowe. Wróci? Historie otwarte jak ta, młodego żołnierza, ze zdjęcia spod Phouc Vinh.

Fot. Horst Faas/AP (za denverpost.com)

Mariens kryją się w okopie, czerwiec 1966 r. Fot. Horst Faas/AP (za denverpost.com)

Pożegnanie

Horst Faas pożegnał się ze światem 10 maja 2012 r.

Jednego z największych spośród reporterek i reporterów możemy zapamiętać jako starszego pana otwierającego wystawę swych dokumentalnych fotografii. To jedyny jaśniejszy punkt w mrocznej i przytłaczającej serii wiadomości o tragicznej śmierci szeregu korespondentów wojennych.

Horst Faas. Fot. AP (za denverpost.com)

Horst Faas na wystawie we Francji 2008 r. Fot. AP (za denverpost.com)

Wszystkie fotografie na blogs.denverpost.com

_____
Horst Faas
(1933-2012) urodził się w Berlinie. Cały życie związany z amerykańskimi mediami. Fotografował od początku lat 50. najpierw dla Keystone, potem dla Associated Press. Fotografował konflikty w Wietnamie, Laosie, Algierii, Bangladeszu. Kierował pracami AP w południowo-wschodniej Azji. Dwukrotnie otrzymał nagrodę Pulitzera (1965, 1972). Zmarł w Monachium.

Peerelowski „Poród we dwoje” i inne reportaże

„Zenon Żyburtowicz nie miał w domu telefonu. Rodzice musieliby rodzić w godzinach pracy redakcji, gdzie telefon był. Fotoreporter dał szpitalowi numer telefonu swojego sąsiada i po pewnym czasie dostał sygnał, że zaczyna się poród. Ponieważ trwał osiemnaście godzin, Żyburtowicz zdążył. Mimo bólu mama Ewa uśmiechnięta, ojciec Piotr dumny. Córeczka Magda dorodna. Witaj na świecie!” Tak w 1986 r. powstawał fotoreportaż „Poród we dwoje” Zenona Żyburtowicza.

Zenon Żyburtowicz, Krzysztof Mroziewicz, „Portret PRL. Twarze i Maski”, Wyd. Carta Blanca, 2011

Zenon Żyburtowicz, Krzysztof Mroziewicz, „Portret PRL. Twarze i Maski”, Wyd. Carta Blanca, 2011

To nie jest kolejny zbiór fotografii, to są pełne fotoreportaże. Historie nie są tylko zasygnalizowane, lecz opowiedziane obrazem i dopowiedziane przez Krzysztofa Mroziewicza, który jako wytrawny komentator wydarzeń krajowych i światowych dzieli się wspomnieniami i komentuje świat przedstawiony w reportażach. Choć z dowcipami bywa różnie, to jego światowe skojarzenia wnoszą do opowieści wiele błyskotliwego dystansu.

Oglądamy świat, który odszedł: dożynki centralne z przemówieniem pierwszego sekretarza PZPR, darcie pierza i dawna centrala telefoniczna. Rodacy pochłonięci nowinkami. Pierwsza plaża nudystów, maraton tańca i festiwal w Jarocinie. Pierwsze grupy warszawskich punków. I przyszłość, której miało nie być, a nadeszła. Pogrzeb Prymasa Tysiąclecia, Usunięcie pomnika Dzierżyńskiego.

Portrety
Widzimy osoby, rodaków handlujących na targu, skupiony wzrok pracownic zakładów rybnych, życie kobiety – kowalichy ze Spiszu, a także samotnej staruszki na ogródkach działkowych. Widzimy chorych czekających na uzdrowiciela i tłumy warszawiaków modlących się o zdrowie dla rannego Jana Pawła II. Wśród tych tłumów są sportretowani ludzie.

Fotoreporter dostrzega bezdomność osób starszych i młodych. Życie za kratami i szkołę podstawową w złomowanych wagonach kolejowych. Część kadrów nie była wtedy opublikowana. Z reportażu o PKP z 1985 r. cenzura zatrzymała zdjęcie, na którym pokazano zbyt wiele szyn przy lokomotywowni. Podobno zdradzaliśmy potencjał komunikacyjny socjalistycznego państwa.

Siłą reportażu
Było wiele prób sportretowania PRL-u: wystawy, albumy fotograficzne i książki. Przypomnijmy wystawy (wpis) Domu Spotkań z Historią albo portrety dekad wydawane przez Agorę. Teraz otrzymaliśmy książkę wyjątkową. Ciekawy i niejednoznaczny reportażowy portret mieszkańców PRL.


________
Zenon Żyburtowicz, Krzysztof Mroziewicz, „Portret PRL. Twarze i Maski”, Wyd. Carta Blanca, 2011

Bracia reporterzy

Wysoka, kalecząca trawa daje poruszającym się żołnierzom wrażenie ukrycia. Jednak za ruchem trawy idzie ogień karabinów maszynowych Wietkongu. Nie ma żadnej osłony. Kule przecinają zarośla i drobne sylwetki w mundurach. Prawe ramię jednego z nich zwisa bezwładnie, wypuszczając Nikona. Aparat dynda na pasku. Pechowe zakończenie maja 1965 r.

Huynh Thanh My zwykle pracował, przyłączając się do któregoś z batalionów wietnamskiej armii rządowej. Dla absolwenta wydziału sztuki praca z aparatem, praca fotoreportera AP nareszcie miała sens.  W dodatku był między swoimi. Wcześniej zdobywał doświadczenie dźwigając akumulatory i kamery ekipy telewizji CBS.

Rok zapowiadał się szczęśliwie. Wprawdzie trwała wojna, ale komunistów udawało się powstrzymać a Amerykanie angażowali się coraz mocniej. Miał akredytację fotoreportera wielkiej agencji, w marcu dziewiętnastoletnia żona urodziła córeczkę. Ta końcówka maja nie była aż tak zła, przecież wrócił do domu. Na pamiątkę została tylko blizna i zdjęcie zrobione (chyba) przez sanitariusza tuż po założeniu opatrunku.

Nie rozstawał się już ze swoim hełmem korespondenta z białymi literami AP. Ledwo zagojona rana paprała się w tym klimacie, ale należał do najtwardszych. Ukrywał ją pod bluzą i za wyrazem twarzy. Takiego go zapamiętamy, leżącego wśród żołnierzy na zalanym we wrześniu polu ryżowym.

Huynh Thanh My Fot. AP (za Denverpost.com)

Huynh Thanh My kryje się na polu ryżowym wraz żołnierzami wietnamskimi, wrzesień 1965 r.

Fotografował dzień pracy armii walczącej z partyzantką. Niekończące się patrole, przeczesywanie terenu i sporadyczne potyczki. Wróg był, strzelał i trzeba się było przed nim kryć na ryżowisku, w zaroślach, kontratakować. Po większości akcji partyzanci rozpływali się w dżungli albo wśród wieśniaków. Jakby zapadali się pod ziemię. Więc codzienność patroli sprowadzała się do sprawdzania dróg, przepraw, wsi, przesłuchań podejrzanych. O tym opowiadają zdjęcia Huynh Thanh My. Są codziennym raportem.

Huynh pokazywał konflikt wietnamski aż do tragicznego 10 października 1965 r. Ponownie ranny w ramię czekał na ewakuację helikopterem spod Can Tho. Tym razem pomoc się spóźniała, to Wietkong pierwszy dotarł do punktu opatrunkowego.

Po nim powieść podjął brat – Huynh Cong Ut, znany lepiej jako Nick Ut – laureat Pulitzera z 1973 r. Młodszy z braci miał szczęście do spektakularnych i symbolicznych kadrów, jak to wielodzietnej rodziny uciekającej na motocyklu przed frontem. Jego fotografia z nagą dziewczynką na drodze należy do najbardziej znanych ujęć ubiegłego wieku.

To przeciwieństwo zdjęć jego brata. Huynh Thanh My pozostawił po sobie kadry będące opisem małych dramatów gdzieś na prowincji ogarniętej wojną.

Historia wojny wietnamskiej w stu czterdziestu jeden obrazach na fotoblogu Denver Post.

_________
Huynh Thanh My
(1937-1965)
Wietnamski reporter. Urodził się w Long An. Ukończył wydział sztuki, pracował w ekipie telewizyjnej CBS. Fotoreporter agencji Associated Press.

II Wojna Światowa w 20 odsłonach

Wiosna 1938 r. Młodzieńcy w krótkich spodenkach i śnieżnobiałych koszulach palą książki. Austriaccy naziści z uśmiechem powtarzają gesty towarzyszy z Niemiec. Europa zaczyna płonąć choć oficjalnie jest jeszcze przed wojną. Walki w Hiszpanii stają się coraz bardziej brutalne a okrucieństwo Japończyków w Chinach jest niewyobrażalne. Tego wszystkiego świat dowiaduje się z kadrów reporterów.

(AP Photo)

Pożar Europy zaczyna się od palenia książek. Austria 1938 r. (Fot. AP Photo za theatlantic.com)

My możemy sobie przypomnieć te obrazy dzięki jednemu z ciekawszych blogów poświęconych fotoreportażowi – „inFocus”  prowadzonemu przy waszyngtońskim „The Atlantic”.

W tym roku autor – Alan Taylor – zaprosił nas na dwudziestotygodniowy serial dokumentalny poświęcony II Wojnie Światowej. Jesteśmy właśnie na półmetku cyklu składającego się z blisko tysiąca zdjęć  podzielonych na dwadzieścia cykli. Większość pochodzi ze stałego zestawu dokumentów ale wiele z nich to kadry mniej znane.

Schleswig-Holstein obok Westerplatte. Fot. AP Photo (za theatlantic.com)

Znaczna część poświęcona jest oczywiście Ameryce i odległemu nam frontowi azjatyckiemu. Więcej na theatlantic.com/infocus

Amerykańska dziewczyna w fabryce samolotów. Fot. Alfred Palmer/OWI/LOC (za theatlantic.com)

Limpkin – dzień dziecka

Początek lat 70. ubiegłego wieku. To wrotki królują na świecie. Dzieci w Ameryce dostają na „gwiazdkę” najczęściej te z butami i hamulcami. A ich rówieśnicy w Europie (na przykład na dzień dziecka) tańsze, przypinane do butów. Dziewczynka na wrotkach na ulicy miasta? To widok zwyczajny. Tyko ci żołnierze… I jakie to miasto?

Fot. Clive Limpkin (za clivelimpkin.com)

Patrol armii, Irlandia Północna ok. 1971 r. Fot. Clive Limpkin (za clivelimpkin.com)

Jakie miasto
Odpowiedź już nie będzie zwyczajna, w tamtym czasie to deklaracja. Jeśli fotoreporter podpisze zdjęcie – ulica w Derry, to prawdopodobnie opowiada się po stronie separatystów, katolików. Ulica w Londonderry to brzmienie zgodne nazwą oficjalną używaną przez władze i protestanckich, lojalnych poddanych brytyjskiej królowej. Irlandia Północna wrze. IRA atakuje nawet w Anglii.

Poprzestańmy na podpisie Limpkina: Patrol armii, Irlandia Północna ok. 1971 r.

Aresztowanie fotoreportera Clive Limpkina. (za clivelimpkin.com)

Clive Limpkina aresztowany podczas fotografowania manifstacji. (za clivelimpkin.com)

Niecodzienne
Limpkin pracuje jako reporter w lokalnych gazetach. Fotografuje życie codzienne i zdarzenia wyjątkowe. Ma oko (także szczęście) do kadrów niezwykłych. Cała scena zaczyna nabierać znaczeń symbolicznych.

Fotografia z 1973 r. – to nie zwykły „gol Bobby Charltona”, to ikona zwycięstwa, legenda zwycięstwa. 1983 r. ta miła pani w lekkiej, zwiewnej sukience to Żelazna Dama – „Margaret Thatcher przed siedzibą rządu”. 1961 r. – „Najsilniejszy człowiek świata” w okularach jak Chruszczow, o twarzy wykrzywionej wysiłkiem na granicy obłędu – ma dres z napisem CCCP.

Dzieci
Popatrzmy na inne zdjęcia Limpkina. Dokumentując codzienność często kieruje aparat na dzieci. Są dla niego pełnoprawnym uczestnikiem wydarzeń a sceny z ich udziałem mają tyle samo napięcia, co te z dorosłymi. Są pełne znaczeń i symboli.

„Dziecko na wadze”. Narodziny dziecka to radość i pełna opieka zgodna z najlepszymi wyobrażeniami o higienie i zdrowiu lat 70. ubiegłego wieku. Dzieci mają szansę na taką codzienność , jaką im zapewnimy. Chwile nudy podczas wystawnych ceremonii dorosłych. I chwile zdziwienia gdy na ulicę – miejsce codziennych zabaw – przybywają żołnierze. Moment zainteresowania Matką Teresą idącą przez irlandzką robotniczą dzielnicę.

Fot. Clive Limpkin (za clivelimpkin.com)

Przegrana w chłopięcych mistrzostwach w boksie, Sussex ok. 1969 r. Fot. Clive Limpkin (za clivelimpkin.com)

Widzimy też dzieci walczące. Widzimy nastolatków z Irlandii Północnej rzucających słoiki z farbą w wóz pancerny lub szykujących butelki z benzyną. Widzimy nastoletnich żołnierzy z Angoli nareszcie traktowanych poważnie przez dowódców i zachodnich dziennikarzy.

Demonstracje i starcia trwają lata, jak bitwa o Bogside opowiedziane przez Limkina, albo kolejne intifady. Rzucanie kamieniami staje się codziennością dla całej dorastającej generacji.

Widzimy też zwyczajne dziecięce emocje – przegraną w sporcie. Ale nie wiemy co gorzej smakuje sama porażka czy ból? I czy pod rękawicami ukryta jest wściekłość? Czy może łzy? Mam nadzieję że jedno i drugie.

Wszystkie zdjęcia pochodzą ze strony fotografa clivelimpkin.com
_______
Clive Limpkin, zaczynał pracę jako reporter lokalnych gazet. Publikuje w: Daily Express, The Sketch, The Sun, Daily Mail. Pisze do The Sunday Times oraz The Observer. Jego książka „The Battle of Bogside” ukazująca trzyletnie walki uliczne w Irlandii Północnej została nagrodzona przez magazyn „Life” Medalem Roberta Capy. Fotografował ogarniętą wojną Afrykę (Angola) i pogrzeb Nassera w Egipcie. Obecnie podróżuje po świecie i prowadzi jak to nazywa dziennik – blog.

Steve McCurry, jego Afganistan i świat

To jemu zawdzięczamy obraz wojny afgańsko-rodzieckiej. Był pierwszym fotografem, któremu udało się przełamać blokadę informacyjną i izolację terenów ogarniętych wojną. Znał już kraj. Jego debiutancki reportaż z 1979 r. to portret grupy. To czarno-biała opowieść o oddziale mudżahedinów Abdula Ralufa walczących z chwiejącym się już komunistycznym rządem. Niestety najgorsze miało dopiero nadejść.

Fot. za stevemccurry.com

Steve McCurry i Abdul Raluf. 1979 r. Podczas kolejnych wizyt fotograf jeszcze bardziej przypominał Afgańczyka. (Fot. za stevemccurry.com)

Afganistan
Rosjanie ruszyli na pomoc rządowi w Kabulu w nocy z 23 na 24 grudnia 1979 r. Po latach kolejnych sukcesów i ciągłej okupacji okazało się, że kontrolują właściwie tylko 25% kraju. Coraz brutalniejsze akcje przekształcają konflikt w wojnę totalną i tylko zwiększają opór mudżahedinów.  Po 1986 r. wspierani dostawami amerykańskiej broni Afgańczycy powoli przejęli inicjatywę. Wojna zakończyła się wycofaniem Rosjan  i upadkiem władzy komunistycznej w 1989 r.

Sharbat Gula

Zdjęcie dziewczynki o oczach w których przerażenie miesza się z nadzieją powstało wśród dziesiątek tysięcy uciekinierów do Pakistanu. Było wielokrotnie opisywane. Pochodzi z okresu najbrutalniejszych akcji wojsk radzieckich w Afganistanie. Terror coraz częściej stosowały też oddziały partyzanckie. To kraj milionowych ofiar lat 80. Dzisiejsze ofiary wydają się liczniejsze, bo na terenie Afganistanu działa wielu korespondentów, podczas okupacji radzieckiej świat poznawał tylko nieliczne kadry, w tym, Steva McCurry’ego. (Nie znaczy to czywiście, że dziś cierpienia ofiar wojny są mniejsze pisze o ilości komunikatów.)

W 2002 r. odnalazł Sharbat Gulę, bohaterkę  ze słynnego zdjęcia z 1984 r.  z okładki „National Geographic”.

Sharbat w 2002 r. zdjęcie na stronie portrecisty.

Sharbat w 2002 r. zdjęcie na stronie portrecisty.

Kuwejt wyzwolony, wojna odczarowana
W latach 80. McCurry fotografował życie codzienne i konflikty: walki w Bejrucie, wojnę irańsko-iracką. Dojrzewał. Był jednym z fotoreporterów, którzy pokazali pełny obraz pierwszej wojny w Zatoce Perskiej. Siły koalicji antysaddamowskiej wyzwoliły Kuwejt, a agencje fotograficzne zostały (niestety) zalane zdjęciami o charakterze przygodowym, podkreślających spektakularność działań albo fotogeniczność nowoczesnego sprzętu. McCurry pokazał brutalność, ofiary i następstwa wojny z 1991 roku. Nagrody World Press Foto (dla Turnley’a, McCurry’ego, Slagado) w pewnym stopniu odczarowało obraz tej wojny jaką wcześniej niosły media.

Jego kadry mogą przerazić. Wcześniej, jako portrecista pokazywał jak wojna odciska piętno na twarzach i w spojrzeniach bohaterów (galeria poniżej). Jako dokumentalista wojny potrafi być dosadniejszy i jeśli to konieczne nie unika drastyczności.

Ponownie Afganistan
Afganistan pozostaje pasją Steve’a i jednym z jego głównych tematów. Wracał tu w latach 90. podczas wojny domowej z Talibami, oraz po inwazji NATO w 2001 r.

Kolorowe zdjęcia pełne są brudu i krwi, które zastąpiły szorstką malowniczość czarno-białych kadrów przedstawiających walecznych mudżahedinów. Popatrzmy na zdjęcia rannych chłopców, popatrzmy na dziecko i karabin u stóp wojownika. Porównajmy też portrety dziewczyny z roku 1984 i  z roku 2002. Wojny trwają, McCurry nadal fotografuje, ale walka nie jest żadnym rozwiązaniem. Nadzieja mudżahedinów z roku 1979 mogła się udzielić młodemu fotografowi. Ten brodaty, uśmiechnięty fotograf ze zdjęcia dziś nie ma już złudzeń. Wojna to wojna.

Kolejna generacja Afgańczyków zna tylko walki bratobójcze albo obcą interwencję.

Świat
McCurry jest korespondentem wojennym a także reporterem i rasowym portrecistą. Potrafi zachwycać się ludźmi i światem. Pokazywać nam jego piękno, często bardzo surowe.
Więcej zdjęć na stronie reportera stevemccurry.com

_____
Steve McCurry (1950) Amerykanin urodzony w Filadelfii, mieszka w Nowym Jorku. Rozpoczął pracę reportera w latach 80. w Afganistanie. Zdecydował się na ryzykowną pracę w przebraniu i przemycanie negatywów.  Był pierwszy fotografem, który publikował reportaże afgańskie w zachodnich mediach. Dokumentował konflikt Irańsko-Iracki, walki w Bejrucie, wojny w w Zatoce Perskiej. Fotografuje: Azję, Afrykę i Amerykę. Wielokrotnie nagradzany, także World Press Foto 1984, 1991.

Wśród Libijczyków

Zachodni dziennikarze nie budzą sympatii wśród zwolenników Kadafiego. Addario była jedną z czwórki dziennikarzy NYT przetrzymywanych w marcu przez armię. Zostali szczęśliwie zwolnieni dzięki interwencji Turcji.

Od kilku dni na stronach lens.blogs.nytimes.com możemy oglądać prace fotograf. Demonstranci, ochotnicy, uchodźcy, strach, pierwsi ranni i dzieci. Skupienie na detalu. Zatrzymane w kadrze spojrzenia sprawiają, że jesteśmy wśród Libijczyków. To, co robi Addario.

Lynsey Addario, fot. za nytimes.com

Jedna z pierwszych demonstracji antyrządowych w Bengazi. Lynsey Addario, Fot. za nytimes.com

więcej zdjęć
____________

Lynsey Addario
Amerykańska fotoreporterka, mieszka w New Delhi. Pracuje dla New York Timesa, National Geographic, Time’a. Fotografując Afrykę, Azję i Bliski Wschód. Miejsca gdzie źle się dzieje – konflikty i katastrofy.

Page 1 of 3123