Fotoreportaż z iPhona

Damon Winter z „New York Timesa” postanowił używać iPhona. Nie otrzymujemy jednak kadrów charakterystycznych dla uczestnika zdarzeń, który miał pod ręką telefon czy kieszonkowego aparat. Winter pozostaje rasowym fotoreporterem.

Wystylizowany fotoreportaż z Afganistanu
W wystylizowanych kwadratach zachowane są krótkie chwile wytchnienia i spokoju podczas misji żołnierzy amerykańskich z 10. Dywizji Górskiej. Przerwa na kamieniach, na papierosa, na kanapkę, spojrzenie ponad karabinem maszynowym na ostatnie promienie słońca. To były także chwile odpoczynku dla fotografa.

fot. Damon Winter (za nytimes.com)

Fotograf też odpoczywa używając elektronicznego gadżetu, fotogrfuje. fot. Damon Winter (za nytimes.com)

Nawet łuski mają wolne
Tu nawet wystrzelone łuski i skarpety odpoczywają w malowniczych pozach. Ale to tylko drobne migawki i fragment z rocznego pobytu w Afganistanie. Zdjęcia na iPhonie powstawały gdy podstawowy aparat reportera pracował w trybie kamery, podczas realizacji filmu „Rok na wojnie” o żołnierzach 1. Batalionu, 87 Pułku, 10 Dywizji.

fot. Damon Winter (za nytimes.com)

Wylegujące się łuski. fot. Damon Winter (za nytimes.com)

Nie powinny nas zwieść – stanowią tylko niewielki fragment całości. Pełen portret bohaterów dostajemy w reportażu filmowym. To film oddaje nerwowość patrolu, huk wystrzałów, akcję. Operuje mrocznym światłem.

Cały fotoreportaż oraz fragmenty filmu.

Bayeux – nagrody dla korespondentów

Są takie lata, że bardzo trudno obejrzeć do końca wystawę Word Press Photo. Nagromadzenie scen okrucieństwa jakich byli świadkami fotografowie jest zbyt duże. Czasem dochodzi świadomość, że fotoreporter nie przeżył. A jeśli to impreza poświęcona tylko i wyłącznie fotografii wojennej?

W takiej sytuacji postawiona jest publiczność i jury w Bayeux, gdzie w październiku wręczono „Nagrody dla korespondentów wojennych”. To właśnie nazwa imprezy (odrobinę wyciszenia – żaden festiwal, żaden konkurs). Nagrody przyznawane są reporterom: piszącym, telewizyjnym, radiowym oraz fotografom.

Janine di Giovanni

Janine di Giovanni, przewodnicząca jury 17. edycji Nagród Bayeux

Bez czerwonych dywanów
A tribute to fredom and democracy – ten napis znajdziemy na plakacie imprezy. Można powiedzieć, że jest zbyt górnolotny, albo nieszczery, ale to nie jest festiwal filmowy Cannes. Publiczność jest tu zupełnie inna a członkowie jury, to w większości korespondenci, może tylko bardziej doświadczeni od uczestników. Nie ma zachowań gwiazdorskich. Wszyscy mają dosyć widoku czerwieni w pracy i przez siedemnaście lat nigdy nie było tu czerwonych dywanów.

2010 – Afryka i Afganistan
Chwilę oddechu (ale nie odmiany) przynoszą seanse fabuł. W tym roku był to „Eyes of War” Danisa Tanovicza o dwu postawach reporterskich na tle walk w Kurdystanie.

Spośród kilkuset reportaży jury wybiera zawsze kilkadziesiąt do prezentacji publiczności. Przyznawane sa nagrody publiczności. W tym roku publiczność i jury były jednomyślne i nagrody za fotoreportaż przypadły Véronique de Viguerie. Nagrodę jury za reportaż prasowy z Kongo otrzymał Christophe Boltanski (Le Nouvel Observateur),  Florence Lozach z Europe 1 za reprtaż radiowy o Kabulu, Danfung Dennis za reportaż telewizyjny „Wojna Obamy. Afganistan”. Gilles Jacquier, autor filmu o szkole w Afganistanie został doceniony za większą formę telewizyjną (fragmenty reportaży i informacje o autorach na stronie nagród).
Ostatni rok zdominowała Afryka i Afganistan.

Plakat 2010

Plakat 2010 fot. za prixbayeux.org

Wyryte w kamieniu
Uczestnicy październikowych spotkań szukaja wytchnienia na starym mieście i w parkach. Najczęściej odwiedzają spokojny park-pomnik. „To jedyne miejsce na ziemi, gdzie imię mojego męża wyryto w kamieniu” – powiedziała Michele Montas gdy otwierano pomnik w Bayeux. Jej mąż haitański dziennikarz Jean Dominique Montas został zamordowany w 2000 r. Nazwiska zabitych kolegów w parkowej alejce przybywa.

Eyes of War

Igranie z dokumentem

Autorzy zajmujący się mediami i sztukami wizualnymi potrafią korzystać z wielu źródeł. Sięgają także do archiwów fotoreporterów.  Powody i cele ich działań są bardzo różne. Odmienne są też komunikaty, jakie niosą. Czasem udaje im się zadać poważne pytania, a bywa że stają się tylko zabawą wizualną gubiącą jakikolwiek przekaz. Różny jest poziom intelektualny i estetyczny, ale warto przyjrzeć się pracom kilkorga z nich.

Produkt
Zacznijmy od użycia starych zdjęć do ilustracji gier osadzonych w historycznych realiach. Przykładem są produkcje firmy „Paradox Interactive” gdzie plansze startowe to „malarskie” kopie znanych fotografii z czasów II wojny światowej. Fani historii często są nabywcami gier o takiej tematyce. A gracze sięgają do różnych form publikacji historycznych. Funkcja i treść jest oczywista. A forma? – Świadomie użyłem słowa „kopia” na początku akapitu.

Hearts of  Iron 3

Hearts of Iron 3

Więcej o planszach do gry

***

Istnieje tez wiele działań ograniczających się formalnie do fotomontażu (montażu elektronicznego). Tylko nieliczne z nich są w stanie wygenerować dyskusję, stawiać sensowne pytania oraz, co ważne, mają odpowiedni poziom estetyczny. A przecież nie chodzi tu o biegłość w użyciu photoshopa.

Harce bohaterów wyobraźni
Agan Harahap łączy bohaterów historycznych kadrów z bohaterami kultury komiksowej. Podkreśla w tytule czas i miejsce historycznego ujęcia, a w kadrze kroniki lub zdjęciu fotoreportera jedna z postaci zostaje zamieniona przez inną. Często bohaterowie scen pozostawali bezimienni. Nie konkretny bohater ale całe zdjęcie stawało się rozpoznawalną ikoną czasów. I być może w kulturze masowej do kadru-ikony bardziej pasuje bohater-ikona, a nie zwykły człowiek.

Zainteresowanie montażami Harahpa nie tylko na blogach o fotografii ale także na blogach o dizajnie i gadżetach wskazuje na to, że trafił także do wielkiej części odbiorców, dla których Che Guevara, żołnierze od sztandaru z Iwo Jimy są tak samo ważni i realni jak Batman. I zasługują na miejsce na koszulce.
I to jest chyba wymiar działań Agana Harahapa.

Fot. Agan Harahap (za Flickr)

Greenham Airfield, June 5, 1944. Fot. Agan Harahap (za Flickr)

Więcej na Flikrze

Gra miejscem i czasem
Siergiej Łarienkow na swoim blogu umieszcza fotografie wykonane w tych samych miejscach, co stare pocztówki, zdjęcia, filmy. Zestawia scenerie znane dzisiejszym przechodniom z mroczniejszymi duchami historii. W jego zdjęciach zrobionych na ulicach europejskich miast pojawiają się mgliście albo jak zjawa fragmenty zdjęć zrobionych podczas II wojny światowej. Rosjanin jest wierny tradycyjnej wizji historii swojego kraju i Europy (i chyba nie zaskoczy nas obrazkami z tej samej Pragi, ale z 1968 albo Budapesztu 1956). Jego fotografie nie budzą też kontrowersji. To bardziej sprawdzian dla rodaków ze znajomości ilustracji z podręczników do historii. A dla obcokrajowców przypomnienie o zapomnianych lub nieznanych scenach. Wielu zachodnim blogerom zajmującym się fotografią ta propozycja spodobała się.

Fot. Siergiej Łarenkow

Szturm Reichstagu, Berlin. Fot. Siergiej Łarienkow

http://sergey-larenkov.livejournal.com/

360 stopni
Podobnego, tradycyjnego zabiegu łączenia nowych i starych klatek dokonują realizatorzy filmów. Na szczególną uwagę zasługuje realizacja Francuzów przeznaczona do panoramicznej sali kinowej w Arromaches. Narracja jest wyjątkowo wiarygodna i oparta na montażu zdjęć zrealizowanych obecnie w tych samych miejscach co historyczne. Twórcom udało się uniknąć jednej z dwu pułapek grożący projektom muzealnym: nie dostajemy ani zimnego, obcego spektaklu multimedialnego, ani zakurzonej gabloty. Poniżej reklama kina (nie ma tu niestety sceny orszaku ślubnego w normandzkim miasteczku)

Więcej na arromanches360.com

Zaraz, przecież to nie…
Do najważniejszych działań dotykających poruszanego tematu należą prace zrealizowane przez artystów, takich jak Zbigniew Libera. Potrafił on, odwołując się do kadrów-kluczy, kadrów-ikon wykreować nowe światy.

Tak bardzo znamy niektóre historyczne „obrazy”, że w pierwszej chwili mylimy zdjęcia Libery z wzorami. Dopiero po chwili stwierdzamy, że podobieństwo jest tylko powierzchowne. Bo Libera pokazuje fotografie całych scen jakie zaaranżował ze statystami i modelami. Ulegamy złudzeniu podobnej formy. W rzeczywistości mamy do czynienia ze sceną bardzo przekorną lub wręcz naruszającą sens i znaczenie tej historycznej.
Ale czy trauma uwieczniona w dokumencie całkiem znika? Pozostaje jak cierń podczas oglądania nowych ujęć.

Fot. Zbigniew Libera (za Wikipedia)

Cykliści. Fot. Zbigniew Libera (za Wikipedia)

Więcej o artyście na culture.pl

Honor generała – Holendrzy pamiętają

Mijają właśnie dwa lata od premiery filmu „Honor generała”. Dokument Joanny Pieciukiewicz to bardzo emocjonalna opowieść. Po pierwsze o generale Sosabowskim i jego brygadzie. Oraz kolejno o dawaniu świadectwa całym życiem, dokumentowaniu i odkłamywaniu historii, a także o dziennikarstwie śledczym. Bohaterami filmu są Holendrzy walczący o pamięć o polskich żołnierzach.
Poniżej do obejrzenia film, oraz kilka zdań uzupełnienia i fotografii.

Świadectwo Cory Baltussen
Nadzieje Holendrów na rychłe wyzwolenie uosabia postać młodej dziewczyny z Driel, otwierająca powieść Corneliusa Ryana „O jeden most za daleko”. W dalszej części książki Cora pracuje jako pielęgniarka, aż do utraty sił. Z podobną wytrwałością działa po wojnie, zachowując ciepły uśmiech dla polskich gości.
Ostatnie akapity tej powieści-reportażu to scena, gdy na jej oczach ostatni polscy żołnierze opuszczają wioskę pod Arnhem. Jeden z nich uderza w dzwon.

Fot. Tomasz Pawlak

Archiwa Erica Van Tilbeurgha
Tilbeurgh – pasjonat historii 1 SBS i jej dowódcy generała Sosabowskiego. Przyczynił się do ujawnienia listu królowej Wilhelminy z 1946 r. do rządu Holandii z prośbą o odznaczenie żołnierzy 1SBS. Dokument był kluczowy w staraniach, o których opowiada film.

Geertjan Lassche i jego zaangażowane dziennikarstwo
Widziałem wszystkie nieszczęścia świata, widziałem tsunami, ale żadna historia nie zrobiła na mnie takiego wrażenia, jak ta o Sosabowskim i jego żołnierzach.
Jest dziennikarzem telewizji publicznej Holandii. Zrealizował kilka dokumentów o żołnierzach Sosabowskiego. Po emisji jednego z nich „Zapomniani polscy bohaterowie Bitwy pod Arnhem” w 60. rocznicę bitwy, nastrój wdzięczności dla Polaków, jaki trwał od 1944 roku wśród społeczności Driel udzielił się szerokiej opinii publicznej Holandii.

Świadkowie we wspomnieniach Joanny Pieciukiewicz
„Idziemy na plac Sosabowskiego w Driel. Tam młoda dziewczyna po angielsku ponagla staruszka na wózku inwalidzkim:

- „Dziadku, my musimy wracać już do Anglii!”
Porucznik Jan Laszczak, uczestnik tamtych wydarzeń, przerywa jej niecierpliwie:

- „Ale ja muszę tej pani coś powiedzieć, jestem ostatnim świadkiem! Proszę, niech Pani przyjedzie do Londynu, tylko proszę się pośpieszyć. Ja jestem umierający, ale poczekam na Panią” – prawie krzyczy piękną polszczyzną.

Przez kilka kolejnych miesięcy podążamy z ekipą śladami generała Sosabowskiego. Nagrywamy zdjęcia w Portugalii, wracam do Holandii, rozmawiam w Anglii z ciężko chorym porucznikiem Janem Laszczakiem.

Kiedy film jest już gotowy, dzwonię do Londynu. Jasiu odszedł – płacze Jego żona – był bardzo szczęśliwy, że zdążył opowiedzieć Pani swoją historię.”  Wspomnienia reżyserki (za Polonia.nl)

***

W 2009 roku w obchodach Dnia polskiego w Driel po raz pierwszy uczestniczył premier Rzeczpospolitej. Najbliższa rocznica we wrześniu.

____________

____________

Nota powstała dzięki mojemu bratu, miłośnikowi historii brygady Sosabowskiego, gościnności rekonstruktorów 1SBS (szczególne ukłony w stronę Skawiny), pomocne były też wiadomości: Telewizji Szczecin i portalu Polonia.nl

Fotograficzne powroty do Normandii

Na was spoczywają oczy całego świata – powiedział w 1944 roku Dwight Eisenhower do swoich żołnierzy gotowych do ataku na północną Francję . I spoczywały. Korpus korespondentów akredytowanych przy siłach inwazyjnych był pełen sław świata literackiego i dziennikarskiego. Relacje i fotografie z plaż popłynęły natychmiast. Są to tematy na dziesiątki samodzielnych opowieści (kilka zdjęć jest także tu). Dziś o czymś innym. Kilka przykładów na to, że słowa głównodowodzącego inwazją – w jakiejś części – trwają do dziś.

Zaciekłość trzymiesięcznych walk o Normandię, oraz ogrom przedsięwzięcia jakim była sama inwazja sprawiają, że co roku, 6 czerwca przybywają tu weterani, ich rodziny, miłośnicy i rekonstruktorzy historii, a także dziennikarze*.

Jednym z fotografików, którzy nadal kierują swoje obiektywy w stronę bohaterów D-day jest Ian Patrick. Fotografował gwiazdy sztuki i rocka dla „Rolling Stone”, pracował dla „New York Times’a”. Od lat 80. mieszka we Francji i mówi o sobie, że jest „Amerykaninem w Paryżu”. Gdy jego ojciec przybył na 40. obchody lądowania towarzyszył mu w podróży po Normandii. Odkrył świat ludzi, którzy uczestniczyli w najbardziej spektakularnej operacji desantowej w dziejach. Zaczął też poznawać ich indywidualne historie i zrozumiał, że stoi wśród bezimiennych bohaterów.

Portrety bezimiennych bohaterów na wystawie w 65. rocznicę D-day

Aparat zabrany dla kilku pamiątkowych zdjęć rodzinnych posłużył szerszemu projektowi. W latach 1984-2008 Patrik portretował ludzi przyjeżdżających na historyczne plaże. Sceny przedstawiają oficjalne uroczystości i chwile prywatności.

Fotograf używa lampy błyskowej, ale to jego kontaktowi z portretowanym oraz odpowiedniemu momentowi i właściwej scenerii zawdzięczamy blask w oczach weteranów.

W 2009 roku w Muzeum Bitwy Normandzkiej pokazano efekty dwudziestopięcioletniej pracy fotografa.

Portrety uzupełniono o wspomnienia i archiwalne zdjęcia bohaterów. Całość została opublikowana jako album i na stronie poświęconej projektowi
d-dayportraits.com

________

Fotograf David Burnett, pracujący dla „Tima” jest znany z reportaży o mieszkańcach współczesnej ameryki i jej prezydentach. On także wielokrotnie wracał do Normandii. Portretował weteranów II wojny światowej tu i w ich rodzinnych domach. Opowieścią o tych spotkaniach jest podkast zamieszczony na stronach tygodnika „Time”.

Strona fotografa davidburnett.com
________

Na koniec niewielkie odstępstwo tematyczne – utrzymany w lżejszym tonie film, jaki zawdzięczamy trzem młodym grafikom pracującym dla kanału historycznego. Opowiada o realizacji scen do dokumentu o tajemnicach D-Day. Piękna narracja, a na koniec klipu sekwencja w ostatecznej formie.

________

* Z tych samych powodów inwazja w Normandia może być na tym blogu nadreprezentowana. Szczególnie w czerwcu.

Reportaż z Abbeville

Wymanewrować albo prześcignąć 10. Pułk Strzelców Konnych. To była rzecz niewykonalna. Ich szybkim czołgom i elastyczności działania dywizja generała Maczka zawdzięczała przełamanie frontu w Normandii. Teraz gnali w stronę granicy francusko-belgijskiej. Gdy filmowiec Janusz Żegota-Januszajtis miał udokumentować zajęcie przez strzelców konnych Abbeville musiał się bardzo postarać, by zdążyć na czas.

Trochę ryzykował wybierając niesprawdzoną ale najkrótsza drogę. Dotarł do kanału i półrozwalonego mostu, który w wielkim pośpiechu wysadzili Niemcy. Panowała cisza, dopalały się tylko elementy przęseł. Zaszumiała kamera – taka sceneria pobojowiska to zawsze jakaś namiastka akcji dla spóźnionego korespondenta. Więcej śladów walki nie było. Gdy zdążył już ochłonąć już na tyle, by zauważyć że nie było nawet śladów gąsienic po przejściu 10. pułku, wokół zaczęły wybuchać pociski. Z drugiego brzegu odezwały się także karabiny maszynowe i rzeka zaczęła wyglądać – jak wspomina operator – jakby padało. Jego dżip był dobrym, bo jedynym celem w mieście. Po chwili uciekającym po własnych śladach. 2 kilometry za miastem Januszajtis spotkał polskie czołgi. Pognały dalej, mając już rozpoznaną drogę.

1. Dywizja Pancera w walce

Żołnierze i czołgi 10. PSK a ulicach wyzwolonego miasta. Strony ksiażki - 1. Dywizja Pancera w walce

Reportaż ze zdobycia Abbeville w końcu się udał. Sceny przetrwały do dziś, wmontowane w filmy, a sama historia trafiła do wspomnień fotoreportera. Nie oparł się pokusie opisania, jak od strony wroga pędził na przeciw polskiej kolumnie i meldował zdumionemu dowódcy: „zdobyłem Abeville panie pułkowniku”.

Z rzeczywistą dumą wspomina niektóre ujęcia. Zarejestrował trafienie, które uciszyło („na wieki”) stanowiska niemieckich karabinów maszynowych w oknie wieży katedralnej. By ochronić zabytek, do tego jednego strzału, ściągnięto najlepszego artylerzystę. Efekt – „wieża nienaruszona”. Między wierszami znajdziemy jeszcze jedno źródło satysfakcji, z tymi karabinami maszynowymi operator znał się już wcześniej.

Prześcignąć 10. Pułk udało się jedynie korespondentowi. Ale tylko raz i przez przypadek.

________

Jerzy Zbigniew Żegota-Januszajtis
(1920-1998) Urodził się w Warszawie, syn generała. Pierwszą życiową przygodą maturzysta liceum krzemienieckiego stało się zimowe przejście przez Karpaty do Rumunii. Do Francji przeniósł szyfr do kontaktu z organizacją podziemną. W Szkocji przeszedł szkolenie bojowe w 1. Dywizji Pancernej. Początkowa w oddziałach liniowych później skierowany wyłącznie do pracy oświatowej o reporterskiej. Dokumentował działania jednostki na froncie zachodnim, często na pierwszej linii. Osobistym sukcesem Januszajtisa było stworzenie profesjonalnego zespołu dokumentalistów, dzięki powołaniu do 1.DP filmowców powstania warszawskiego z wyzwalanych obozów jenieckich. Zespół dokumentował losy dywizji gen. Maczka do rozwiązania jednostki oraz montował filmy z materiałów Januszajtisa. Oprócz dorobku fotoreporterskiego pozostawił, próby poetyckie i kompozytorskie. Zmarł w Anglii.
Publikacje książkowe: „Wspomnienia fotoreportera z Dywizji Maczka”
Filmy: „Niezwyciężeni – Idziemy”, „Kroniki 1. DP”, „Droga do Wilhelmshaven”

Zdjęcia ze ślubu

Koledzy mówili do niego „Brok”. Wcześniej prowadził zakład fotograficzny, więc fotografowanie ślubu było rzeczą najoczywistszą pod słońcem.

Tylko, że ten ślub odbywał się 13 sierpnia 1944 roku, w samym środku powstańczej Warszawy. A akowskie pseudonimy mięli także: ksiądz, państwo młodzi i większość uczestników uroczystości.

fot. Eugeniusz Lokajski, Muzeum Powstania Warszawskiego

fot. Eugeniusz Lokajski, zbiory Muzeum Powstania Warszawskiego

Od pierwszych dni sierpnia „Brok” był oficerem łącznikowym sztabu okręgu AK i miał uprawnieniem do noszenia i używaniu aparatu fotograficznego. Kilkaset zdjęć ukazujących życie mieszkańców i żołnierzy Śródmieścia to jeden z najważniejszych dokumentów Powstania.

Utrwalił – na pojedynczych kadrach, sekwencjach, czasem jako minireportaże – kolejne etapy zmagań, małe zwycięstwa. Zmieniająca się sceneria. Coraz mniej chwil wytchnienia. Coraz więcej ofiar. I nastroje. Od pierwszych dni, pełnych radości i dostatku, po zmęczenie. Bezradność cywili. Często niechęć i żal.
A ten ślub – to było już w drugim tygodniu powstania – to już nie były dni euforii.

fot. Eugeniusz Lokajski
Strony albumu: „Brok” Eugeniusz Lokajski 1908-1944 Fotoreporter.

Tramwaj ze Śródmieścia

Zdjęcia robione z ukrycia: opustoszałe ulice, unieruchomione tramwaje, zniszczone czołgi. Pożary i zgliszcza. Chwile odpoczynku i namiastka normalnego życia tylko na małych, zamkniętych podwórkach. Mieszkaniach zamienionych na kwatery, szpitale, zbrojownie. Podwórka kaplice i podwórka cmentarze.

Z kadrami wywalczonymi każdego dnia wracał do ciemni.

Zginął w 56 dniu powstania, starając się dotrzeć do sklepu fotograficznego, po brakujące materiały. Jego nazwiska nie znajdziemy na tablicach pomnika w Bayeux.

Eugeniusz Lokajski
Brok

***

Negatywy brata ocaliła Zofiia Lokajska-Domańska.

___________

Eugeniusz Lokajski „Brok”
(1908-1944) Urodził się w Warszawie. Lekkoatleta, olimpijczyk, wielokrotny mistrz Polski. Ukończył warszawski Instytut Wychowania Fizycznego. Później został wykładowcą tej szkoły.  Fotoamator. Brał udział w kampanii wrześniowej. W czasie okupacji oficjalnie pracował w laboratoriach fotograficznych. Był oficerem AK. Zajmował się dokumentacją niemieckich zbrodni i przebiegu Powstania. Zginął 25 września w Śródmieściu.
Publikacje: zdjęcia zamieszczano w powstańczych biuletynach, kilkakrotnie (np. po upadku PASTY) odbyły się pokazy filmowe.
W 2007 ukazał się album: „Brok” Eugeniusz Lokajski 1908-1944 Fotoreporter.

___________

Byli filmowcami i fotoreporterami Komendy Głównej AK lub Delegatury Rządu RP na Kraj. Ich jedyną bronią były obiektywy aparatów i kamer.  To nazwiska tylko niektórych…

Filmowcy:
Antoni Bohdziewicz „Wiktor”
Jerzy Gabryelski – reżyser
Jerzy Zarzycki „Pik”

Fotoreporterzy:
Eugeniusz Haneman
Sylwester Braun – „Kris”
Stanisław Bala – „Giza”