Pamięć o zdjęciu Smitha

„Matka kąpiąca Tamoko” -  stonowany, czarno-biały kadr z prozaiczną czynnością. Widzimy miłość w oczach matki, a dopiero po chwili zaczynamy dostrzegać chorobę na jaką cierpi Tamoko. Zdjęcie obecne w każdym ważniejszym przeglądzie fotografii XX w. już nie będzie publikowane.

Jak cios
Kadr Eugene’a Smitha z 1971 r. jest jak uderzenie. To nie jest bezduszne zdjęcie z podręcznika anatomii i patologii, to obrazek z życia, tak podobnego do naszego. Pochodzi z reportażu, który ukazał się w tygodniku LIFE ukazującym straszne zniekształcenia i cierpienie wywołane u dzieci skażeniem środowiska w japońskim Minamata.

Takie same fabryki były obok nas i też coś wylewały. Bo cóż znaczą jakieś kwiatki czy zwierzątka, ważne były nasze miejsca pracy i wzrost. Oglądając zdjęcia z Minamata generacja uświadomiła sobie, że to nie chodzi o ochronę roślin, ale o nas. Zaczęły się kolejne reportaże i procesy. Zmieniał się głos mediów.

Wcześniej bez wsparcia uczciwych dziennikarzy i lekarzy rodziny były bezbronne wobec potęgi przemysłowców i polityków. Jednak ich osobiste dramaty zostały upublicznione.

Po kilkunastu latach Smith pojechał do Minamata. Otrzymał zgodę rodzin na zdjęcia i pracował nad reportażem. Fotograf wkroczył także w bardzo kobiecy świat Pani Uemaka i powstało to słynne zdjęcie matki troszczącej się o dziecko. Tamoko została zapamiętana przez świat jako piętnastolatka pod opieką mamy. Zmarła w wieku 21 lat.

Wschód i Zachód
Dla nas obraz „matki kąpiącej Tamoko” jest znakiem zagrożenia przez przemysł, symbolem cierpienia i choroby wywołanej skażeniem środowiska. Ale wiemy to z podpisu i znajomości historii. Siła kadru wynika z czegoś innego. To portret matki. Matki kąpiącej dziecko, tylko bardziej chore dziecko. To symbol miłości macierzyńskiej w swej sile i bezgraniczności. To zachodnie spojrzenie na fotografię.

Dla rodziny to dramat osobisty, który został upubliczniony. To też jest zrozumiałe.

Po śmierci Tamako wkraczamy jednak w świat dalekowschodniego podejścia do fotografii. Miejsce na portret zamarłej osoby jest tylko na domowym ołtarzyku, przed którym pali się kadzidełka. W historii pojawia się nowy głos – ojca rodziny Yosiro Uemara. Ojciec odmówił udziału w programie telewizji francuskiej o 100 najistotniejszych zdjęciach XX w. A spadkobierczyni fotografa Aileen Mioko Smith uznała, że należy zrozumieć uczucia rodziny i oddała jej prawa do zdjęcia. Fotografia nie powinna się ukazywać publicznie.*

Kobiece i męskie
Mówimy o miłości matki, miłości bezwarunkowej. To jednak oznacza, że miłość ojcowską rozumiemy jako warunkową i pryncypialną. Czy interpretować gest ojca jako trwanie w smutku i milczeniu, czy także przemilczenie? Czy to tylko różnice kulturowe w rozumieniu żałoby, czy także różnice między kobietą i mężczyzną?

Nieobecność ojca na fotografii sprawiła, że znalazł się poza naszą świadomością. Dzisiejszy brak wypowiedzi matki na temat praw autorskich odsuwa ją w cień.

Credo
A jakie jest zdanie fotografa? Powiedział kiedyś, że „człowiek jest ważniejszy od zdjęcia przedstawiającego człowieka, które można co najwyżej wykorzystać.” I tą ideą kierowała się Aileen Mioko Smith, podejmując swoją decyzję.

Było jednym z tych zdjęć, które kształtowały dzisiejszą świadomość ekologiczną. Unaoczniało zagrożenie, jakie niesie niekontrolowana ekspansja przemysłu. Tak wiele mówi też o macierzyństwie, człowieku, jego uczuciach i postawie. A jednak teraz zaczyna znikać z naszej ikonosfery. Reprodukcje pozostaną w kolekcjach muzealnych i starych albumach o fotografii i roczniku tygodnika.

* historia na podstawie: Sławomir Sikora, „Między dokumentem a symbolem”, reprodukcja albumu

_____________________

Eugene Smith
(1918-1978) pierwsze zdjęcia zrobił w 1933 r. Absolwent Notre Dame w Indianie i nowojorskiego Instytutu Fotografii. Pracował jako reporter prasowy, a w czasie II wojny światowej dla LIFE’a. Ranny podczas reportażu na Południowym Pacyfiku. Leczenie i rekonwalescencja na bardzo długo wykluczyły go z pracy. Po powrocie do LIFE’a fotografował i współtworzył charakter tygodnika. Zasłynął jako mistrz portretu ludzi spotykanych podczas pracy. Jego bohaterowie są bezimienni, ale to także sławy świata sztuki i nauki.

Świat korespondenta – komiks

Okładka komiksu „War is boring” Davida Axe i Matta Borsa.

Okładka komiksu „War is boring” Davida Axe i Matta Borsa.

Sebastian Frąckiewicz  - znawca i miłośnik komiksu, tym razem recenzuje na swoim blogu dokument -„War is boring” Davida Axe’a i Matta Borsa. Wydawnictwo ma formę komiksu.

Bros – znany rysownik komentarzy politycznych wizualizuje życie narratora i głównego bohatera – Axe’a. To niezależny korespondent wojenny (uwaga! nie wużywamy tego określenia) mówiący o sobie zawsze tylko „freelancer” (tak lepiej).

Kulisy życia rozdartego między dwie rzeczywistości: wojenną, pełną traumy i tę normalną wielkomiejską codzienność zachodu. Do tego szklany, odległy obraz wojny w mediach. I jeszcze koncerny zbrojeniowe.

Trudno pogodzić te dwa światy. Mówili o tym Chauvel i Jagielski w notce sprzed roku. Recenzent przywołuje słowa Millera z wywiadu do „Dużego formatu”. Zapowiada się ciekawa próba uświadomienia i przedstawiania tych sprzecznych rzeczywistości. Oglądajmy, czytajmy. Recenzja >.

PS. Przepraszam za złe funkcjonowanie serwisu pod koniec czerwca, zmiany oprogramowania na serwerach nie doszły do ugody z funkcjami WordPressa. Mediacje niewiele pomogły i zastosowano rozwiązanie siłowe. Już jest o.k.

_______
David Axe (scenariusz), Matt Bors (rysunki), „War is boring”
Penguin books, Londyn 2010

Historie obrazkowe

Przy starym pomoście z desek drewniany kajak z niewielkim masztem podtrzymywanym wantami. W nim dwie osoby, nieprawdopodobnie uśmiechnięte jak na tak pochmurny dzień. Dół ich sylwetek skrywa wypłowiały i poplamiony brezent uszczelniający komorę kajaku. Powyżej także są szczelnie otuleni kombinezonami. Trudno rozpoznać pod kapturami Martę Wańkowicz i jej ojca – jednego z największych polskich reporterów.

Wańkowicz na jeziorze Pupskim - Spychowskim 1935 r. (Fot. archiwum rodziny Wańkowiczów)

Wańkowicz na jeziorze Pupskim - Spychowskim 1935 r. (Fot. archiwum rodziny Wańkowiczów)

Miasto, nowoczesność
O wyprawach kajakowych możemy poczytać między innymi w „Na tropach smętka”. Łodzie wiosłowe i rowery od połowy dziewiętnastego wieku fascynowały coraz większe rzesze ludzi. Postrzegane jako zdrowa rozrywka sprawiały radość tysiącom amatorów, nowo tworzone przystanie i tory rowerowe skupiały lokalne społeczności. Organizowane zawody rozbudzały niesamowite emocje. To były lokalne igrzyska, nic dziwnego, że doszło do odrodzenia międzynarodowych igrzysk olimpijskich.

Sporty łączyły wielkomiejskość z wyprawą na wieś, tradycję lokalną z wynalazkami techniki, czas rodzinny z uczestnictwem w szerszej społecznej sieci. Lubię to – oznaczało  realne kibicowanie, składki i współuczestnictwo.

Miało to jeszcze jeden wyraz, rosnący na znaczeniu ruch narodowy trafiał do wszelkich towarzystw sportowych. Szczególnie istotne było to u nas pod zaborami, a także w innych młodych krajach, które odzyskały niepodległość po I wojnie światowej.

Album rodzinny
To wszystko oraz setki innych wątków i refleksji odnajdujemy w postaci niezobowiązującej anegdoty, opowieści i cytatów z epoki. Stare reklamy nadają opowieści dystansu i humoru. Setki archiwalnych zdjęć i rycin. Portrety i scenki rodzajowe na tle znajomych miast. Całość sprawia wrażenie czegoś bliskiego, wręcz albumu rodzinnego. To opowieści nie o ubiegłych wiekach, ale o konkretnych ludziach: wodniakach i cyklistach. Ich oczy pełne pasji, podobnych do naszych. I to zamiłowanie do udokumentowania wszystkiego za pomocą fotografii.

Samo zdjęcie Wańkowiczów powstało w 1935 r. i znajdziemy je pod koniec tomu „Wodniacy”, blisko końca przedstawianego w albumach świata. Na wybuchu wojny urywają się te książkowe opowieści.

_______________
Wydawcami tych minialbumów są Ośrodek Karta oraz Dom Spotkań z Historią.
„Wodniacy”, Agnieszka Kaczmarska„
„Cykliści”, Joanna Łuba-Wróblewska
Redaktor sieri – Aleksandra Janiszewska

Qamar Hashim – optymista z Iraku

Fotografie z Iraku, fotografie z Afganistanu – od dekady obrazy wojny, tysiące ujęć, do których przywykliśmy. Afganistan to przecież ciągła wojna (przypomnijmy choćby fotoreportaże Steve’a McCurry’ego z końca lat 70. XX wieku - wpis). Irak nie lepiej. Najpierw walki z Iranem, później dwie wojny w Zatoce Perskiej i siedmioletni okres „stabilizacji Iraku”.

Optymista
I nagle fotografie optymisty. Kobiety niosące na głowach tace z ciastkami, chłopcy podglądający życie ulicy przez szczelinę nad progiem domu, śpiący bukinista. Okazuje się, że w tym bliskowschodnim kraju, oprócz ruin i niewypałów, ktoś dostrzega szklankę z herbatą, świecę w herbaciarni albo drapieżnego ptaka. Publikuje je Al Djazeera, Reuters i zachodnie gazety.

Zdjęcie bukinisty ma przykurzony i szorstki czar bliskiego wschodu. Mamy nadzieję, że książki będą tam potrzebne i sprzedawca się przebudzi, jak świat który symbolizuje. Równie znaczący jest uliczne zdjęcie dziewczynki z kucykami, za którą widzimy rynsztunek żołnierza. Ten portret nie jest idealny, kadr został trochę boleśnie przycięty, ale udało się go uratować.

W tych fotografiach zwróćmy uwagę na położenie aparatu. Obiektyw spogląda z góry na twarz dziewczynki ale jest na wysokości ramion otaczających ją dorosłych. Nasz fotograf – optymista ma 8 lat i sięga nam do ramion.

Urodził się zaraz po amerykańskiej inwazji. Wie, że żołnierze zniszczyli ich dom gdy był w brzuchu mamy. Teraz obcy już odeszli, a rodzina mieszka w nowym domu. Ojciec Sułtan Hashim jest fotoreporterem, dał mu pierwszy aparat i wspiera syna. Chłopiec chce być taki jak ojciec.

Dokument uczestnika
Irak i Afganistan – zdjęcia, do których na prawdę przywykliśmy. Tylko czasem jakiś fotoreporter patrzy na konflikt inaczej np. przykład Winter – (wpis) albo Cheung – (notka). I wtedy dowiadujemy się więcej. Pytamy, bo zachęcają do stawiania pytań. Czasem są to zdjęcia osobiste uczestników wydarzeń, bo tu służył Jim, a tu Radek. Oglądając powstrzymujemy pytania, traktujemy je jako osobistą, złagodzoną formę wspomnień uczestników.

Podobnie traktuję zdjęcia irackiego chłopca. Nie chcę dopytywać, wiedzieć czy ojciec pomógł skadrować zdjęcie z dziewczynką. Przyjmuję jego świat, jaki jest. Qumar też jest dla mnie uczestnikiem dokumentującym wydarzenia. Wierzę w jego świat i próbuję się zarazić jego optymizmem.

Peerelowski „Poród we dwoje” i inne reportaże

„Zenon Żyburtowicz nie miał w domu telefonu. Rodzice musieliby rodzić w godzinach pracy redakcji, gdzie telefon był. Fotoreporter dał szpitalowi numer telefonu swojego sąsiada i po pewnym czasie dostał sygnał, że zaczyna się poród. Ponieważ trwał osiemnaście godzin, Żyburtowicz zdążył. Mimo bólu mama Ewa uśmiechnięta, ojciec Piotr dumny. Córeczka Magda dorodna. Witaj na świecie!” Tak w 1986 r. powstawał fotoreportaż „Poród we dwoje” Zenona Żyburtowicza.

Zenon Żyburtowicz, Krzysztof Mroziewicz, „Portret PRL. Twarze i Maski”, Wyd. Carta Blanca, 2011

Zenon Żyburtowicz, Krzysztof Mroziewicz, „Portret PRL. Twarze i Maski”, Wyd. Carta Blanca, 2011

To nie jest kolejny zbiór fotografii, to są pełne fotoreportaże. Historie nie są tylko zasygnalizowane, lecz opowiedziane obrazem i dopowiedziane przez Krzysztofa Mroziewicza, który jako wytrawny komentator wydarzeń krajowych i światowych dzieli się wspomnieniami i komentuje świat przedstawiony w reportażach. Choć z dowcipami bywa różnie, to jego światowe skojarzenia wnoszą do opowieści wiele błyskotliwego dystansu.

Oglądamy świat, który odszedł: dożynki centralne z przemówieniem pierwszego sekretarza PZPR, darcie pierza i dawna centrala telefoniczna. Rodacy pochłonięci nowinkami. Pierwsza plaża nudystów, maraton tańca i festiwal w Jarocinie. Pierwsze grupy warszawskich punków. I przyszłość, której miało nie być, a nadeszła. Pogrzeb Prymasa Tysiąclecia, Usunięcie pomnika Dzierżyńskiego.

Portrety
Widzimy osoby, rodaków handlujących na targu, skupiony wzrok pracownic zakładów rybnych, życie kobiety – kowalichy ze Spiszu, a także samotnej staruszki na ogródkach działkowych. Widzimy chorych czekających na uzdrowiciela i tłumy warszawiaków modlących się o zdrowie dla rannego Jana Pawła II. Wśród tych tłumów są sportretowani ludzie.

Fotoreporter dostrzega bezdomność osób starszych i młodych. Życie za kratami i szkołę podstawową w złomowanych wagonach kolejowych. Część kadrów nie była wtedy opublikowana. Z reportażu o PKP z 1985 r. cenzura zatrzymała zdjęcie, na którym pokazano zbyt wiele szyn przy lokomotywowni. Podobno zdradzaliśmy potencjał komunikacyjny socjalistycznego państwa.

Siłą reportażu
Było wiele prób sportretowania PRL-u: wystawy, albumy fotograficzne i książki. Przypomnijmy wystawy (wpis) Domu Spotkań z Historią albo portrety dekad wydawane przez Agorę. Teraz otrzymaliśmy książkę wyjątkową. Ciekawy i niejednoznaczny reportażowy portret mieszkańców PRL.


________
Zenon Żyburtowicz, Krzysztof Mroziewicz, „Portret PRL. Twarze i Maski”, Wyd. Carta Blanca, 2011

O drodze przez Kołymę

Najnowszy tom Hugo-Badera napisany jest w dwu rytmach. Pierwszy wyznaczają, jak kamienie milowe – drobne zapiski, publikowane z drogi, na bieżąco w portalu gazeta.pl. Ten dziennik podróży dostajemy teraz uzupełniony o obszerniejsze formy reportażowe.

Jacek Hugo-Bader „Dzienniki kołymskie”

Dopełniają one znaną już opowieść w sposób zaskakujący. Wymiana zdań z dziennika okazuje się fragmentem całonocnej rozmowy. Bohater notki pokazuje swoje głębsze oblicze, bywa że jest odwrotnie i rozczarowuje nas. Czasem opowieść o życiu okazuje się zmyślona lub skradziona, zasłyszana na szlaku od kogoś innego.

Elementy starych zwyczajów, wierzeń szamańskich, to że człowiek na szlaku jest święty egzystują ze światem posowieckim, mniej lub gorzej zachowanymi pamiątkami komunizmu oraz z tym, co przyszło na przełomie wieków – władzą powiązaną z biznesem, bezwzględną konkurencją o koncesje i działki złotonośne. Współczesna Kołyma to cmentarzysko gułagu rozkopywane maszynami górniczymi. I nie jest to przenośnia.

To także kraina spirytusu pitego ratowniczo, w sytuacji skrajnej, w obronie przed zamarznięciem. Ale i codziennie na znak towarzyskiej szczerości, dla rozrywki, ukojenia nerwów i duszy. Dla znieczulenia.

Autor jest nie tylko narratorem. On jest tam jako osoba i opisuje swoje zanurzenia w tę rzeczywistość i odnajdywanie się w niej. Chyba to własne odnajdywanie zaczyna go fascynować na równi z przedstawianiem świata.

Hugo-Bader wspomina Sołżenicyna i jego opowieści o Kołymie – świecie skrajnym, w którym tylko nieliczni zachowują człowieczeństwo. Ale częściej odwołuje się do kołymskiej narracji Szołochowa – krainie pozostawionej przez Boga i pozbawionej nadziei. Ta druga, brutalniejsza wizja krainy jest reporterowi bliższa. Mówi o tym i pisze mocno, ale mimo wszystko całość „Dzienników” jest poszukiwaniem ludzkiej szczerości i nadziei. Reporter nie chce skończyć, dodaje kolejne rozdziały, a w nich akcenty jaśniejsze. Broni nas przed pustką i rozczarowaniem. I w tym jest mimo wszystko coś sołżenicynowskiego.

____________
Jacek Hugo-Bader „Dzienniki kołymskie”

Siedem dróg świata

Z wydanych ostatnio reportaży o lekturę aż proszą się te o szlakach: kołymskim – Jacka Hugo-Badera oraz szlakach człowieka Teda Conovera. Tytuł „Szlaki człowieka” może mylić, jeśli nie pamiętamy tekstów Conovera z „NG” albo „NYT”. Nie jest to kolejna książka podróżnicza, lecz sześć reporterskich opowieści o drogach świata. Uzupełniają je eseje o sposobach podróżowania, poszukiwania i budowania drogi.

Biała droga
Na przykład sacbe. Dobrze znamy drogi imperium rzymskiego, a ich idea jest zrozumiała. Cywilizacje prekolumbijskie pozostawiły po sobie inny rodzaj drogi  - sacbe (biała droga). Brukowane, często wapienną zaprawą, były szerokie nawet na 15 m, zbyt szerokie jak na potrzeby komunikacyjne. Łączyły miejsca kultu, ale nie w formie do jakiej przywykliśmy. Wiodły wzdłuż linii przesilenia słonecznego i często urywały się z dala od świątyni, wcale nie zmieniały się w siatkę uliczek ani nie kończyły placem przed świątynią. Do dziś bywają niezauważone, czasem widać je z samolotu lub o szczególnej porze.

Sacbe były szlakiem rytualnej pielgrzymki, tłumnych procesji. Podążanie nimi było bliższe oddawaniu się modlitwie w europejskiej katedrze. Można taką drogą po prostu podróżować, podobnie pod dachem katedry można się chronić się przed deszczem, ale nie po to te obiekty powstały.

Szlaki
Pierwszy reportaż opowiada o współczesnej drodze hebanu z dżungli Peru. Szlaku między dziewiczą dżunglą a cywilizacją pożądającą jej skarbów. Dobra natury eksploatowane bez umiaru czy zamknięte w rezerwatach bez względu na potrzeby ludności?

Kolejny temat to enklawa muzułmańska w północnych Indiach, do której zimą dociera się przez kanion po zamarzniętej rzece. Młodzi odchodzący z wioski do szkoły z internatem. Droga do nowego, do cywilizacji. Czy ktoś kiedyś wróci?

Szlak z wybrzeża Kenii do Ugandy, do serca kontynentu i centrum, z którego rozprzestrzenił się AIDS. Jak? Tak jak żołnierze, stewardzi samolotów i kierowcy ciężarówek. Jedna droga dla wirusa i dla pomocy humanitarnej oraz lekarstw.

Dyżury z załogą karetki pogotowia na ulicach największego miasta Afryki – Lagos. W nocy ekipy nigdy nie wyjeżdżają – jest zbyt niebezpiecznie. Co ten kontynent ma i potrzebuje od rozwiniętego świata?

Wycieczka z chińskimi biznesmenami, którzy nareszcie mogą się poruszać własnymi, prywatnymi samochodami. Smog i zanieczyszczenia połączone z radością zanurzenia w nowoczesności. Warto?

Swoje wspomnienia – nastolatka pierwszy raz pędzącego przez drogi środkowego zachodu USA skontrastował z podróżami opancerzonym samochodem z izraelskimi żołnierzami patrolującymi zachodni brzeg i Palestyńczykami brnącymi przez zapory, bramki, zasieki, godzinne kolejki do pracy.

Broadway
Jeszcze jedna, siódma opowieść o drodze w Stanach Zjednoczonych. Historia rodziny autora i Nowego Jorku opowiedziana historią Broadwayu. Zasługuje na samodzielny rozdział.

Reporter opowiadając o spotkaniach z ludźmi na drodze, ich marzeniach i problemach wciąga nas w problemy świata początku wieku. Nie spekuluje tylko dokumentuje. Dokąd podążamy?


_____________

Ted Conover „Szlaki człowieka”, Wydawnictwo Czarne

Miedzianka, Uranka, nic

Miedzianka zniknęła w sposób naturalny. Jak połowa rzymskiego koloseum. Jak domek Ueberschaera, jej pierwszy, zapadający się przez szkody górnicze budynek. Dzieła dokończyli sąsiedzi, szukając, jak zawsze i wszędzie, budulca. Ale historia nie jest tak prosta i banalna.

Miasteczko trwa we wspomnieniach ludzi przyjeżdżających tu na odpust w trzecią niedzielę po Wielkiej Nocy. Jadących z Jeleniej Góry, ale także zza granicy. Chodzących przez chaszcze i łączki pod kątem prostym, zapamiętaną siatką nieistniejących już ulic.

Autor, jako fotoreporter zrobił tam dziesięć zdjęć, jedno z nich trafiło na okładkę. Koń na łące. Ale to nie jest koń z ikonografii Wajdy albo Hoffmana, koń z półdzikiego stada za którym biega Olbrychski. To jest zwierzak zmęczony i ciężki z wyglądu, nawet jak na konia pociągowego. Dodatkowo w kadrze, przyduszony ołowianymi chmurami i jakimiś zapomnianymi drutami na niebie. Pasie się na smętnej łączce. To krzaki w miejscu gdzie był rynek Miedzianki.

Springer później już nie zabierał aparatu. Przez dwa lata pisał książkę-reportaż. Słuchał dziesiątek opowieści, czytał relacje zgorzkniałych, trafiał na plotki i wątki godne sensacji XX wieku i weryfikacji przez IPN.

Czy rzeczywiście miasto było tak piękne i miłe jak wspomnienia o nim? Czy najmniejsze i najmilsze miasteczko dziewiętnastowiecznych Niemiec przetrwałoby gdyby nie wojny, przesiedlenia, rabunkowa działalność górnicza?

A może to jednak my, jak ten koń nie jesteśmy z ikonografii Wajdy i Hoffmana.

Nie z Hoffmanowskiego „Potopu”, bardziej z jego „Prawa i pięści”. Szabrujący ale pamiętający tylko o tym jednym sprawiedliwym.

To dokument nie tyko o Miedziance. To o nas – jakimi jesteśmy.

__________

Filip Springer, „Miedzianka. Historia znikania” Wydawnictwo Czarne, 2011.
Blog Filipa Springera.

„Z granitowego miasta” – drukiem

„Śladami zapomnianych Bohaterów” to przekorna książka o starszych paniach i panach z sąsiedztwa, spokojnie podlewających ogródek, może czasem uczestniczących w spotkaniach z Polonią. Autor Mateusz „Biszop” Biskup postanowił odkryć ich historie. Każdy rozdział to zaskakująca, osobna opowieść. Na ogół skromne, dziś starsze osoby miały w swym życiu epizody i przygody bardziej fascynujące, niż te wymyślane przez filmowych scenarzystów.

Podobnego odkrycia, że otaczają go bezimienni bohaterowie, dokonał w latach 80. w sferze fotografii Ian Patrick (zeszłoroczny wpis o fotografowaniu Normandii).

Mateusz Biskup od lat prowadzi bloga „Z granitowego miasta”. Jego dar opowiadania i żyłka detektywa historii sprawiły, że blog ma ponad dziesięć milionów wyświetleń, był wielokrotnie nagradzany, a notki z niego ukazały się drukiem.

Wiele z opowieści Biszopa to hołd dla poległych bohaterów (Życiorys wyryty na drzwiach). Część wykracza poza ramy określone w tytule. W odleglejsze momenty historii (np. Aragonia, 1415 ), dalsze rejony świata (Montana 1876).  Kilka to spojrzenie na złożoność losów i mroczne strony życia. Mamy paru bohaterów negatywnych – wieje grozą (Montana 1876, Zbrodnia i kara 1944). Bywa, że dramat ociera się o groteskę, jak w opowieści Jak Florian z kumplami ambasadę okupowali.

Czyta się znakomicie zarówno on-line jak i w tomie książkowym. To lektura dla miłośników słuchania historii, oraz pasjonatów odkrywania historii (w drugim znaczeniu słowa). Dobry punkt odniesienia do własnych poszukiwań. Choć w tym przypadku sprawę ułatwiłyby lepsze indeksy rzeczowe i indeksy źródeł.

__________

Mateusz „Biszop” Biskup
bloger, miłośnik historii i lotnictwa, mieszka i pracuje w północnej Szkocji.
Jego blog „Z granitowego miasta” zyskał potrójny tytuł bloga roku 2010 organizowanego przez blog.pl.
„Śladami zapomnianych Bohaterów” wydana przez poznański Vesper

Niania w Nowym Jorku

Spacerowała ulicami miasta. Najbardziej lubiła Rolleiflexa. Na jego mlecznej szybie świat zawsze wygląda magicznie. Aż kusi, żeby scenki w pudełku zatrzymać na dłużej. Kadry z codziennego życia utrwalone przez Vivian Maier na czarno-białym negatywie traciły kolor, ale zachowały tę magię. Miała oko rasowego reportera, ale przez większą cześć życia pracowała jako niania.

Vivian Maier, jej miasto i jej Rolleiflex - autoportret. (Fot. za vivianmaier.com)

Vivian Maier – odkrywanie Nowego Jorku
Dorobek Maier bardziej przypomina postawę Bartelta i Augustisa (opisanych w notce Fotografowie miast), niż słynnego portrecistę tego samego miasta – Stiegliza (notka Stieglitz – fotograf Nowego Jorku).

Fotografować zaczęła, gdy mieszkała w Chicago. Aparaty były nieodłącznymi towarzyszami jej wakacyjnych podróży. Dwudziestowieczna miłośniczka fotografii. Spośród tysięcy amatorów wyróżnia ją oko. Lubiła przechodniów – stworzyła setki anonimowych portretów. Lubiła miasto – scenki rodzajowe, babcie z dziećmi, sprzeczki z policjantami, aresztowanie pijaka. Najważniejsze są te jej fotografie z ulicy.  To były ulice najważniejszych miast tego czasu. Jest w tym przekora, bo wiele z nich zaprzecza „mitowi Ameryki”. Jej negatywy są jak wehikuł czasu. Pozwalają odkrywać Amerykę inną niż ta z produkcji hollywoodzkich.

Odkrywanie Vivian Maier
Zaczęło się od pudła z negatywami, które miłośnik historii Chocago, John Maloof, kupił z myślą o książce swoich znajomych. Ostatecznie żaden kadr nie znalazł się w publikacji, ale w ciągu roku John dotarł do większości dorobku Vivian. Poświęcono jej kilka blogów, jeden z najlepszych to vivianmaier.blogspot.com a ostatnio powstała profesjonalna strona internetowa vivianmaier.com. Otwarta dzięki stworzonej przez Malofa – Maloof Collection.

______
Vivian Maier
(1926–2009) Niewiele wiemy o jej życiu. Urodziła się w Nowym Jorku. Dorastała w Paryżu, w wieku 25 lat wróciła do USA. Mieszkała w Nowym Jorku, Chicago i znowu w NY. Fotografowała w chwilach wolnych od pracy i podczas podróży. Zostawiła po sobie 100 tysięcy negatywów. Części nie wywołała.

Bibliografia
Je dorobkiem zajmuje się Maloof Collection. Wydał album „Vivian Maier – Street Photographer” oraz ostatnio stronę internetową vivianmaier.com

Page 1 of 212