Polski reportaż w Life’ie

W numerze „Life”a z 28 sierpnia 1944 r., dwa miesiące po legendarnym fotoreportażu Roberta Capy z normandzkiej plaży Omaha ukazuje się równie sławny, z materiałami polskich reporterów o żołnierzach Maczka walczących pod Falaise. Świat zapamiętuje kolejne kadry-ikony.

Okładka magazynu Life z 19.06.1944 z fotoreportażem Roberta Capy. (fot. za life.com)

Okładka magazynu „Life” z 19.06.1944 z fotoreportażem Roberta Capy. (fot. za life.com)

Czy taki scenariusz był możliwy?
Przyjrzyjmy się jak ten gorący okres wspominają dwie osoby J. G. Morris – fotoedytor „Life’a” w Londynie oraz Marian Walentynowicz – fotoreporter w 1 dywizji Maczka (znany rysownk, twórca między innymi Koziołka Matołka). Z ich opowieści wysnujemy historie dwu przesyłek ze zdjęciami.

Przesyłka A dzień 1.
Jest 6 czerwca 1944 r. Dochodzi ósma. Marynarz z Łodzi desantowej odbierającej rannych z krwawej plaży Omaha czuje się jak w środku piekła. Nagle widzi coś niezwykłego, nawet jak na te warunki – ręce z aparatami fotograficznymi wystającymi ponad fale. Ciągnie za te ręce i na powierzchni pojawia się parskająca głowa o włosach ciemnych i zbyt długich jak na rekruta. Tak zapamiętuje wyciągnięcie z tego piekła, słynnego reportera – Roberta Capy.

Capa płynie wraz z rannymi do Anglii.  Pakuje cztery uratowane filmy 35 mm i sześć rolek wielkoobrazkowych w pakiet z opisem i adresuje. Powstaje Przesyłka A.

Przesyłka W dzień 1.
Dwa miesiące po desancie w Normandii, po ustabilizowaniu przyczółka coraz lepiej działał system obsługi prasowej. Rano lub wieczorem każdego dnia materiały z pierwszej linii w kilka godzin docierały do rąk szefów redakcji.

Frontowy korespondent Walentynowicz wręczając rano gońcowi motocyklowemu paczkę W może liczyć na to, że szybko trafi ona na lotnisko polowe. Samolot po półtorej godziny lotu wyląduje na londyńskim lotnisku, a kolejny motocyklista przejmie materiał dla redakcji. Tam historia paczki W powinna się zakończyć. Ale trwa wojna, wyścig z czasem, a opowieści nabierają kolorów.

Przesyłka A dzień 2.
W biurze „Life’a” zespół Morrisa już drugi dzień sortuje „ogólne zdjęcia z frontu działań”. Do tej pory wystarczały. Po dniu „D” już nie. Szykowali się na tę chwilę od 8 miesięcy, a zdjęć od ich dwu reporterów z pierwszej linii nie ma. Konkurencja podobno też jeszcze nie ma co publikować. Kończy się dzień, redakcja waszyngtońska chce zdjęć nie obietnic. Wieczorną ciszę przerywa telefon. Na południowym krańcu Anglii nadawana jest dla nich paczka.

Przesyłka W dzień 2.
Nasza paczka W przeszła w wieczornej poczcie i czeka bezpieczna w przegródce. Rano, po rozpoczęciu pracy biura prasowego, oficer dyżurny odbiera z portierni biurowca pocztę. Po przejrzeniu korespondencji zawiniątka z kliszami i opisy z paczki W trafiają na kolejne biurko i otrzymuje nową kopertę. Goniec z biura prasowego armii przechodzi dwie przecznice i w oddziale poczty nadaje (tradycyjnie) zwykłą przesyłkę zaadresowaną do Szkocji.

Mieszkańcy Londynu wspominają, że prywatne przesyłki w tym czasie dosyć często się zawieruszały. Priorytetem dla królewskiej poczty były przesyłki od administracji JKM. Znaczną część doświadczonych pocztowców powołano do armii, reszta robiła co mogła, a doraźnie przyuczani pracownicy popełniali błędy.

Przesyłka A dzień 3.
O 8:30 fotoedytorzy „Life”a otwierają paczkę A. Wszystkim drżą dłonie. Technicy przejmują kliszę, a Morris odczytuje ze świstka nabazgrane zdania: „Najważniejsze zdjęcia na (kliszach) wąskoobrazkowych. Było ciężko. Wróciłem niechcący z rannymi do Anglii. Gdy to będziecie czytali ja będę ponownie w drodze do Normandii.”

Laborant wraca z ciemni zrozpaczony. Zdjęcia przepadły, gdy zostawił je suszące się przy grzejniku elektrycznym. Miało być szybciej. Szef fotoedycji idzie obejrzeć katastrofę. Pod wpływem temperatury z klisz spłynęła emulsja. Tylko na końcu jednej kliszy widzi klatki. Jest ich jedenaście. Na stykówkach pokazuje się bardzo mocne ziarno emulsji, jest też lekko poruszone. Wydaje się, że do druku może iść przynajmniej 9 zdjęć.

Przesyłka A dzień 4.
Żaden pakiet zdjęć nie opuści Anglii bez cenzorskiej banderoli „Dopuszczone do publikacji”. Cenzura pracuje 24 godziny na dobę w gmachu głównym uniwersytetu. Wkrótce fotoedytorzy już wiedzą, co nie przejdzie, a laboranci wydrapują z negatywu na przykład naszywki dywizyjne widoczne na mundurach. Współpraca idzie sprawniej.

Dziś Morris wyszedł z pakietem bezcennych zdjęć o 3:30 nad ranem. Teraz patrzy na zawartość paczki A w rękach alianckich cenzorów. O 8:30 cenzor stempluje ostatnie zdjęcie. Jeszcze tylko banderola. I nagle taśma przykleja się nie tam gdzie trzeba. Nerwowe szarpanie nic nie daje. Mijają cały kwadrans, a o 9:00 goniec nieodwołalnie wyjedzie na lotnisko.

Moriss ma opracowane trasy z biura do cenzury i teraz korzysta z objazdu na godziny szczytu. Wbiega do agencji i w holu widzi gońca zamykającego już torbę, do dziewiątej brakuje tylko sekund. Stać, jeszcze to!

W południe paczka A dolatuje do bazy w Szkocji obsługującej loty transatlantyckie.

Przesyłka A dzień 7.
W sobotni wieczór w waszyngtońskiej redakcji zamykany zostaje numer „Life”a o inwazji.

Przesyłka W dzień 7.
Stary Szkot raczej nie popełnia błędów, jest listonoszem od skończenia szkoły. I zna ten dom na skraju Edynburga, jak wszystkie na swoim terenie. Od kilku lat adresatami są stacjonujący tu polscy żołnierze. Mimo zniesionego zaciemnienia w oknach budynku wiszą ciężkie kotary. W letnim powietrzu czuć chemikalia, w ciemni od rana krzątają się podoficerowie.

Przesyłka W dzień 8.
Pod oknem z ciężkimi kotarami stoją żołnierze w fartuchach i z namaszczeniem palą papierosy. Zasłużyli na odpoczynek. Od wczoraj uporali się z wywoływaniem klisz i zrobili ze dwie setki odbitek próbnych. Rano ktoś zaniesie je na pocztę i nada do Londynu.

Przesyłka W dzień 15.
Z poranną pocztą przychodzi paczka ze Szkocji. Kolejny oficer dyżurny jest pod wrażeniem zdjęć z Francji. Czołgi Maczka gromią Niemców. Ale jatki! W opisach zdjęć są nazwy miejscowości, które słyszał jakiś czas temu w radio. To istotne materiały! Szybko do cenzury.

Szczęście, że flegmatyczna angielska cenzura zdążyła przed godziną 16. Kilku oficerów przepakowuje odbitki próbne do kopert. Stanowczo przybijają do nich pieczątkę „pilne” a żołnierze gońcy biegną do alianckich agencji. Oficerowie „prasowi” kiwają głowami – zdążyliśmy, to było jak szarża. Może będą odznaczenia? A przynajmniej zasłużyliśmy na kolejkę w pubie.

Przesyłka W dzień 17.
Zdjęcia z przesyłki W trafiają także do „Life”a. To od Polaków, materiał z Normandii. Normandia? Dlaczego nie dali czegoś z wejścia do Belgii? O tym piszemy.

Tak się układają losy paczki W i reportażu o bitwie pod Falaise. Podobnie wyglądała historia materiałów o wyzwoleniu Bredy.

Służby prasowe
Polscy korespondenci byli na pierwszej linii, byli ciężko ranni (jak Pruszyński), a ich praca znikała na tygodnie w machinie polskiej obsługi prasowej. Trafiała w końcu do gazet polskich i ulotek pułkowych.

Brytyjskie i amerykańskie media pisały przede wszystkim o Brytyjczykach i Amerykanach, a gdy brakowało informacji szczegółowych jak w przypadku Bredy, pisały o wyzwoleniu przez aliantów. Gdy przychodził materiał od polskich służb prasowych media mówiły już o następnych zwycięstwach, publikowały zdjęcia z kolejnych bitew.

Okładka magazynu Life z 28.08.1944 z fotoreportażem o kotle Falaise. (fotomontaż)

Ujęcie niemieckiego generała. Czy tak wyglądałaby okładka magazynu Life z 28.08.1944 z fotoreportażem o Polakach pod Falaise? (fotomontaż)

W wojsku polskim nie było tradycji służby prasowej a co gorsze żadnej jej wizji. To były londyńskie wakaty dla oficerów bez przydziału, którzy najczęściej nigdy nie pracowali z mediami. Ich wyobraźnia nie przekraczała granicy gazetki z humorem pułkowym i albumu z pamiątkowymi zdjęciami. Fotograf potrzebny był, co najwyżej do uwiecznienia akademii połączonej z wręczeniem gwiazdek oficerskich. Dla takich celów laboratorium fotograficzne mogło pozostać w Szkocji. Jeśli coś się udawało to raczej wbrew temu systemowi pracy niż dzięki niemu.

Gdy w lipcu 1944 r. Moskwa zaczęła promować rząd polskich komunistów (jako jedyny i prawomocny) oraz rozpoczęła naciski na aliantów o wyciszanie informacji o roli Polskiej Armii na Zachodzie i Rządzie Londyńskim, to właściwie niewiele trzeba było do wyciszenia. Media zachodnie też popełniały błędy, bywały bezduszne, ale były już po prostu przyzwyczajone do nieobecności Polaków.

Zaskakujące sąsiedztwo

Na ścianie nowojorskiego Międzynarodowego Centrum Fotografii zawisły obok siebie dwie fotografie. Ich powstanie dzieli blisko 60 lat oraz kilka tysięcy kilometrów.

Pierwsze – czarno-białe, ziarniste i lekko poruszone – zrobione rankiem 6 czerwca 1944 r. przez Roberta Capę na normandzkiej plaży o kryptonimie „Omaha”. W jednym z najkrwawszych miejsc i momentów II wojny światowej. Jest ikoną amerykańskiego udział w wojnie na terenie Europy.

Plaża Omaha - Zdjęcie Roberta Capy z 6 czerwca 1944r. (Fot. za Wikipedia)

Obok, po prawej wisi mały kolorowy kadr z telefonu komórkowego, mizernej jakości pełen pikselowych zakłóceń. Przedstawia zakapturzoną postać stojącą na stołku – torturowanego Irakijczyka. Stało się ikona amerykańskiego udziału w tej wojnie. Autor nie jest znanym fotoreporterem, to fotografia zrobiona telefonem przez uczestnika wydarzeń – żołnierza, który pozostał anonimowy. Zdjęcie świadka wykonane 4 listopada 2003 r. w Abu Gharib w Iraku.

fot. duncan / Flickr CC by 2.0

Scena tortur z Abu Gharib funkcjonuje jako rozpoznawalną ikoną. fot. duncan / Flickr CC by 2.0

Omaha i Abu Gharib – obrazy dwu Ameryk
Nagle zestawiono obrazy dwu innych światów. Zderzyły się także wyobrażenia o żołnierzach demokratycznego państwa. W pierwszej połowie XX wieku wierzyliśmy, że do złego byli zdolni wyłącznie wrogowie – hitlerowcy. W ostatnich dziesięcioleciach kolejne społeczeństwa wysyłając swych żołnierzy do obcych krajów odrabiają tę samą lekcję. Często pokazują to reporterzy (np. Sebastian Junger i Tim Hetherington – twórcy „Wojny Restrepo”), czasem docierają do nas relacje świadków.

Dokument
Zdjęcia nie tylko przedstawiają to, co w kadrze. Wiele mówią o naszym podejściu do tego medium i stosunku do fotoreportażu. Praca Roberta Capy jest symbolem dziennikarstwa fotograficznego pierwszej połowy XX w. W nowym wieku zawód fotoreportera traci na znaczeniu, zastąpiony migawkami wideo i zdjęciami robionymi przez uczestników wydarzeń.

Siła medium
Czy coś jeszcze zostało? Pozostaje nasza wiara we właściwości dokumentacyjne medium. Mimo złej jakości technicznej a może właśnie dzięki niej oba zdjęcia, zarówno to z 1944, jak i to z 2003 r. odbieramy jako autentyczne. Wiarygodne, nie retuszowane pędzlem ani photoshopem.

Dyskusję zapoczątkowaną przez kuratorów centrum muzeum ICP podjął między innymi autor Bloga Prisonphotography.

Ostatnie strzały w Lipsku

W kwietniu 1945 roku Robert Capa – najsłynniejszy fotoreporter wojenny ubiegłego wieku – towarzyszył oddziałom amerykańskim zdobywającym Lipsk. To nie było niemieckie „festung” i ostanie dzielnice sprawnie oczyszczano z ostatnich punktów oporu. Fotograf udokumentował sporo mniejszych akcji i teraz szukał miejsca z szerszą perspektywą. Wchodząc na wyższe piętro kamienicy zauważył, w jednym z mieszkań, młodego i pełnego energii amerykańskiego czołgistę ustawiającego na balkonie karabin maszynowy. On też poszukiwał lepszego widoku – oczywiście lepszego pola ostrzału niż z pojazdu na ulicy. Reporter wspomina, te chwilę: Rosjanie są już w Berlinie, my zajęliśmy Lipsk, z najwyższych pięter widać pogodne niebo – „Niech będzie, zrobię ostatnie zdjęcie tej wojny”.
Padł strzał.

Żołnierz ustawiający karabin maszynowy na balkonie kamienicy nie zdążył oddać ani jednego strzału – zginął od kuli snajpera.

Capa udokumentował to wydarzenie. Zdjęcie przedstawia prawie pusty pokój zwykłego, wysokiego mieszkania. Nie ma śladów wojny, ani zniszczeń. Tylko na parkiecie, utrzymanym z niemiecką pedantycznością, widać czarną plamę krwi. Na progu balkonu leży skulone ciało żołnierza.

Fot. Robert Capa (za This is War - Robert Capa at work)

Amerykański żołnierz zabity przez niemieckiego snajpera, Lipsk. Fot. Robert Capa (za This is War - Robert Capa at work)

Scena nie jest dramatyczna w konwencji narracji filmowej. Krwi jest tyle ile ma jej człowiek, a ciało nie jest ekspresyjnie wygięte. Cichy, realny dramat pojedynczego żołnierza. Był to jeden z ostatnich poległych w tej części frontu. Dramatyczny był moment śmierci, ofiara w przededniu pokoju. Reporter zapamiętał ją jako czystą i cichą śmierć – od lat widział wiele śmierci, był celem wśród żołnierzy na plażach Anzio i na „Omaha”.

***

Historia ostatnich strzałów w Lipsku i tego zdjęcia znalazła się w tekście opublikowanym na blogu „Technopolis” o użyciu fotografii dokumentalnej w sferze kultury popularnej, w grze opartej na realiach 2 wojny światowej, „Hearts of Iron 3” . Więcej fotgrafii opisanych na „Technopolis”.

Pole walki

Kanały historyczne pełne są opowieści o zmaganiach na polach walk. Wodzowie i wojownicy, kiedy przyszli, kiedy odeszli. Jakim sprzętem kiedyś władali, a jaki teraz dominuje na „polu walki”. To bardzo jednostronny obraz wojny. Wielu reporterów wojennych uświadamia nam, że pola działań wojennych to najczęściej zwykłe pola uprawne. Te same pola, które cyklicznie, zgodnie z rytmem pór roku, od wieków wypełnione są pracą.

Niemieckie czołgi, polskie pole

To zdjęcie musiał zrobić jakiś fotograf niemieckiej machiny propagandowej – gdzieś w Polsce jesienią 1939 roku, pancerna armia III Rzeszy odniosła błyskawiczny sukces, a sytuacja jest już stabilna. W kadrze widzimy chłopa bronującego pole.

Orka od rana do wieczora. Jak zawsze – od drogi do lasu, nawrót i od lasu do drogi. I nagle po którymś nawrocie – widok wrogich czołgów na drodze. Początek okupacji. Pracę trzeba dokończyć.

Pierwsza jesienna orka pod niemiecką okupacją (fot. za Hulton-Deutsch Collection/CORBIS)

Wojna w obiektywie niemieckiej propagandy. Pierwsza jesienna orka pod niemiecką okupacją. (fot. za Hulton-Deutsch Collection/CORBIS)

Podwarszawskie kartoflisko

Inne pole. Bardzo odmienny obraz września 1939 r. świat zawdzięcza amerykańskiemu reporterowi, który na wieść o wybuch wojny przedostał się do Warszawy. Julien Bryan pozostał w Warszawie przez dwa tygodnie. Jego fotografie cywilnych ofiar niemieckich ataków lotniczych, po raz pierwszy odsłoniły „horror nowoczesnej wojny”.

Gdzieś na peryferiach oblężonej stolicy, gdzie pola ziemniaków sąsiadują z ogrodami i podmiejską zabudową. Głodni uchodźcy, kobiety i młode dziewczęta zaskoczone w odkrytym polu przy wygrzebywaniu ziemniaków nie miały szans na ukrycie. Dwie nie podniosły się już z kartofliska. Pomoc i reporter przybyli w tej samej chwili co młodsza siostra zabitej.

Zdjęcie, które stało się symbolem nowej wojny prowadzonej przez Niemcy. Fot. Julien Bryan (z archiwum syna fotografa)

Zdjęcie, które dzięki staraniom samotnego dokumentalisty stało się prawdziwym symbolem nowej wojny prowadzonej przez Niemcy. Fot. Julien Bryan (z archiwum syna fotografa)

Od rana do wieczora. Żniwa na normandzkich polach.

Większość sprawozdawców prasowych z Normandii wspomina, że podczas inwazji w 1944 roku bydło, raczej spokojnie, pasło się na polach, a francuscy chłopi pracowali, jak każdego lata. Starali się uprawiać odgrodzone murami pola, tylko że co chwila któryś upadał ranny lub zabity.

Tego samego lata chłopi włoscy mieli więcej powodów do niepokoju. Ich kraj zmieniał koalicję. Wielu uciekało przed frontem nawet w ostatniej chwili, pozostawiając dobytek. Marek Święcicki w jednym z włoskich reportaży (z cyklu „Ostatni rok wojny”) opowiada o walkach nad rzeką Metaro. Po całodziennych zmaganiach w upale jeden z polskich oddziałów wieczornym szturmem opanował folwark. Zarządzono odpoczynek, a na rano dalszy atak przez rzekę. „Po kilkunastu minutach jednak przyszło dwóch szeregowych do dowódcy: – Panie poruczniku, musimy koniecznie zdobyć dzisiaj rzekę, bo nam bydło wyzdycha. – Jakie bydło? – Zdumiał się oficer. – No, z tego folwarku. Gospodarze uciekli, a krowy, osły i świnie są bez jedzenia, a co najgorsze, bez wody. Zwierzęta nie są winne, że jest wojna.” W zapadających ciemnościach ponowili atak i doszli do rzeki – w armii także służyli chłopi.

Od rana do wieczora. Siew w delcie Mekongu.

Robert Capa już od czasów wojny domowej w Hiszpanii dokumentował losy ludności cywilnej. W 1954 r. w czasie wojny w Indochinach nieraz był zdziwiony spokojem i determinacją Wietnamczyków sadzących ryż, podczas gdy po grobli sunęły kolumny francuskie i wietnamskie. Reportaż o chłopach z delty miał nosić tytuł „Gorzki ryż” – nie został dokończony. Capa zginął na minie, na jednym z podmokłych pól.

Kolejne armie odchodzą, a min takich jak ta, która zabiła Capę, pozostają tysiące.

Orka, siew, żniwa. Od rana do wieczora. W każdym zakątku świata. Często wojna zaskakiwała kilka razy podczas życia. Czasem była tylko wspomnieniem poprzednich generacji. Wspomnieniem czasu, gdy niektórzy nie wracają z pracy. Dzięki reporterom wojennym poznajemy determinację ludzi, wiernych prostej prawdzie – w świecie ogarniętym wojną nieuprawiane pola to pewna śmierć wszystkich.

_________

Kompletny zestaw fotografii o polach walki w galerii. Zestawienie we wpisie obu zdjęć z polskich pól sprowokowało jeszcze jeden wątek – zmagań między samotnym Bryanem a machiną propagandową Trzeciej Rzeszy, jakie rozegrały się w latach 1940-41 w Stanach Zjednoczonych. Amerykański reporter, na szczęście dla nas, wygrał swą walkę. To temat na oddzielną opowieść.

_________

Julien Bryan

(1899-1974) Urodził się w Pensylwanii. W latach 30. XX wieku pracował w Europie, dokumentując życie codzienne stolic, wydarzenia polityczne i coraz liczniejsze parady wojskowe. Na wieść o wybuchu wojny wyjechał do Warszawy. Dokumentował niemieckie ataki lotnicze na pociąg, a później w stolicy na wiele innych celów cywilnych. Był prawdopodobnie jedynym zagranicznym reporterem w oblężonym mieście. I jedynym, który skutecznie przeciwstawił się obrazowi konfliktu w Europie, jaki prezentowała hitlerowska machina propagandowa.

Wielokrotnie spotkał się z prezydentem Starzyńskim i wystąpił w Polskim Radio. 21 września opuścił Warszawę z ostatnimi zagranicznymi dyplomatami. Udało mu się wywieźć negatywy przez Berlin do Szwecji. Zmontowany materiał pt. „Oblężenie” na wiosnę 1940 roku obejrzało w kinach kilkadziesiąt milionów Amerykanów. Po wojnie jeszcze kilkakrotnie odwiedził Polskę.

Publikacje: film „Siege”

Robert Capa

(1913-1954) Endré Ernő Friedmann urodził się w Budapeszcie. Był fotografem samoukiem i asystentem berlińskich laboratoriach fotograficznych: w 1931 r. Ullstein, a później w Dephot. Po pierwszych próbach coraz częściej dostawał do ręki aparat. Pochodzenie i tematyka reportaży spowodowały, że roku 1933 musiał opuścić Berlin. W Paryżu stał się reporterem niezależnym. Robert Capa to pseudonim tajemniczego amerykańskiego korespondenta – postaci wymyślonej w latach 30. przez Gertę Pohorylle – by łatwiej sprzedawać zdjęcia obojga fotografów. Roberta Capa i Gerda Taro zyskali sławę dzięki reportażom z Hiszpanii. Hiszpańska wojna domowa była pierwszym nowocześnie dokumentowanym konfliktem. A nazwisko Gerda Taro otwiera długą listę korespondentów, którzy ponieśli śmierć podczas pracy. Capa jako reporter magazynu Life fotografował lądowanie w Normandii i walki aliantów aż do zajęcia Niemiec. Tworzył reportaże w Izraelu (1948) i Związku Radzieckiego (1947). Portretował znanych artystów. Był pomysłodawcą koncepcji niezależnej agencji fotograficznej i współzałożycielem Agencji Magnum. Zginął 25 maja 1954 r. w Thai Binh, relacjonując kolejny konflikt – wojnę we francuskich Indochinach.

Publikacje książkowe: „Death in the Making”, „Preface by Jay Allen”, „The Battle of Waterloo Road”, „Slightly Out of Focus”, „A Russian Journal”, „Report on Israel”. Oraz 326 publikacji prasowe z lat 1932-1954.

Marek Święcicki

(1912-1994) Urodził się w Odessie. W czasie studiów na Uniwersytecie Warszawskim był redaktorem tygodnika akademickiego. Nietypowy był początek jego wojennej drogi – 1 września zastał go w Paryżu. Przez Włochy, Jugosławię i Rumunię, po dwu tygodniach dotarł do Polski. Dołączył do tysięcy polskich żołnierzy, którzy właśnie udawali się w przeciwnym kierunku, do armii odtwarzanej we Francji. Po kampanii francuskiej i ewakuacji do Anglii. W armii polskiej w Szkocji redagował „Dziennik Żołnierza” później londyński „Dziennik Polski”. Od roku 1944 był korespondentem wojennym przy 1. Brygadzie Spadochronowej gen. Sosabowskiego i (brytyjskiej) 1 Armii Powietrznej. Przez osiem dni walk był pod Arnhem wraz z okrążonymi Brytyjczykami i Polakami. Później relacjonował działania armii polskiej na froncie włoskim. Po wojnie pracował w redakcji londyńskiego „Dziennika”. Od roku 1952 związał się z radiem. Prowadził audycje w Radiu Wolna Europa i waszyngtońskim Głosie Ameryki. Reportaże wojenne oraz radiowe ukazały się drukiem. Zmarł w Stanach Zjednoczonych

Publikacje książkowe: „Czerwone diabły pod Arnhem”, „Ostatni rok wojny”, „Z mikrofonem przez historię”, „Z mikrofonem przez Amerykę”.

W hołdzie korespondentom

Jest takie miejsce – w cichym, francuskim Bayeux, do którego sztormowy wiatr niesie czasem zapach morza. Pomnik ma formę parku. Wśród zieleni stoją surowe w formie bloki z jasnego, lokalnego kamienia. Na pierwszym umieszczono słowa Simone de Beauvire:
Człowiek zaznaje wolności tylko wtedy, gdy wszyscy wokół są wolni.

fot. Tomasz Pawlak

Motto wyjaśnia, dlaczego Pomnik Poległych Dziennikarzy, Korespondentów Wojennych  powstał w Bayeux – pierwszym, wyzwolonym w czerwcu 1944 roku, francuskim mieście. Z tego samego powodu pierwsze zapisane nazwiska dotyczą II wojny światowej i roku 1944. Wolność, podczas gdy cała reszta Francji i znaczna część świata pozostawała w niewoli. Wolne i niezniszczone Bayeux stało się także pierwszym przystankiem dla korespondentów akredytowanych przy armii inwazyjnej. Tu opłakiwano ofiary desantu, witano szczęśliwie odnalezionych.

Ruszamy spokojną alejką, wytyczoną kolejnymi tablicami. Daty i nazwiska. Wiadomości rozproszone w czasie i nadchodzące z dalekich zakątków świata tu mają szczególną, bolesną wagę. Zgromadzone w jednym miejscu słowa nabierają wagi kamienia.

8 września 2006, gdy sekretarz organizacji „Reporterzy Bez Granic” Roberta Menarda odsłaniał pomnik – tych nazwisk było 406. Poległych w latach 1944-2005 dziennikarzy, operatorów i fotografów. Jeszcze w czasie uroczystości do zgromadzonych dotarła informacja o tragicznej śmierci kolejnych dziennikarzy: Rosjanki Anny Politkowskiej w Moskwie oraz dwóch reporterów niemieckich w Afganistanie.


Przez ostatnie lata ustawiono kolejne tablice, a krzewy i bluszcz z siłą wyrosły obok nich.
Stąpając po mocnej trawie, która nie przypomina już tej świeżo rozłożonej z archiwalnych zdjęć, dochodzimy do pierwszego kamienia -  lata 1944-1945. Nazwisko najwybitniejszego dokumentalisty tamtej wojny – Erniego Pyle’a. Był uwielbiany przez żołnierzy, tu w Normandii za to, że był zawsze bardzo blisko nich. Zginął niecały rok później podczas działań na Pacyfiku.

Kilka kroków dalej na tablicy upamiętniającej lata 1951-1954 odnajdziemy Robera Capę. On też był tu, we Francji pamiętnego czerwca, bardzo blisko, bo w pierwszym rzucie, w największym piekle D-Day. Film „Szeregowiec Ryan” z naturalistyczną wizją lądowania na „Omaha” daje pewne wyobrażenie o tym epizodzie. Gdyby przyjąć, że sekwencja na plaży trwa prawie 2 godziny, przez cały film, a w centrum ciągle jest reporter ze swoimi trzema aparatami to zbliżymy się do historii. Jest też szczęśliwe zakończenie – Capa ocaleje, lecz z jego 79 zdjęć – tylko siedem.
Wojna upomniała się o niego dopiero dziesięć lat później.

Kolejne tablice tego kalendarza zapełnione są coraz liczniejszymi nazwiskami. Ofiary niektórych lat zajmują już całe płyty. To daty i nazwiska związane z kolejnymi konfliktami i miejscami: Wietnam, Bejrut, Irak… Wśród nazwisk umieszczonych na najnowszych tablicach – Mounir Bouamrane i Waldemar Milewicz.

Gdy miniemy już ostatnią tablicę, idziemy zwykłą parkową aleją. Ten projekt architektoniczny z założenia musiał mieć charakter otwarty. W parku jest pewien smutek, ale silniejsze jest odczucie trwania i kontynuacji. Po spacerze nabieramy pewności, że dzieło tych ludzi trwa.

_____________________

Reporterzy Bez Granic

Journalists Memorial

_____________________

Robert Capa
(1913-1954) Endré Ernő Friedmann urodził się w Budapeszcie. Był fotografem samoukiem i asystentem w berlińskich laboratoriach fotograficznych: w 1931 r. Ullstein, a później w Dephot. Po pierwszych próbach coraz częściej dostawał do ręki aparat. Pochodzenie i tematyka reportaży spowodowały, że roku 1933 musiał opuścić Berlin. W Paryżu stał się reporterem niezależnym. Robert Capa to pseudonim tajemniczego amerykańskiego korespondenta – postaci wymyślonej w latach 30. przez Gertę Pohorylle – by łatwiej sprzedawać zdjęcia obojga fotografów. Roberta Capa i Gerda Taro zyskali sławę dzięki reportażom z Hiszpanii, gdzie wojna domowa była pierwszym nowocześnie dokumentowanym konfliktem. A nazwisko Gerda Taro otwiera długą listę korespondentów, którzy ponieśli śmierć podczas pracy. Capa jako reporter magazynu Life fotografował lądowanie w Normandii i walki aliantów aż do zajęcia Niemiec. Tworzył reportaże w Izraelu (1948) i Związku Radzieckim (1947). Portretował znanych artystów. Był pomysłodawcą koncepcji niezależnej agencji fotograficznej i współzałożycielem Agencji Magnum. Zginął 25 maja 1954 r. w Thai Binh, relacjonując kolejny konflikt – wojnę we francuskich Indochinach.
Publikacje książkowe: „Death in the Making”, „Preface by Jay Allen”, „The Battle of Waterloo Road”, „Slightly Out of Focus”, „A Russian Journal”, „Report on Israel”. Jego prace ukazały sie 326 razy w różnych publikacjach prasowych w lat 1932-1954.

Ernie Pyle
(1900-1945) Urodził się na farmie w Indianie. Już w czasach studiów redagował pisma uczelniane. Od 1921 był reporterem waszyngtońskich dzienników. W roku 1926 wraz z nowo poślubioną żoną rozpoczął podróż po Stanach Zjednoczonych. Pisał także felietony o tematyce lotniczej.
Po przystąpieniu Stanów Zjednoczonych do wojny został korespondentem frontowym. Pisał  z perspektywy zwykłego żołnierza o walkach w Afryce, Europie i na Pacyfiku. Z ulic ogarniętego walką Saint-Lo w Normandii i z pokładu lotniskowca na Oceanie Spokojnym. Artykuły przyniosły mu Nagrodę Pulizera w roku 1944.
Zginął podczas zdobywania małej wysepki niedaleko Okinawy – Ie Shimie,18 kwietnia 1944 roku.
Publikacje książkowe: „Ernie Pyle In England”, „Here Is Your War”, „Brave Men”, „Last Chapter”.