Pamięć o zdjęciu Smitha

„Matka kąpiąca Tamoko” -  stonowany, czarno-biały kadr z prozaiczną czynnością. Widzimy miłość w oczach matki, a dopiero po chwili zaczynamy dostrzegać chorobę na jaką cierpi Tamoko. Zdjęcie obecne w każdym ważniejszym przeglądzie fotografii XX w. już nie będzie publikowane.

Jak cios
Kadr Eugene’a Smitha z 1971 r. jest jak uderzenie. To nie jest bezduszne zdjęcie z podręcznika anatomii i patologii, to obrazek z życia, tak podobnego do naszego. Pochodzi z reportażu, który ukazał się w tygodniku LIFE ukazującym straszne zniekształcenia i cierpienie wywołane u dzieci skażeniem środowiska w japońskim Minamata.

Takie same fabryki były obok nas i też coś wylewały. Bo cóż znaczą jakieś kwiatki czy zwierzątka, ważne były nasze miejsca pracy i wzrost. Oglądając zdjęcia z Minamata generacja uświadomiła sobie, że to nie chodzi o ochronę roślin, ale o nas. Zaczęły się kolejne reportaże i procesy. Zmieniał się głos mediów.

Wcześniej bez wsparcia uczciwych dziennikarzy i lekarzy rodziny były bezbronne wobec potęgi przemysłowców i polityków. Jednak ich osobiste dramaty zostały upublicznione.

Po kilkunastu latach Smith pojechał do Minamata. Otrzymał zgodę rodzin na zdjęcia i pracował nad reportażem. Fotograf wkroczył także w bardzo kobiecy świat Pani Uemaka i powstało to słynne zdjęcie matki troszczącej się o dziecko. Tamoko została zapamiętana przez świat jako piętnastolatka pod opieką mamy. Zmarła w wieku 21 lat.

Wschód i Zachód
Dla nas obraz „matki kąpiącej Tamoko” jest znakiem zagrożenia przez przemysł, symbolem cierpienia i choroby wywołanej skażeniem środowiska. Ale wiemy to z podpisu i znajomości historii. Siła kadru wynika z czegoś innego. To portret matki. Matki kąpiącej dziecko, tylko bardziej chore dziecko. To symbol miłości macierzyńskiej w swej sile i bezgraniczności. To zachodnie spojrzenie na fotografię.

Dla rodziny to dramat osobisty, który został upubliczniony. To też jest zrozumiałe.

Po śmierci Tamako wkraczamy jednak w świat dalekowschodniego podejścia do fotografii. Miejsce na portret zamarłej osoby jest tylko na domowym ołtarzyku, przed którym pali się kadzidełka. W historii pojawia się nowy głos – ojca rodziny Yosiro Uemara. Ojciec odmówił udziału w programie telewizji francuskiej o 100 najistotniejszych zdjęciach XX w. A spadkobierczyni fotografa Aileen Mioko Smith uznała, że należy zrozumieć uczucia rodziny i oddała jej prawa do zdjęcia. Fotografia nie powinna się ukazywać publicznie.*

Kobiece i męskie
Mówimy o miłości matki, miłości bezwarunkowej. To jednak oznacza, że miłość ojcowską rozumiemy jako warunkową i pryncypialną. Czy interpretować gest ojca jako trwanie w smutku i milczeniu, czy także przemilczenie? Czy to tylko różnice kulturowe w rozumieniu żałoby, czy także różnice między kobietą i mężczyzną?

Nieobecność ojca na fotografii sprawiła, że znalazł się poza naszą świadomością. Dzisiejszy brak wypowiedzi matki na temat praw autorskich odsuwa ją w cień.

Credo
A jakie jest zdanie fotografa? Powiedział kiedyś, że „człowiek jest ważniejszy od zdjęcia przedstawiającego człowieka, które można co najwyżej wykorzystać.” I tą ideą kierowała się Aileen Mioko Smith, podejmując swoją decyzję.

Było jednym z tych zdjęć, które kształtowały dzisiejszą świadomość ekologiczną. Unaoczniało zagrożenie, jakie niesie niekontrolowana ekspansja przemysłu. Tak wiele mówi też o macierzyństwie, człowieku, jego uczuciach i postawie. A jednak teraz zaczyna znikać z naszej ikonosfery. Reprodukcje pozostaną w kolekcjach muzealnych i starych albumach o fotografii i roczniku tygodnika.

* historia na podstawie: Sławomir Sikora, „Między dokumentem a symbolem”, reprodukcja albumu

_____________________

Eugene Smith
(1918-1978) pierwsze zdjęcia zrobił w 1933 r. Absolwent Notre Dame w Indianie i nowojorskiego Instytutu Fotografii. Pracował jako reporter prasowy, a w czasie II wojny światowej dla LIFE’a. Ranny podczas reportażu na Południowym Pacyfiku. Leczenie i rekonwalescencja na bardzo długo wykluczyły go z pracy. Po powrocie do LIFE’a fotografował i współtworzył charakter tygodnika. Zasłynął jako mistrz portretu ludzi spotykanych podczas pracy. Jego bohaterowie są bezimienni, ale to także sławy świata sztuki i nauki.

Japoński turysta z aparatem

Czy coś mu grozi? Chyba nie, może w Japonii, gdzie jest kierowcą. Jakiś wypadek albo redukcja etatów. Tu jest przecież turystą na urlopie. Dla niego „Tu” to: Rwanda, Kambodża a teraz Syria. Toshifumi Fujimoto zmienia wizerunek japońskiego turysty z aparatem.

Nie uczestniczy w jakiś zorganizowanych wyjazdach, np. na kilka godzin do skażonej strefy w Czarnobylu. Swoje trasy ustala sam. Publikuje zdjęcia tylko na własnym blogu, są drastyczne. Co dokumentują? Jego wakacje. To już nie jest  turystyka „mocnych wrażeń”  to jej skrajna odmiana. Tu już zaczyna się już „turystyka śmierci”.

Fujimoto w Syrii. Fot. AFP (za blogs.nytimes.com)

Toshifumi Fujimoto w Syrii. Fot. AFP (za blogs.nytimes.com)

Fujimoto jest najbardziej rozpoznawalnym przedstawicielem nowej turystyki. Choć jego zdjęcia opublikował niedawno NY Times, trudno go nazwać korespondentem i nie jest też uczestnikiem i ani bohaterem wydarzeń.  To turysta.

Horst Faas – War Is Hell

Chłopak w półuśmiechu, patrzy nam prosto w oczy. To może być nawet syn sąsiadów. Tylko że ma zadziwiająco zimne oczy. I hełm z napisem „War Is Hell”. W wąskim kadrze dostrzegamy jeszcze tylko kawałek naramiennika i łańcuszek nieśmiertelnika. Nie znamy nazwiska tego spadochroniarza, nie wiemy, jak dla niego ta wojna się skończyła. Został jej twarzą, twarzą obecności Ameryki na tej wojnie. Znamy za to portretującego – Horst Faas fotograf z AP zrobił to zdjęcie 18 czerwca 1965 r. pod Phouc Vinh w Południowym Wietnamie.

Fot. Horst Faas/AP (za denverpost.com)

War Is Hell - portret spadochroniarza. Fot. Horst Faas/AP (za denverpost.com)

Piekło
Ta wojna zrodziła nową legendę fotoreportażu. „Denverpost” przypomina narodziny tej legendy – 60 wietnamskich zdjęć Horsta. Fass miał wielki wpływ na wyobrażenie zachodniego świata o wojnie wietnamskiej fotografował, a jako szef oddziału AP 0dkrywał talenty i kierował pracą wybitnych reporterów. Świadomie lub nie, ich kadrami myśleli hollywoodzcy twórcy „Czasu Apokalipsy” albo „Plutonu”. Jak zdjęcie startujących helikopterów z marca’65 czy styczniowe migawki z biwaku w dżungli.

W tym czasie powstały ujęcia bardziej dramatyczne albo może bardziej symboliczne. Fass najczęściej pokazywał napięcie i dramaty konfliktu bez epatowania drastycznością. Mimo zamieszania i zgiełku walki udawało mu się osiągać efekty portretowe. Nie zwracał uwagi na akcję, lecz na ludzi w niej uczestniczących.

Jest w tych obrazach trafność relacji korespondenta. Zaznaczony dystans między armią a cywilami. Jak na zdjęciach ze stycznia 1966 r. rodzin ukrywających się w kanałach nawadniających. Przerażeni, skuleni wieśniacy i bardziej wyprostowani żołnierze. A szczególnie kadr nagrodzony Pulizerem z marca’64 zrobiony przy granicy z Kambodżą. Poniżej horyzontu bezradny wieśniak z drobnym ciałem córki na rękach a powyżej na ogromnym wozie bojowym żołnierze armii Wietnamu. Kilkanaście anonimowych postaci, kilka twarzy. To podczas ich działań przeciwko partyzantom zginęło dziecko.

Fot. Horst Faas/AP (za denverpost.com)

Chłop z martwym dzieckiem i wietnamscy żołnierze. Fot. Horst Faas/AP (za denverpost.com)

Jest w nich bezwzględność wojny. Jako szef oddziału bronił dramatycznych kadrów wykonanych przez fotoreporterów AP. Ból rannych, zmęczenie, strach, rozpacz, zawziętość. Szczególnie uderzają jego zdjęcia z zamachu w Sajgonie oraz późniejsze kadry z Pakistanu – tam przecież oficjalnie nie było wojny, a okrucieństwo równie porażające. Widzimy twarze morderców.

Jest także niedopowiedzenie. Jak w scenie marines biegnących na złamanie karku do swojego okopu po usłyszeniu nadlatującego pocisku z moździerza. Zatrzymani w nienaturalnych pozach na otwartym polu. Dobiegną? Młody sanitariusz wybiegający z pomocą na odkryte pole ryżowe. Wróci? Historie otwarte jak ta, młodego żołnierza, ze zdjęcia spod Phouc Vinh.

Fot. Horst Faas/AP (za denverpost.com)

Mariens kryją się w okopie, czerwiec 1966 r. Fot. Horst Faas/AP (za denverpost.com)

Pożegnanie

Horst Faas pożegnał się ze światem 10 maja 2012 r.

Jednego z największych spośród reporterek i reporterów możemy zapamiętać jako starszego pana otwierającego wystawę swych dokumentalnych fotografii. To jedyny jaśniejszy punkt w mrocznej i przytłaczającej serii wiadomości o tragicznej śmierci szeregu korespondentów wojennych.

Horst Faas. Fot. AP (za denverpost.com)

Horst Faas na wystawie we Francji 2008 r. Fot. AP (za denverpost.com)

Wszystkie fotografie na blogs.denverpost.com

_____
Horst Faas
(1933-2012) urodził się w Berlinie. Cały życie związany z amerykańskimi mediami. Fotografował od początku lat 50. najpierw dla Keystone, potem dla Associated Press. Fotografował konflikty w Wietnamie, Laosie, Algierii, Bangladeszu. Kierował pracami AP w południowo-wschodniej Azji. Dwukrotnie otrzymał nagrodę Pulitzera (1965, 1972). Zmarł w Monachium.

O Wojtku – reportaż dla dzieci

Jan Bajtlik grafik i ilustrator sprawił, że opowieść Wiesława A. Lasockiego stała się bliższa nam i naszym dzieciom. „Wojtek spod Monte Cassino” został, dzięki wizji młodego ilustratora trochę odmilitaryzowany i nabrał cech ponadczasowości.

Okładka - Wojtek spod Monte Cassino - Antoni Lasocki, Ilustracje: Jan Bajtlik

Okładka - Wojtek spod Monte Cassino - Wiesław A. Lasocki, Ilustracje: Jan Bajtlik

To stara książka czytana w rodzinach polskich emigrantów przetłumaczona na kilkanaście języków. Jej angielską wersję czytał synom na dobranoc książę Karol. W peerelu nie była wydawana, bo autor nie zgadzał się na ingerencje w treści. Wiedział co wypisywano i wydawano w kraju.

Co? Mała dygresja. W Polsce dzieci nie czytały o „nieludzkiej ziemi”. Poznawały natomiast przygody polskiego nastolatka, który spędzał czas wojny na pięknej Syberii, gdzie zabawiał się polowaniem na tygrysy. Miał psa Szarika i zdobył wielkiego niezastąpionego przyjaciela – Gruzina z wąsami. Razem poszli na wojnę. Wygrali, a po zwycięstwie zmężniały Jaś wrócił do domu, ożenił sie z Rosjanką, a weselisko było piękne.

Warto formalnie i treściowo porównać „Czterech pancernych” i „Wojtka”. Realizm (socrealizm) Przymanowskiego służy opowiadaniu przygodowemu i fantazjom, a gawęda (czytanka) Lasockiego jest oparta na reporterskim warsztacie i wywiadach. To trochę zaskakujący paradoks.

Lasocki podjął sie spisania relacji o osieroconym niedźwiadku tułającym się po świecie wraz z żołnierzami Andersa. Mimo niezwykłości opowieści zakończenie jest w duchu reportażowym, nie ma bajkowego „żyli długo i szczęśliwie”, albo „wrócili do rodzinnej wioski, gdzie powitano ich tradycyjną ucztą”.

Karty książki - Wojtek spod Monte Cassino - Wydawnictwo Muchomor, 2012r.

Karty książki - Wojtek spod Monte Cassino - Wydawnictwo Muchomor, 2012r.

Zbiór Zbiór anegdot i wspomnień układa się w opowieść dla dzieci i czytających im rodziców. Solidna reportażowa robota w opakowaniu gawędy. I te ilustracje! Mamy tu chwile radości, zabawy i szczęścia. Mimo trudów przyjaźnie trwają, ludzie i zwierzęta radzą sobie jak mogą. O ile mogą.

Ilustracje Jan Bajtlik.

Ilustracje Jan Bajtlik.

To jednak opowieść o wojnie. Śmierć jest tu obecna i dotyka niektórych bohaterów.

Szorstkość opowieści łączy się z sympatią dla bohaterów i elementami humorystycznymi. Obie wartości narracyjne przeniesiono są w sferę graficzną. Kolory są ograniczone, a obrazki wykonane są techniką szablonu i mają jego charakterystyczną (szorstką) fakturę. W tej technice Bajtlik czuje się znakomicie, ale to także wielki ukłon w stronę historii. To ten sam sposób, który wykorzystywali żołnierze do umieszczania na samochodach kompanii zaopatrzeniowej podobizny Wojtka.

Tom „Wojtek spod Monte Cassino” kończy rozdział zapiski kronikarskie i archiwalne zdjęcia.

Tom „Wojtek spod Monte Cassino” kończy rozdział zapiski kronikarskie i archiwalne zdjęcia.

________

„Wojtek spod Monte Cassino” Wiesław Antoni Lasocki, Ilustracje: Jan Bajtlik
Wydawnictwo Muchomor, 2012r.
Książka dla dzieci od lat 7

Świat korespondenta – komiks

Okładka komiksu „War is boring” Davida Axe i Matta Borsa.

Okładka komiksu „War is boring” Davida Axe i Matta Borsa.

Sebastian Frąckiewicz  - znawca i miłośnik komiksu, tym razem recenzuje na swoim blogu dokument -„War is boring” Davida Axe’a i Matta Borsa. Wydawnictwo ma formę komiksu.

Bros – znany rysownik komentarzy politycznych wizualizuje życie narratora i głównego bohatera – Axe’a. To niezależny korespondent wojenny (uwaga! nie wużywamy tego określenia) mówiący o sobie zawsze tylko „freelancer” (tak lepiej).

Kulisy życia rozdartego między dwie rzeczywistości: wojenną, pełną traumy i tę normalną wielkomiejską codzienność zachodu. Do tego szklany, odległy obraz wojny w mediach. I jeszcze koncerny zbrojeniowe.

Trudno pogodzić te dwa światy. Mówili o tym Chauvel i Jagielski w notce sprzed roku. Recenzent przywołuje słowa Millera z wywiadu do „Dużego formatu”. Zapowiada się ciekawa próba uświadomienia i przedstawiania tych sprzecznych rzeczywistości. Oglądajmy, czytajmy. Recenzja >.

PS. Przepraszam za złe funkcjonowanie serwisu pod koniec czerwca, zmiany oprogramowania na serwerach nie doszły do ugody z funkcjami WordPressa. Mediacje niewiele pomogły i zastosowano rozwiązanie siłowe. Już jest o.k.

_______
David Axe (scenariusz), Matt Bors (rysunki), „War is boring”
Penguin books, Londyn 2010

O drodze przez Kołymę

Najnowszy tom Hugo-Badera napisany jest w dwu rytmach. Pierwszy wyznaczają, jak kamienie milowe – drobne zapiski, publikowane z drogi, na bieżąco w portalu gazeta.pl. Ten dziennik podróży dostajemy teraz uzupełniony o obszerniejsze formy reportażowe.

Jacek Hugo-Bader „Dzienniki kołymskie”

Dopełniają one znaną już opowieść w sposób zaskakujący. Wymiana zdań z dziennika okazuje się fragmentem całonocnej rozmowy. Bohater notki pokazuje swoje głębsze oblicze, bywa że jest odwrotnie i rozczarowuje nas. Czasem opowieść o życiu okazuje się zmyślona lub skradziona, zasłyszana na szlaku od kogoś innego.

Elementy starych zwyczajów, wierzeń szamańskich, to że człowiek na szlaku jest święty egzystują ze światem posowieckim, mniej lub gorzej zachowanymi pamiątkami komunizmu oraz z tym, co przyszło na przełomie wieków – władzą powiązaną z biznesem, bezwzględną konkurencją o koncesje i działki złotonośne. Współczesna Kołyma to cmentarzysko gułagu rozkopywane maszynami górniczymi. I nie jest to przenośnia.

To także kraina spirytusu pitego ratowniczo, w sytuacji skrajnej, w obronie przed zamarznięciem. Ale i codziennie na znak towarzyskiej szczerości, dla rozrywki, ukojenia nerwów i duszy. Dla znieczulenia.

Autor jest nie tylko narratorem. On jest tam jako osoba i opisuje swoje zanurzenia w tę rzeczywistość i odnajdywanie się w niej. Chyba to własne odnajdywanie zaczyna go fascynować na równi z przedstawianiem świata.

Hugo-Bader wspomina Sołżenicyna i jego opowieści o Kołymie – świecie skrajnym, w którym tylko nieliczni zachowują człowieczeństwo. Ale częściej odwołuje się do kołymskiej narracji Szołochowa – krainie pozostawionej przez Boga i pozbawionej nadziei. Ta druga, brutalniejsza wizja krainy jest reporterowi bliższa. Mówi o tym i pisze mocno, ale mimo wszystko całość „Dzienników” jest poszukiwaniem ludzkiej szczerości i nadziei. Reporter nie chce skończyć, dodaje kolejne rozdziały, a w nich akcenty jaśniejsze. Broni nas przed pustką i rozczarowaniem. I w tym jest mimo wszystko coś sołżenicynowskiego.

____________
Jacek Hugo-Bader „Dzienniki kołymskie”

Siedem dróg świata

Z wydanych ostatnio reportaży o lekturę aż proszą się te o szlakach: kołymskim – Jacka Hugo-Badera oraz szlakach człowieka Teda Conovera. Tytuł „Szlaki człowieka” może mylić, jeśli nie pamiętamy tekstów Conovera z „NG” albo „NYT”. Nie jest to kolejna książka podróżnicza, lecz sześć reporterskich opowieści o drogach świata. Uzupełniają je eseje o sposobach podróżowania, poszukiwania i budowania drogi.

Biała droga
Na przykład sacbe. Dobrze znamy drogi imperium rzymskiego, a ich idea jest zrozumiała. Cywilizacje prekolumbijskie pozostawiły po sobie inny rodzaj drogi  - sacbe (biała droga). Brukowane, często wapienną zaprawą, były szerokie nawet na 15 m, zbyt szerokie jak na potrzeby komunikacyjne. Łączyły miejsca kultu, ale nie w formie do jakiej przywykliśmy. Wiodły wzdłuż linii przesilenia słonecznego i często urywały się z dala od świątyni, wcale nie zmieniały się w siatkę uliczek ani nie kończyły placem przed świątynią. Do dziś bywają niezauważone, czasem widać je z samolotu lub o szczególnej porze.

Sacbe były szlakiem rytualnej pielgrzymki, tłumnych procesji. Podążanie nimi było bliższe oddawaniu się modlitwie w europejskiej katedrze. Można taką drogą po prostu podróżować, podobnie pod dachem katedry można się chronić się przed deszczem, ale nie po to te obiekty powstały.

Szlaki
Pierwszy reportaż opowiada o współczesnej drodze hebanu z dżungli Peru. Szlaku między dziewiczą dżunglą a cywilizacją pożądającą jej skarbów. Dobra natury eksploatowane bez umiaru czy zamknięte w rezerwatach bez względu na potrzeby ludności?

Kolejny temat to enklawa muzułmańska w północnych Indiach, do której zimą dociera się przez kanion po zamarzniętej rzece. Młodzi odchodzący z wioski do szkoły z internatem. Droga do nowego, do cywilizacji. Czy ktoś kiedyś wróci?

Szlak z wybrzeża Kenii do Ugandy, do serca kontynentu i centrum, z którego rozprzestrzenił się AIDS. Jak? Tak jak żołnierze, stewardzi samolotów i kierowcy ciężarówek. Jedna droga dla wirusa i dla pomocy humanitarnej oraz lekarstw.

Dyżury z załogą karetki pogotowia na ulicach największego miasta Afryki – Lagos. W nocy ekipy nigdy nie wyjeżdżają – jest zbyt niebezpiecznie. Co ten kontynent ma i potrzebuje od rozwiniętego świata?

Wycieczka z chińskimi biznesmenami, którzy nareszcie mogą się poruszać własnymi, prywatnymi samochodami. Smog i zanieczyszczenia połączone z radością zanurzenia w nowoczesności. Warto?

Swoje wspomnienia – nastolatka pierwszy raz pędzącego przez drogi środkowego zachodu USA skontrastował z podróżami opancerzonym samochodem z izraelskimi żołnierzami patrolującymi zachodni brzeg i Palestyńczykami brnącymi przez zapory, bramki, zasieki, godzinne kolejki do pracy.

Broadway
Jeszcze jedna, siódma opowieść o drodze w Stanach Zjednoczonych. Historia rodziny autora i Nowego Jorku opowiedziana historią Broadwayu. Zasługuje na samodzielny rozdział.

Reporter opowiadając o spotkaniach z ludźmi na drodze, ich marzeniach i problemach wciąga nas w problemy świata początku wieku. Nie spekuluje tylko dokumentuje. Dokąd podążamy?


_____________

Ted Conover „Szlaki człowieka”, Wydawnictwo Czarne