Japoński turysta z aparatem

Czy coś mu grozi? Chyba nie, może w Japonii, gdzie jest kierowcą. Jakiś wypadek albo redukcja etatów. Tu jest przecież turystą na urlopie. Dla niego „Tu” to: Rwanda, Kambodża a teraz Syria. Toshifumi Fujimoto zmienia wizerunek japońskiego turysty z aparatem.

Nie uczestniczy w jakiś zorganizowanych wyjazdach, np. na kilka godzin do skażonej strefy w Czarnobylu. Swoje trasy ustala sam. Publikuje zdjęcia tylko na własnym blogu, są drastyczne. Co dokumentują? Jego wakacje. To już nie jest  turystyka „mocnych wrażeń”  to jej skrajna odmiana. Tu już zaczyna się już „turystyka śmierci”.

Fujimoto w Syrii. Fot. AFP (za blogs.nytimes.com)

Toshifumi Fujimoto w Syrii. Fot. AFP (za blogs.nytimes.com)

Fujimoto jest najbardziej rozpoznawalnym przedstawicielem nowej turystyki. Choć jego zdjęcia opublikował niedawno NY Times, trudno go nazwać korespondentem i nie jest też uczestnikiem i ani bohaterem wydarzeń.  To turysta.

Heinrich Völkel – życie w ruinach

Był jedynym zagranicznym korespondentem. Wiedział to już, ale kiedy to poczuł? Stojąc na przeciw chłopca z rękami w kieszeniach w wypalonym pokoju bez okien? Może w dniu portretowania sześcioosobowej rodziny na środku salonu, gdy nie musiał wchodzić, kadrował‚ przez urwany narożnik domu?

Gdy na ulicy ruin, na jednym z pięter ujrzał samotną kobietę w czerni? Tak, chyba wtedy – tylko on i ta cicha kobieta, którą można właściwie przeoczyć wśród stert gruzu. Reportaż samotnego Heinricha Völkela powstał‚ w 2009r w strefie Gazy.

The Terrible City – Gaza 2009

Ulica gruzów. Z cyklu „Gaza - straszne miasto”. fot. Heinrich Völkel (za bildwerk3.de)

Listopad 2012 roku. Zalewa nas fala reportaży ze zgrupowań wojsk izraelskich na granicy z Gazą, docierają liczne zdjęcia i migawki rakiet lecących w stronę państwa żydowskiego i tych padających na bazy Hamasu i ich okolice. Sytuacja się zaognia a dziennikarze światowych mediów są na miejscu. Po ośmiu dniach eskalacji konfliktu Hamas i Izrael zgadzają się na rozejm, jest 21 listopada 2012 r.

W strefie Gazy przybyło ruin, w serwisach światowych przybyło zdjęć. Kobiet załamujących ręce nad gruzami, płaczących dzieci. Reporterzy powracają już do domu, a potem szykują się na kolejny temat. To już utarty cykl pracy stacji telewizyjnych i dużych agencji. Tak było też w 2009 r. podczas odwetowej operacji „Płynny ołów” przeprowadzonej przez wojska Izraela.

Warto przypomnieć postawę Heinricha Voolkera, fotografa z Niemiec, bo to jeden z nielicznych potrafiących naruszyć ten utarty cykl. Pojechał do strefy gazy i fotografował miejsce walk już po ich wygaśnięciu. Powstał cykl  „Gaza – straszne miasto” nie epatujący łzami, ani krwią. Jest na pozór spokojny. Pojedyncze osoby, rodziny pozują do pamiątkowego zdjęcia. Powstał dokument zniszczeń i portret życia, krzątaniny wśród gruzów. Symboliczne jest zdjęcie prania rozwieszonego miedzy filarami sterczącymi z resztek gruzu.

The Terrible City – Gaza 2009

Resztki budynku Hamasu. Z cyklu „Gaza - straszne miasto”. fot. Heinrich Völkel (za bildwerk3.de)

Straty wśród Palestyńczyków po akcji „Płynny ołów” to ok. 1500 osób. Prawie 20 000 budynków zostało uszkodzonych lub zniszczonych. Oglądając zdjęcia mamy nadzieję, że zniszczenia zostały naprawione, a żałoba minęła.

*

Z cyklu „Gaza - straszne miasto”. fot. Heinrich Völkel (za bildwerk3.de)

Modlący się muzułmanin, ale część Palestyńczyków to także chrześcijanie. Z cyklu „Gaza - straszne miasto”. fot. Heinrich Völkel (za bildwerk3.de)

Znacząca część Palestyńczyków to chrześcijanie, też się szykują do Świąt.
Zamiast kolędy wiersz.

Koniec i początek
Wisława Szymborska

Po każdej wojnie
ktoś musi posprzątać.
Jaki taki porządek
sam się przecież nie zrobi.

Ktoś musi zepchnąć gruzy
na pobocza dróg,
żeby mogły przejechać
wozy pełne trupów.

Ktoś musi grzęznąć
w szlamie i popiele,
sprężynach kanap,
drzazgach szkła
i krwawych szmatach.

Ktoś musi przywlec belkę
do podparcia ściany,
ktoś oszklić okno
i osadzić drzwi na zawiasach.

Fotogeniczne to nie jest
i wymaga lat.
Wszystkie kamery wyjechały już
na inną wojnę.

Mosty trzeba z powrotem
i dworce na nowo.
W strzępach będą rękawy
od zakasywania.

Ktoś z miotłą w rękach
wspomina jeszcze jak było.
Ktoś słucha
przytakując nie urwaną głową
Ale już w ich pobliżu
zaczną kręcić się tacy,
których to będzie nudzić.

Ktoś czasem jeszcze
Wykopie spod krzaka
przeżarte rdzą argumenty
i poprzenosi je na stos odpadków.

Ci, co wiedzieli
o co tutaj szło,
muszą ustąpić miejsca tym,
co wiedzą mało.
I mniej niż mało.
I wreszcie tyle co nic.

W trawie, która porosła
przyczyny i skutki,
musi ktoś sobie leżeć
z kłosem w zębach
i gapić się na chmury.


_____

Heinrich Völkel – niemiecki fotoreporter (ur. 1974 r. Moskawa). Po studiach fotografii w Berlinie rozpoczął pracę wolnego fotografa. Mieszka w Wiesbaden.

Świat korespondenta – komiks

Okładka komiksu „War is boring” Davida Axe i Matta Borsa.

Okładka komiksu „War is boring” Davida Axe i Matta Borsa.

Sebastian Frąckiewicz  - znawca i miłośnik komiksu, tym razem recenzuje na swoim blogu dokument -„War is boring” Davida Axe’a i Matta Borsa. Wydawnictwo ma formę komiksu.

Bros – znany rysownik komentarzy politycznych wizualizuje życie narratora i głównego bohatera – Axe’a. To niezależny korespondent wojenny (uwaga! nie wużywamy tego określenia) mówiący o sobie zawsze tylko „freelancer” (tak lepiej).

Kulisy życia rozdartego między dwie rzeczywistości: wojenną, pełną traumy i tę normalną wielkomiejską codzienność zachodu. Do tego szklany, odległy obraz wojny w mediach. I jeszcze koncerny zbrojeniowe.

Trudno pogodzić te dwa światy. Mówili o tym Chauvel i Jagielski w notce sprzed roku. Recenzent przywołuje słowa Millera z wywiadu do „Dużego formatu”. Zapowiada się ciekawa próba uświadomienia i przedstawiania tych sprzecznych rzeczywistości. Oglądajmy, czytajmy. Recenzja >.

PS. Przepraszam za złe funkcjonowanie serwisu pod koniec czerwca, zmiany oprogramowania na serwerach nie doszły do ugody z funkcjami WordPressa. Mediacje niewiele pomogły i zastosowano rozwiązanie siłowe. Już jest o.k.

_______
David Axe (scenariusz), Matt Bors (rysunki), „War is boring”
Penguin books, Londyn 2010

Chris Hondros, Tim Hetherington – rocznica

„Arbska wiosna” zmiatała kolejne dyktatury w regionie. Najtrudniej było w rządzonej przez Kadafiego Libii. W końcu zmobilizowane przez opinię publiczną zachodniego świata Nato zaczęło bronić zbuntowanych libijskich miast wysyłając lotnictwo. Jednak wiele miejsc nadal było bezkarnie ostrzeliwane przez wojska reżimowe. Tim Hetherington, jeden z najbardziej doświadczonych reporterów wojennych zanotował na Twiterze „W oblężonym libijskim mieście Misrata, pod zmasowanym ostrzałem sił Kaddafiego. Ani śladu NATO”.

20 kwietnia 2011 r. kończył się jak zwykły, pracowitym dzień reporterów. Najodważniejsi byli o krok za rebeliantami, przenikającymi miedzy uszkodzonymi i płonącymi domami. Czasem któryś pojawiał się w kadrze kolegi, jak Hetherington na zdjęciu Phila Moore’a: opuszczający po drabinie uszkodzony dom. Także reportaż Hondrosa zapowiadał się na udany, szczególnie ujęcia w wieczornym świetle wśród ognia i dymu. Na efekty ich pracy czekał świat.

Ale to nie był zwykły dzień. Wpis Hetheringtona okazał się ostatnim. Wieczorem reporter zginął w wybuchu granatnika. Chris Hondros został śmiertelnie ranny, zmarł po paru godzinach w szpitalu. Rany odnieśli także Guy Martin (z agencji Panos) i Michael Christopher Brown.


____________

Chris Hondros, (1970-2011)

amerykański fotoreporter, z Agencji Getty. Od lat 90. fotografował konflikty na świecie (między innymi: Kosowo, Angola, Sierra Leone, Afganistan, Irak, Liberia)

Nagroda World Press Photo (2003, 2006) Medal Capy (2006).

Tim Hetherington, (1970-2011)

brytyjski fotoreporter, reżyser nominowanej do Oscara „Wojny Restrepo”. Fotografował Afrykę i Bliski wschód regiony targane konfliktami. Nagradzany World Press Photo za reportaże (1999, 2001 i 2007), w 2007 r. nagroda główna za zdjęcie amerykańskiego żołnierza po walce o dolinę Korengal w Afganistanie. Pracował dla „Vanity Fair”.

Siedem dróg świata

Z wydanych ostatnio reportaży o lekturę aż proszą się te o szlakach: kołymskim – Jacka Hugo-Badera oraz szlakach człowieka Teda Conovera. Tytuł „Szlaki człowieka” może mylić, jeśli nie pamiętamy tekstów Conovera z „NG” albo „NYT”. Nie jest to kolejna książka podróżnicza, lecz sześć reporterskich opowieści o drogach świata. Uzupełniają je eseje o sposobach podróżowania, poszukiwania i budowania drogi.

Biała droga
Na przykład sacbe. Dobrze znamy drogi imperium rzymskiego, a ich idea jest zrozumiała. Cywilizacje prekolumbijskie pozostawiły po sobie inny rodzaj drogi  - sacbe (biała droga). Brukowane, często wapienną zaprawą, były szerokie nawet na 15 m, zbyt szerokie jak na potrzeby komunikacyjne. Łączyły miejsca kultu, ale nie w formie do jakiej przywykliśmy. Wiodły wzdłuż linii przesilenia słonecznego i często urywały się z dala od świątyni, wcale nie zmieniały się w siatkę uliczek ani nie kończyły placem przed świątynią. Do dziś bywają niezauważone, czasem widać je z samolotu lub o szczególnej porze.

Sacbe były szlakiem rytualnej pielgrzymki, tłumnych procesji. Podążanie nimi było bliższe oddawaniu się modlitwie w europejskiej katedrze. Można taką drogą po prostu podróżować, podobnie pod dachem katedry można się chronić się przed deszczem, ale nie po to te obiekty powstały.

Szlaki
Pierwszy reportaż opowiada o współczesnej drodze hebanu z dżungli Peru. Szlaku między dziewiczą dżunglą a cywilizacją pożądającą jej skarbów. Dobra natury eksploatowane bez umiaru czy zamknięte w rezerwatach bez względu na potrzeby ludności?

Kolejny temat to enklawa muzułmańska w północnych Indiach, do której zimą dociera się przez kanion po zamarzniętej rzece. Młodzi odchodzący z wioski do szkoły z internatem. Droga do nowego, do cywilizacji. Czy ktoś kiedyś wróci?

Szlak z wybrzeża Kenii do Ugandy, do serca kontynentu i centrum, z którego rozprzestrzenił się AIDS. Jak? Tak jak żołnierze, stewardzi samolotów i kierowcy ciężarówek. Jedna droga dla wirusa i dla pomocy humanitarnej oraz lekarstw.

Dyżury z załogą karetki pogotowia na ulicach największego miasta Afryki – Lagos. W nocy ekipy nigdy nie wyjeżdżają – jest zbyt niebezpiecznie. Co ten kontynent ma i potrzebuje od rozwiniętego świata?

Wycieczka z chińskimi biznesmenami, którzy nareszcie mogą się poruszać własnymi, prywatnymi samochodami. Smog i zanieczyszczenia połączone z radością zanurzenia w nowoczesności. Warto?

Swoje wspomnienia – nastolatka pierwszy raz pędzącego przez drogi środkowego zachodu USA skontrastował z podróżami opancerzonym samochodem z izraelskimi żołnierzami patrolującymi zachodni brzeg i Palestyńczykami brnącymi przez zapory, bramki, zasieki, godzinne kolejki do pracy.

Broadway
Jeszcze jedna, siódma opowieść o drodze w Stanach Zjednoczonych. Historia rodziny autora i Nowego Jorku opowiedziana historią Broadwayu. Zasługuje na samodzielny rozdział.

Reporter opowiadając o spotkaniach z ludźmi na drodze, ich marzeniach i problemach wciąga nas w problemy świata początku wieku. Nie spekuluje tylko dokumentuje. Dokąd podążamy?


_____________

Ted Conover „Szlaki człowieka”, Wydawnictwo Czarne

Limpkin – dzień dziecka

Początek lat 70. ubiegłego wieku. To wrotki królują na świecie. Dzieci w Ameryce dostają na „gwiazdkę” najczęściej te z butami i hamulcami. A ich rówieśnicy w Europie (na przykład na dzień dziecka) tańsze, przypinane do butów. Dziewczynka na wrotkach na ulicy miasta? To widok zwyczajny. Tyko ci żołnierze… I jakie to miasto?

Fot. Clive Limpkin (za clivelimpkin.com)

Patrol armii, Irlandia Północna ok. 1971 r. Fot. Clive Limpkin (za clivelimpkin.com)

Jakie miasto
Odpowiedź już nie będzie zwyczajna, w tamtym czasie to deklaracja. Jeśli fotoreporter podpisze zdjęcie – ulica w Derry, to prawdopodobnie opowiada się po stronie separatystów, katolików. Ulica w Londonderry to brzmienie zgodne nazwą oficjalną używaną przez władze i protestanckich, lojalnych poddanych brytyjskiej królowej. Irlandia Północna wrze. IRA atakuje nawet w Anglii.

Poprzestańmy na podpisie Limpkina: Patrol armii, Irlandia Północna ok. 1971 r.

Aresztowanie fotoreportera Clive Limpkina. (za clivelimpkin.com)

Clive Limpkina aresztowany podczas fotografowania manifstacji. (za clivelimpkin.com)

Niecodzienne
Limpkin pracuje jako reporter w lokalnych gazetach. Fotografuje życie codzienne i zdarzenia wyjątkowe. Ma oko (także szczęście) do kadrów niezwykłych. Cała scena zaczyna nabierać znaczeń symbolicznych.

Fotografia z 1973 r. – to nie zwykły „gol Bobby Charltona”, to ikona zwycięstwa, legenda zwycięstwa. 1983 r. ta miła pani w lekkiej, zwiewnej sukience to Żelazna Dama – „Margaret Thatcher przed siedzibą rządu”. 1961 r. – „Najsilniejszy człowiek świata” w okularach jak Chruszczow, o twarzy wykrzywionej wysiłkiem na granicy obłędu – ma dres z napisem CCCP.

Dzieci
Popatrzmy na inne zdjęcia Limpkina. Dokumentując codzienność często kieruje aparat na dzieci. Są dla niego pełnoprawnym uczestnikiem wydarzeń a sceny z ich udziałem mają tyle samo napięcia, co te z dorosłymi. Są pełne znaczeń i symboli.

„Dziecko na wadze”. Narodziny dziecka to radość i pełna opieka zgodna z najlepszymi wyobrażeniami o higienie i zdrowiu lat 70. ubiegłego wieku. Dzieci mają szansę na taką codzienność , jaką im zapewnimy. Chwile nudy podczas wystawnych ceremonii dorosłych. I chwile zdziwienia gdy na ulicę – miejsce codziennych zabaw – przybywają żołnierze. Moment zainteresowania Matką Teresą idącą przez irlandzką robotniczą dzielnicę.

Fot. Clive Limpkin (za clivelimpkin.com)

Przegrana w chłopięcych mistrzostwach w boksie, Sussex ok. 1969 r. Fot. Clive Limpkin (za clivelimpkin.com)

Widzimy też dzieci walczące. Widzimy nastolatków z Irlandii Północnej rzucających słoiki z farbą w wóz pancerny lub szykujących butelki z benzyną. Widzimy nastoletnich żołnierzy z Angoli nareszcie traktowanych poważnie przez dowódców i zachodnich dziennikarzy.

Demonstracje i starcia trwają lata, jak bitwa o Bogside opowiedziane przez Limkina, albo kolejne intifady. Rzucanie kamieniami staje się codziennością dla całej dorastającej generacji.

Widzimy też zwyczajne dziecięce emocje – przegraną w sporcie. Ale nie wiemy co gorzej smakuje sama porażka czy ból? I czy pod rękawicami ukryta jest wściekłość? Czy może łzy? Mam nadzieję że jedno i drugie.

Wszystkie zdjęcia pochodzą ze strony fotografa clivelimpkin.com
_______
Clive Limpkin, zaczynał pracę jako reporter lokalnych gazet. Publikuje w: Daily Express, The Sketch, The Sun, Daily Mail. Pisze do The Sunday Times oraz The Observer. Jego książka „The Battle of Bogside” ukazująca trzyletnie walki uliczne w Irlandii Północnej została nagrodzona przez magazyn „Life” Medalem Roberta Capy. Fotografował ogarniętą wojną Afrykę (Angola) i pogrzeb Nassera w Egipcie. Obecnie podróżuje po świecie i prowadzi jak to nazywa dziennik – blog.

Wśród Libijczyków

Zachodni dziennikarze nie budzą sympatii wśród zwolenników Kadafiego. Addario była jedną z czwórki dziennikarzy NYT przetrzymywanych w marcu przez armię. Zostali szczęśliwie zwolnieni dzięki interwencji Turcji.

Od kilku dni na stronach lens.blogs.nytimes.com możemy oglądać prace fotograf. Demonstranci, ochotnicy, uchodźcy, strach, pierwsi ranni i dzieci. Skupienie na detalu. Zatrzymane w kadrze spojrzenia sprawiają, że jesteśmy wśród Libijczyków. To, co robi Addario.

Lynsey Addario, fot. za nytimes.com

Jedna z pierwszych demonstracji antyrządowych w Bengazi. Lynsey Addario, Fot. za nytimes.com

więcej zdjęć
____________

Lynsey Addario
Amerykańska fotoreporterka, mieszka w New Delhi. Pracuje dla New York Timesa, National Geographic, Time’a. Fotografując Afrykę, Azję i Bliski Wschód. Miejsca gdzie źle się dzieje – konflikty i katastrofy.

Hatzfeld – z reportera w pisarza

„Dziennikarz jest pasem transmisyjnym między wydarzeniem a czytelnikiem. Zadaje bohaterom pytania, które zadałby czytelnik. Zadaje je szybko i dostaje szybkie odpowiedzi. [...]Kiedy nie przestaje zadawać sobie pytań w związku z wydarzeniem, które relacjonował, mimo że czytelnicy dawno już przestali – staje się kimś innym.”

Jean Hatzfeld

Jean Hatzfeld (Fot. East News za Polityka.pl)

Jean Hatzfeld w rozmowie z Ewą Winnicką zamieszczonej  w najnowszej „Polityce” opowiada o swojej drodze od korespondencji do reportażu książkowego i osobistego, głębszego analizowania zjawisk.

Reporter przedstawia sposoby pracy dziennikarzy wojennych i przekonująco twierdzi, że na wojnie łatwo napisać dobrą historię.

Opowiada o zaangażowaniu, życiu na wojnie o raz o powrotach (często trudnych) do codzienności. W Paryżu jest bistro, gdzie spotykają się reporterzy wojenni. Mówi się tam własnym językiem i łatwiej o zrozumienie.

I poza tym miejscem właściwie się nie spotykają.
Zobaczą się po powrocie do kolejnej strefy konfliktu.

_______
Jean Hatzfeld
(1949)
urodził się na Madagaskarze, gdzie podczas II WŚ jego rodzina schroniła się przed deportacją. Po wojnie wrócił do Francjii. W 1975 r. zaczął pracę w dziale sportowym „Libération”. Od 1979 r. relacjonuje konflikty zbrojne na Bliskim Wschodzie. W latach 90. pracował w byłej Jugosławii, gdzie został ciężko ranny. Podczas pobytu w Ruandzie odszedł od pracy dziennikarskiej. Powstały trzy książki o ludobójstwie w tym kraju.
Publikacje:
„Linia zanurzenia”
- autobiograficzna ukazała się właśnie po polsku
„Strategia antylop”
- za tę powieść o rzezi w Ruandzie w 1994 r. otrzymał nagrodę im. Ryszarda Kapuścińskiego