Polski reportaż w Life’ie

W numerze „Life”a z 28 sierpnia 1944 r., dwa miesiące po legendarnym fotoreportażu Roberta Capy z normandzkiej plaży Omaha ukazuje się równie sławny, z materiałami polskich reporterów o żołnierzach Maczka walczących pod Falaise. Świat zapamiętuje kolejne kadry-ikony.

Okładka magazynu Life z 19.06.1944 z fotoreportażem Roberta Capy. (fot. za life.com)

Okładka magazynu „Life” z 19.06.1944 z fotoreportażem Roberta Capy. (fot. za life.com)

Czy taki scenariusz był możliwy?
Przyjrzyjmy się jak ten gorący okres wspominają dwie osoby J. G. Morris – fotoedytor „Life’a” w Londynie oraz Marian Walentynowicz – fotoreporter w 1 dywizji Maczka (znany rysownk, twórca między innymi Koziołka Matołka). Z ich opowieści wysnujemy historie dwu przesyłek ze zdjęciami.

Przesyłka A dzień 1.
Jest 6 czerwca 1944 r. Dochodzi ósma. Marynarz z Łodzi desantowej odbierającej rannych z krwawej plaży Omaha czuje się jak w środku piekła. Nagle widzi coś niezwykłego, nawet jak na te warunki – ręce z aparatami fotograficznymi wystającymi ponad fale. Ciągnie za te ręce i na powierzchni pojawia się parskająca głowa o włosach ciemnych i zbyt długich jak na rekruta. Tak zapamiętuje wyciągnięcie z tego piekła, słynnego reportera – Roberta Capy.

Capa płynie wraz z rannymi do Anglii.  Pakuje cztery uratowane filmy 35 mm i sześć rolek wielkoobrazkowych w pakiet z opisem i adresuje. Powstaje Przesyłka A.

Przesyłka W dzień 1.
Dwa miesiące po desancie w Normandii, po ustabilizowaniu przyczółka coraz lepiej działał system obsługi prasowej. Rano lub wieczorem każdego dnia materiały z pierwszej linii w kilka godzin docierały do rąk szefów redakcji.

Frontowy korespondent Walentynowicz wręczając rano gońcowi motocyklowemu paczkę W może liczyć na to, że szybko trafi ona na lotnisko polowe. Samolot po półtorej godziny lotu wyląduje na londyńskim lotnisku, a kolejny motocyklista przejmie materiał dla redakcji. Tam historia paczki W powinna się zakończyć. Ale trwa wojna, wyścig z czasem, a opowieści nabierają kolorów.

Przesyłka A dzień 2.
W biurze „Life’a” zespół Morrisa już drugi dzień sortuje „ogólne zdjęcia z frontu działań”. Do tej pory wystarczały. Po dniu „D” już nie. Szykowali się na tę chwilę od 8 miesięcy, a zdjęć od ich dwu reporterów z pierwszej linii nie ma. Konkurencja podobno też jeszcze nie ma co publikować. Kończy się dzień, redakcja waszyngtońska chce zdjęć nie obietnic. Wieczorną ciszę przerywa telefon. Na południowym krańcu Anglii nadawana jest dla nich paczka.

Przesyłka W dzień 2.
Nasza paczka W przeszła w wieczornej poczcie i czeka bezpieczna w przegródce. Rano, po rozpoczęciu pracy biura prasowego, oficer dyżurny odbiera z portierni biurowca pocztę. Po przejrzeniu korespondencji zawiniątka z kliszami i opisy z paczki W trafiają na kolejne biurko i otrzymuje nową kopertę. Goniec z biura prasowego armii przechodzi dwie przecznice i w oddziale poczty nadaje (tradycyjnie) zwykłą przesyłkę zaadresowaną do Szkocji.

Mieszkańcy Londynu wspominają, że prywatne przesyłki w tym czasie dosyć często się zawieruszały. Priorytetem dla królewskiej poczty były przesyłki od administracji JKM. Znaczną część doświadczonych pocztowców powołano do armii, reszta robiła co mogła, a doraźnie przyuczani pracownicy popełniali błędy.

Przesyłka A dzień 3.
O 8:30 fotoedytorzy „Life”a otwierają paczkę A. Wszystkim drżą dłonie. Technicy przejmują kliszę, a Morris odczytuje ze świstka nabazgrane zdania: „Najważniejsze zdjęcia na (kliszach) wąskoobrazkowych. Było ciężko. Wróciłem niechcący z rannymi do Anglii. Gdy to będziecie czytali ja będę ponownie w drodze do Normandii.”

Laborant wraca z ciemni zrozpaczony. Zdjęcia przepadły, gdy zostawił je suszące się przy grzejniku elektrycznym. Miało być szybciej. Szef fotoedycji idzie obejrzeć katastrofę. Pod wpływem temperatury z klisz spłynęła emulsja. Tylko na końcu jednej kliszy widzi klatki. Jest ich jedenaście. Na stykówkach pokazuje się bardzo mocne ziarno emulsji, jest też lekko poruszone. Wydaje się, że do druku może iść przynajmniej 9 zdjęć.

Przesyłka A dzień 4.
Żaden pakiet zdjęć nie opuści Anglii bez cenzorskiej banderoli „Dopuszczone do publikacji”. Cenzura pracuje 24 godziny na dobę w gmachu głównym uniwersytetu. Wkrótce fotoedytorzy już wiedzą, co nie przejdzie, a laboranci wydrapują z negatywu na przykład naszywki dywizyjne widoczne na mundurach. Współpraca idzie sprawniej.

Dziś Morris wyszedł z pakietem bezcennych zdjęć o 3:30 nad ranem. Teraz patrzy na zawartość paczki A w rękach alianckich cenzorów. O 8:30 cenzor stempluje ostatnie zdjęcie. Jeszcze tylko banderola. I nagle taśma przykleja się nie tam gdzie trzeba. Nerwowe szarpanie nic nie daje. Mijają cały kwadrans, a o 9:00 goniec nieodwołalnie wyjedzie na lotnisko.

Moriss ma opracowane trasy z biura do cenzury i teraz korzysta z objazdu na godziny szczytu. Wbiega do agencji i w holu widzi gońca zamykającego już torbę, do dziewiątej brakuje tylko sekund. Stać, jeszcze to!

W południe paczka A dolatuje do bazy w Szkocji obsługującej loty transatlantyckie.

Przesyłka A dzień 7.
W sobotni wieczór w waszyngtońskiej redakcji zamykany zostaje numer „Life”a o inwazji.

Przesyłka W dzień 7.
Stary Szkot raczej nie popełnia błędów, jest listonoszem od skończenia szkoły. I zna ten dom na skraju Edynburga, jak wszystkie na swoim terenie. Od kilku lat adresatami są stacjonujący tu polscy żołnierze. Mimo zniesionego zaciemnienia w oknach budynku wiszą ciężkie kotary. W letnim powietrzu czuć chemikalia, w ciemni od rana krzątają się podoficerowie.

Przesyłka W dzień 8.
Pod oknem z ciężkimi kotarami stoją żołnierze w fartuchach i z namaszczeniem palą papierosy. Zasłużyli na odpoczynek. Od wczoraj uporali się z wywoływaniem klisz i zrobili ze dwie setki odbitek próbnych. Rano ktoś zaniesie je na pocztę i nada do Londynu.

Przesyłka W dzień 15.
Z poranną pocztą przychodzi paczka ze Szkocji. Kolejny oficer dyżurny jest pod wrażeniem zdjęć z Francji. Czołgi Maczka gromią Niemców. Ale jatki! W opisach zdjęć są nazwy miejscowości, które słyszał jakiś czas temu w radio. To istotne materiały! Szybko do cenzury.

Szczęście, że flegmatyczna angielska cenzura zdążyła przed godziną 16. Kilku oficerów przepakowuje odbitki próbne do kopert. Stanowczo przybijają do nich pieczątkę „pilne” a żołnierze gońcy biegną do alianckich agencji. Oficerowie „prasowi” kiwają głowami – zdążyliśmy, to było jak szarża. Może będą odznaczenia? A przynajmniej zasłużyliśmy na kolejkę w pubie.

Przesyłka W dzień 17.
Zdjęcia z przesyłki W trafiają także do „Life”a. To od Polaków, materiał z Normandii. Normandia? Dlaczego nie dali czegoś z wejścia do Belgii? O tym piszemy.

Tak się układają losy paczki W i reportażu o bitwie pod Falaise. Podobnie wyglądała historia materiałów o wyzwoleniu Bredy.

Służby prasowe
Polscy korespondenci byli na pierwszej linii, byli ciężko ranni (jak Pruszyński), a ich praca znikała na tygodnie w machinie polskiej obsługi prasowej. Trafiała w końcu do gazet polskich i ulotek pułkowych.

Brytyjskie i amerykańskie media pisały przede wszystkim o Brytyjczykach i Amerykanach, a gdy brakowało informacji szczegółowych jak w przypadku Bredy, pisały o wyzwoleniu przez aliantów. Gdy przychodził materiał od polskich służb prasowych media mówiły już o następnych zwycięstwach, publikowały zdjęcia z kolejnych bitew.

Okładka magazynu Life z 28.08.1944 z fotoreportażem o kotle Falaise. (fotomontaż)

Ujęcie niemieckiego generała. Czy tak wyglądałaby okładka magazynu Life z 28.08.1944 z fotoreportażem o Polakach pod Falaise? (fotomontaż)

W wojsku polskim nie było tradycji służby prasowej a co gorsze żadnej jej wizji. To były londyńskie wakaty dla oficerów bez przydziału, którzy najczęściej nigdy nie pracowali z mediami. Ich wyobraźnia nie przekraczała granicy gazetki z humorem pułkowym i albumu z pamiątkowymi zdjęciami. Fotograf potrzebny był, co najwyżej do uwiecznienia akademii połączonej z wręczeniem gwiazdek oficerskich. Dla takich celów laboratorium fotograficzne mogło pozostać w Szkocji. Jeśli coś się udawało to raczej wbrew temu systemowi pracy niż dzięki niemu.

Gdy w lipcu 1944 r. Moskwa zaczęła promować rząd polskich komunistów (jako jedyny i prawomocny) oraz rozpoczęła naciski na aliantów o wyciszanie informacji o roli Polskiej Armii na Zachodzie i Rządzie Londyńskim, to właściwie niewiele trzeba było do wyciszenia. Media zachodnie też popełniały błędy, bywały bezduszne, ale były już po prostu przyzwyczajone do nieobecności Polaków.

Tags: , , , , ,

No Responses to “Polski reportaż w Life’ie”

Leave a Reply