Miedzianka, Uranka, nic

Miedzianka zniknęła w sposób naturalny. Jak połowa rzymskiego koloseum. Jak domek Ueberschaera, jej pierwszy, zapadający się przez szkody górnicze budynek. Dzieła dokończyli sąsiedzi, szukając, jak zawsze i wszędzie, budulca. Ale historia nie jest tak prosta i banalna.

Miasteczko trwa we wspomnieniach ludzi przyjeżdżających tu na odpust w trzecią niedzielę po Wielkiej Nocy. Jadących z Jeleniej Góry, ale także zza granicy. Chodzących przez chaszcze i łączki pod kątem prostym, zapamiętaną siatką nieistniejących już ulic.

Autor, jako fotoreporter zrobił tam dziesięć zdjęć, jedno z nich trafiło na okładkę. Koń na łące. Ale to nie jest koń z ikonografii Wajdy albo Hoffmana, koń z półdzikiego stada za którym biega Olbrychski. To jest zwierzak zmęczony i ciężki z wyglądu, nawet jak na konia pociągowego. Dodatkowo w kadrze, przyduszony ołowianymi chmurami i jakimiś zapomnianymi drutami na niebie. Pasie się na smętnej łączce. To krzaki w miejscu gdzie był rynek Miedzianki.

Springer później już nie zabierał aparatu. Przez dwa lata pisał książkę-reportaż. Słuchał dziesiątek opowieści, czytał relacje zgorzkniałych, trafiał na plotki i wątki godne sensacji XX wieku i weryfikacji przez IPN.

Czy rzeczywiście miasto było tak piękne i miłe jak wspomnienia o nim? Czy najmniejsze i najmilsze miasteczko dziewiętnastowiecznych Niemiec przetrwałoby gdyby nie wojny, przesiedlenia, rabunkowa działalność górnicza?

A może to jednak my, jak ten koń nie jesteśmy z ikonografii Wajdy i Hoffmana.

Nie z Hoffmanowskiego „Potopu”, bardziej z jego „Prawa i pięści”. Szabrujący ale pamiętający tylko o tym jednym sprawiedliwym.

To dokument nie tyko o Miedziance. To o nas – jakimi jesteśmy.

__________

Filip Springer, „Miedzianka. Historia znikania” Wydawnictwo Czarne, 2011.
Blog Filipa Springera.