Przygoda zamiast fotoreportażu z wojny sześciodniowej

Na pamiątkowym zdjęciu chłopak – Patrick i uśmiechnięta dziewczyna w mundurze. Za nimi ściana płaczu, Jerozolima, czerwiec 1967 r.  Miasto opanowane przez Izraelczyków w czasie wojny sześciodniowej.  Dumny fotoreporter, teraz fotografowany przez żołnierza, jeszcze nie wie, że to będzie jedyne udane zdjęcie na kliszach z jego debiutanckim reportażem.

Patrick Chauvel „Reporter Wojenny”

Debiutujący reporter - Patrick Chauvel w 1967 r. (Fot. na stronie wspomnień Patricka Chauvel - „Reporter Wojenny”)

Nudny Paryż
Jak Patrick Chauvel ruszył na tę wyprawę? Właściwie to wyruszył po przygodę. Zazdrości ojcu znanemu reporterowi „Figaro” i jego przyjacielowi Gillesowi Caron opowieści przy wspólnym obiedzie, przygód i więzi zbudowanej podczas wyjazdów. Mówi o tym. Caron odpowiada na to krótko: No to sam ruszaj! I pożycza mu Leikę M3. Młody Chauvel najprawdopodobniej nie czeka już na deser. Szybko odpowiada na ogłoszenie o wolontariacie w izraelskiem kibucu. Zegnajcie nudne kawiarenki Paryża, płyniemy do Hajfy!

Przez płot
Praca przy drzewach pomarańczowych w południowym słońcu już po kilku godzinach przestaje być dla młodzieńca przygodą. W dodatku Izrael znalazł się w stanie wojny i nawet uśmiechy dziewczyn nie zatrzymają Patricka za murem kibucu. Nocą przechodzi ogrodzenie i brnie ze swoją Leiką oraz (podrobioną) legitymacją prasową do najbliższej szosy. Pierwszy światła samochodów okazują się konwojem wojskowym. Zuchwałość Patricka związana jest też ze szczęściem – nie kończy w areszcie. Jednym z żołnierzy konwoju jest jego znajomy ze statku, tak naprawdę ochotnik do armii, a nie pracy w kibucu.

Chauvel, jego pragnienie przygody i Leica docierają z konwojem do bazy na Synaju. Rano podczas śniadania wojna pokazuję swoją grozę. Artyleria ostrzeliwuje obóz. Zabici, ranni, płonące ciężarówki. Zraniona szyja i ręce tak drżące, że ciężko nastawić obiektyw.

Przez kilka kolejnych dni zostaje z jednostkami na pustyni i fotografuje potyczki. W tym czasie pierwsza liga korespondentów relacjonuje marsz na Jerozolimę. Po sześciu dniach wojna dobiega końca. Debiutant musi pokornie wrócić do kibucu i odpracować kilka tygodni, objeżdżając szpitale z grupą teatralną. Występują dla rannych.

Pierwszy materiał
W Paryżu okazuje się, że prawie wszystkie zdjęcia są nieudane. Tę fotografię pod ścianą płaczu zrobił żołnierz, który umiał obsługiwać aparat. Patrickowi zabrakło czasu na naukę i oswojenie z pożyczoną Leicą.  Zdjęcie z pokorą umieścił w swej książce, bo wygląda na nim jak turysta. „A w tym zawodzie nie ma miejsca dla turystów. [...] Ludzie, którzy pozwalają nam się fotografować, powierzają nam swoje dusze.”

Reporter Wojenny
Historię tego zdjęcia znamy ze wspomnień – „Reporter Wojenny”. Patrick Chauvel zrobił jeszcze wiele wybitnych reportaży. Słowo przygoda zniknęło z jego słownika. Jego zuchwałość i pragnienie bycia zawsze w najgorętszym miejscu przyniosły mu także wiele ran, kryzysów życiowych i uwięzienie w rewolucyjnym Iranie. Miał jednak wiele szczęścia. Był ranny, gdy fotografowie obok ginęli, pluton egzekucyjny przed którym stanął, okazał się tylko okrutnym żartem, kiedyś spotkał dziennikarza niosącego depeszę prasową o jego śmierci. Zdaje się mówić: tu nie ma miejsca dla turystów, ale także dla pechowców.

______

Okazuję się, że o tej książce lepiej jest mówić po lekturze jeszcze jednej – Agnieszki Wójcińskiej „Reporterzy bez fikcji”. Oto fragment.

Agnieszka Wójcińska: Czy bycie korespondentem wojennym nie jest trochę taką zabawą dla dorosłych chłopców, poszukiwaniem wrażeń, adrenaliny?
Wojciech Jagielski: Mam nadzieję, że w moim przypadku nie. Jeżeli korespondenci jadą na wojnę dla przygody, to co opowiedzą czytelnikom? Nie mogę uwierzyć, by ktoś miał czelność opowiadać o tym, co sam przeżył, a nie o tym, co ludzie przeżywają naprawdę. Choć zdaję sobie sprawę, że na wojny niektórzy jeżdżą, bo naoglądali się filmów i wyobrażają sobie, że korespondenci to mocni faceci w bandanach, którzy idą na front, a wieczorem chleją whisky, żeby odreagować. Bzdury, z których powinno się wyrastać, mając dwanaście, trzynaście lat.”

Reporter piszący, w przeciwieństwie do fotoreportera, nie musi być w środku akcji, w środku wydarzeń. Wystarczy, że dotrze do ich sedna.

Agnieszka Wójcińska „Reporterzy bez fikcji”, Wydawnictwo Czarne 2011

Patrick Chauvel „Reporter Wojenny”, Wydawnictwo Albatros 2005

Limpkin – dzień dziecka

Początek lat 70. ubiegłego wieku. To wrotki królują na świecie. Dzieci w Ameryce dostają na „gwiazdkę” najczęściej te z butami i hamulcami. A ich rówieśnicy w Europie (na przykład na dzień dziecka) tańsze, przypinane do butów. Dziewczynka na wrotkach na ulicy miasta? To widok zwyczajny. Tyko ci żołnierze… I jakie to miasto?

Fot. Clive Limpkin (za clivelimpkin.com)

Patrol armii, Irlandia Północna ok. 1971 r. Fot. Clive Limpkin (za clivelimpkin.com)

Jakie miasto
Odpowiedź już nie będzie zwyczajna, w tamtym czasie to deklaracja. Jeśli fotoreporter podpisze zdjęcie – ulica w Derry, to prawdopodobnie opowiada się po stronie separatystów, katolików. Ulica w Londonderry to brzmienie zgodne nazwą oficjalną używaną przez władze i protestanckich, lojalnych poddanych brytyjskiej królowej. Irlandia Północna wrze. IRA atakuje nawet w Anglii.

Poprzestańmy na podpisie Limpkina: Patrol armii, Irlandia Północna ok. 1971 r.

Aresztowanie fotoreportera Clive Limpkina. (za clivelimpkin.com)

Clive Limpkina aresztowany podczas fotografowania manifstacji. (za clivelimpkin.com)

Niecodzienne
Limpkin pracuje jako reporter w lokalnych gazetach. Fotografuje życie codzienne i zdarzenia wyjątkowe. Ma oko (także szczęście) do kadrów niezwykłych. Cała scena zaczyna nabierać znaczeń symbolicznych.

Fotografia z 1973 r. – to nie zwykły „gol Bobby Charltona”, to ikona zwycięstwa, legenda zwycięstwa. 1983 r. ta miła pani w lekkiej, zwiewnej sukience to Żelazna Dama – „Margaret Thatcher przed siedzibą rządu”. 1961 r. – „Najsilniejszy człowiek świata” w okularach jak Chruszczow, o twarzy wykrzywionej wysiłkiem na granicy obłędu – ma dres z napisem CCCP.

Dzieci
Popatrzmy na inne zdjęcia Limpkina. Dokumentując codzienność często kieruje aparat na dzieci. Są dla niego pełnoprawnym uczestnikiem wydarzeń a sceny z ich udziałem mają tyle samo napięcia, co te z dorosłymi. Są pełne znaczeń i symboli.

„Dziecko na wadze”. Narodziny dziecka to radość i pełna opieka zgodna z najlepszymi wyobrażeniami o higienie i zdrowiu lat 70. ubiegłego wieku. Dzieci mają szansę na taką codzienność , jaką im zapewnimy. Chwile nudy podczas wystawnych ceremonii dorosłych. I chwile zdziwienia gdy na ulicę – miejsce codziennych zabaw – przybywają żołnierze. Moment zainteresowania Matką Teresą idącą przez irlandzką robotniczą dzielnicę.

Fot. Clive Limpkin (za clivelimpkin.com)

Przegrana w chłopięcych mistrzostwach w boksie, Sussex ok. 1969 r. Fot. Clive Limpkin (za clivelimpkin.com)

Widzimy też dzieci walczące. Widzimy nastolatków z Irlandii Północnej rzucających słoiki z farbą w wóz pancerny lub szykujących butelki z benzyną. Widzimy nastoletnich żołnierzy z Angoli nareszcie traktowanych poważnie przez dowódców i zachodnich dziennikarzy.

Demonstracje i starcia trwają lata, jak bitwa o Bogside opowiedziane przez Limkina, albo kolejne intifady. Rzucanie kamieniami staje się codziennością dla całej dorastającej generacji.

Widzimy też zwyczajne dziecięce emocje – przegraną w sporcie. Ale nie wiemy co gorzej smakuje sama porażka czy ból? I czy pod rękawicami ukryta jest wściekłość? Czy może łzy? Mam nadzieję że jedno i drugie.

Wszystkie zdjęcia pochodzą ze strony fotografa clivelimpkin.com
_______
Clive Limpkin, zaczynał pracę jako reporter lokalnych gazet. Publikuje w: Daily Express, The Sketch, The Sun, Daily Mail. Pisze do The Sunday Times oraz The Observer. Jego książka „The Battle of Bogside” ukazująca trzyletnie walki uliczne w Irlandii Północnej została nagrodzona przez magazyn „Life” Medalem Roberta Capy. Fotografował ogarniętą wojną Afrykę (Angola) i pogrzeb Nassera w Egipcie. Obecnie podróżuje po świecie i prowadzi jak to nazywa dziennik – blog.