Stieglitz – fotograf Nowego Jorku

Alfred Stieglitz zasłynął fotografią dającą wyobrażenie o podróży emigrantów przybywających z Europy do wymarzonej Ameryki. W nowojorskim muzeum Seaport trwa właśnie wystawa przypominająca inną część jego dokonań – wieloletnią pracę jako portrecisty miasta – Nowego Jorku.

Fot. Alfred Stieglitz

„Stary i nowy Nowy Jork”, 1910, Fot. Alfred Stieglitz

Nowoczesność, która oczarowuje
Fotografowanie miasta nie jest jego zasługą, dworce i mosty malowali już impresjoniści. Ich europejskie obrazy oglądali jego rodacy. Stiglitz wprowadził do obiegu sztuki, jako temat, industrialną Amerykę. Oto jeden z jego największych sukcesów. Nowoczesność, która oczarowuje. Taka jest jego wizja Nowego Jorku. Pełnego ruchu, promów, tramwajów konnych, powstających drapaczy chmur, budynków redakcji radiowych i dzienników.

Dokument mimo woli
Stieglitz nie uważał się za dokumentalistę, był estetą z bogatej rodziny zajmujący się promowaniem sztuki. Wyniósł fotografię do rangi sztuki. I poszukiwał malarskich (w sensie najpierw XIX wiecznym a później modernistycznym) tematów. Zdjęcie „Dolny pokład” możemy odczytywać jako fragment reportażu społecznego, jednak był to pojedyncze ujęcie wykonane przez fotografa (uciekającego od znudzonych współpasażerów I klasy) zachwyconego „konstruktywistyczną” kompozycją trapów i pokładów, szarego tłumu i słomkowego kapelusza. Fotografie woźniców i ich koni zmagających się ze śnieżycą to też nie reportaż, a raczej ujęcia z wymarzonej malarsko scenerii, jaka zapanowała nagle przed wejściem do galerii fotografika. Jeśli udokumentował=sportretował miasto i społeczeństwo swoich czasów to trochę mimowolnie.

Nostalgia
Wielu fotografów amerykańskich nadal patrzy i myśli Stiglitzem. Tęsknota za tamtym malarskim, miękkim i przydymionym sposobem patrzenia, który stworzył – piktorializmem – skłania współczesnych do poszukiwań specyficznych warunków oświetleniowych, elektronicznego stylizowaniu zdjęć albo stosowania tradycyjnych technik np. gumy. Jednym z oryginalniejszych pomysłów jest zastosowanie przez Timura Civana stuletniego obiektywu w swoim cyfrowym aparacie. Stworzył cykl prac będących estetyczną impresją i hołdem dla tamtego dawnego portretu miasta Styglitza.

Fot. Timur Civan

Miasto Steiglitza sto lat później. Fot. Timur Civan

________

Alfred Stieglitz –
(1864-1946) Amerykański fotograf, promotor fotografii, sztuki i uznany galerysta. Pochodził z bogatej rodziny niemieckich emigrantów. Studiował w berlinie inżynierię i fotografię. W 1890 powrócił do Nowego Jorku. Publikował w periodykach o fotografii, później sam je tworzył i prowadził (1903-1911 „Camera Work”). W 1905 otworzył przy Piątrej Alei pod numerem 291 galerię nazywana „291″. W 1907 r. podróżuje po Europie nawiązuje nowe kontakty i zaczyna promować sztukę nowoczesną w Ameryce. W latach 1925-1929 kieruje „Intimate Gallery a w 1929-1946 An American Palace. Umiera w Nowym Jorku.

Igranie z dokumentem

Autorzy zajmujący się mediami i sztukami wizualnymi potrafią korzystać z wielu źródeł. Sięgają także do archiwów fotoreporterów.  Powody i cele ich działań są bardzo różne. Odmienne są też komunikaty, jakie niosą. Czasem udaje im się zadać poważne pytania, a bywa że stają się tylko zabawą wizualną gubiącą jakikolwiek przekaz. Różny jest poziom intelektualny i estetyczny, ale warto przyjrzeć się pracom kilkorga z nich.

Produkt
Zacznijmy od użycia starych zdjęć do ilustracji gier osadzonych w historycznych realiach. Przykładem są produkcje firmy „Paradox Interactive” gdzie plansze startowe to „malarskie” kopie znanych fotografii z czasów II wojny światowej. Fani historii często są nabywcami gier o takiej tematyce. A gracze sięgają do różnych form publikacji historycznych. Funkcja i treść jest oczywista. A forma? – Świadomie użyłem słowa „kopia” na początku akapitu.

Hearts of  Iron 3

Hearts of Iron 3

Więcej o planszach do gry

***

Istnieje tez wiele działań ograniczających się formalnie do fotomontażu (montażu elektronicznego). Tylko nieliczne z nich są w stanie wygenerować dyskusję, stawiać sensowne pytania oraz, co ważne, mają odpowiedni poziom estetyczny. A przecież nie chodzi tu o biegłość w użyciu photoshopa.

Harce bohaterów wyobraźni
Agan Harahap łączy bohaterów historycznych kadrów z bohaterami kultury komiksowej. Podkreśla w tytule czas i miejsce historycznego ujęcia, a w kadrze kroniki lub zdjęciu fotoreportera jedna z postaci zostaje zamieniona przez inną. Często bohaterowie scen pozostawali bezimienni. Nie konkretny bohater ale całe zdjęcie stawało się rozpoznawalną ikoną czasów. I być może w kulturze masowej do kadru-ikony bardziej pasuje bohater-ikona, a nie zwykły człowiek.

Zainteresowanie montażami Harahpa nie tylko na blogach o fotografii ale także na blogach o dizajnie i gadżetach wskazuje na to, że trafił także do wielkiej części odbiorców, dla których Che Guevara, żołnierze od sztandaru z Iwo Jimy są tak samo ważni i realni jak Batman. I zasługują na miejsce na koszulce.
I to jest chyba wymiar działań Agana Harahapa.

Fot. Agan Harahap (za Flickr)

Greenham Airfield, June 5, 1944. Fot. Agan Harahap (za Flickr)

Więcej na Flikrze

Gra miejscem i czasem
Siergiej Łarienkow na swoim blogu umieszcza fotografie wykonane w tych samych miejscach, co stare pocztówki, zdjęcia, filmy. Zestawia scenerie znane dzisiejszym przechodniom z mroczniejszymi duchami historii. W jego zdjęciach zrobionych na ulicach europejskich miast pojawiają się mgliście albo jak zjawa fragmenty zdjęć zrobionych podczas II wojny światowej. Rosjanin jest wierny tradycyjnej wizji historii swojego kraju i Europy (i chyba nie zaskoczy nas obrazkami z tej samej Pragi, ale z 1968 albo Budapesztu 1956). Jego fotografie nie budzą też kontrowersji. To bardziej sprawdzian dla rodaków ze znajomości ilustracji z podręczników do historii. A dla obcokrajowców przypomnienie o zapomnianych lub nieznanych scenach. Wielu zachodnim blogerom zajmującym się fotografią ta propozycja spodobała się.

Fot. Siergiej Łarenkow

Szturm Reichstagu, Berlin. Fot. Siergiej Łarienkow

http://sergey-larenkov.livejournal.com/

360 stopni
Podobnego, tradycyjnego zabiegu łączenia nowych i starych klatek dokonują realizatorzy filmów. Na szczególną uwagę zasługuje realizacja Francuzów przeznaczona do panoramicznej sali kinowej w Arromaches. Narracja jest wyjątkowo wiarygodna i oparta na montażu zdjęć zrealizowanych obecnie w tych samych miejscach co historyczne. Twórcom udało się uniknąć jednej z dwu pułapek grożący projektom muzealnym: nie dostajemy ani zimnego, obcego spektaklu multimedialnego, ani zakurzonej gabloty. Poniżej reklama kina (nie ma tu niestety sceny orszaku ślubnego w normandzkim miasteczku)

Więcej na arromanches360.com

Zaraz, przecież to nie…
Do najważniejszych działań dotykających poruszanego tematu należą prace zrealizowane przez artystów, takich jak Zbigniew Libera. Potrafił on, odwołując się do kadrów-kluczy, kadrów-ikon wykreować nowe światy.

Tak bardzo znamy niektóre historyczne „obrazy”, że w pierwszej chwili mylimy zdjęcia Libery z wzorami. Dopiero po chwili stwierdzamy, że podobieństwo jest tylko powierzchowne. Bo Libera pokazuje fotografie całych scen jakie zaaranżował ze statystami i modelami. Ulegamy złudzeniu podobnej formy. W rzeczywistości mamy do czynienia ze sceną bardzo przekorną lub wręcz naruszającą sens i znaczenie tej historycznej.
Ale czy trauma uwieczniona w dokumencie całkiem znika? Pozostaje jak cierń podczas oglądania nowych ujęć.

Fot. Zbigniew Libera (za Wikipedia)

Cykliści. Fot. Zbigniew Libera (za Wikipedia)

Więcej o artyście na culture.pl

Aleje na niebie i ziemi

„No, to będzie operacją! – zaciera ręce z zadowoleniem kapitan Zwolański”. Lecący z nim korespondent Marek Święcicki podziela zachwyt i to poczucie uczestnictwa w czymś wielkim. Formacja ich szybowców, ciągniętych przez brytyjskie bombowce jest imponująca. Przypomina mu nieskończoną aleję wytyczoną ponad Anglią w kierunku Holandii.

Marek Święcicki

Marek Święcicki na stronach reportażu „Czerwone diabły..."

Lądowanie pod ogniem
Gdy 18 września 1944 r. wysiadali z szybowca na lądowisku kilkanaście kilometrów od mostu w Arnhem, operacja „Market-Garden” trwała od dwudziestu czterech godzin. Mijali brytyjskich żołnierzy drzemiących po ciągłej, dobowej walce, rozbity niemiecki samochód sztabowy i ciało zabitego generała. Choć Niemcy bronili się zaciekle, docierały wieści o uchwyceniu przez spadochroniarzy północnego krańca mostu. Trudna operacja, przebicia się 80 kilometrów za linie wroga i wdarcia się do serca Niemiec, zapowiadała się pomyślnie. I taka jest pierwsza depesza korespondenta do Londynu.

Święcicki przyleciał z pierwszym rzutem polskich dział przeciwpancernych i radiostacjami Ludwika Zwolańskiego i innego polskiego oficera łącznikowego przy brytyjskiej dywizji powietrznodesantowej. Mieli wiele szczęścia, ostrzał niemiecki  był niewielki. Następnego dnia sytuacja uległa zmianie. Choć plan Montgomery’ego nie przewidywał poważnych trudności  przeszkodą okazały się dwie niemieckie dywizje pancerne stacjonujące pod Arnhem. Po hitlerowskich kontratakach utracono strefy lądowania. Szybowce z pozostałymi polskimi artylerzystami i sprzętem brytyjskim lądowały wśród oddziałów niemieckich. Powitaniem byłą śmierć bądź niewola.

kapitan Zwolański

kapitan Ludwik Zwolański

„Market-Garden”
Kilkadziesiąt tysięcy spadochroniarzy amerykańskich i brytyjskich miało zdobyć i utrzymać mosty oraz szosę na 80 km w głąb niemieckiego terytorium – to była część „Market”. Kilkadziesiąt tysięcy żołnierzy brytyjskich jednostek zmechanizowanych – kryptonim „Garden” miała się błyskawicznie przedzierać tą „aleją”.

Całość operacji przypominała ustawianie przez Montgomery’ego kostek domina na mapie. W jednej jedynej, za to długiej kolumnie. Pogromca Rommla chciał skończyć wojnę na Boże Narodzenie i chyba założył, że już nikt nie będzie mu przeszkadzał bawić się kostkami. Rzeczywistość okazała się bezlitosna. Jeśli ktokolwiek i cokolwiek (pogoda, wróg, własne opóźnienia) przewróciło którąkolwiek kostkę domina – na początku, w środku, czy na końcu – łatwo przewracały się kolejne. A misterny plan co chwila zaczynał się sypać.

Trzy dywizje powietrznodesantowe i polska brygada desperacko i na nowo próbują ustawiać swoje kostki domina a brytyjski XXX korpus zmechanizowany stara się dołożyć swoje. Czołowe czołgi nacierają i ponosi straty. Trzeba je też wysyłać do tyłu w celu odpierania niemieckich kontrataków na zdobyty korytarz. „Trzydziesty”, zamiast szybkiej jednostki, coraz bardziej przypomina kilkudziesięciokilometrowy korek na jedynej szosie. Na poboczach leżą zepchnięte przez buldożery – zniszczone lub uszkodzone pojazdy. Saperzy budują nowe przeprawy w miejsce wysadzonych. Spadochroniarze i czołgi w końcu desperacko zdobywają przedostatni most na Waal.

Na próżno. Za Renem Niemcy są zbyt silni i zdesperowani bliskością własnej granicy. Siły lądowe docierają do osamotnionych brytyjskich i polskich spadochroniarzy zbyt późno. Udaje się uratować tylko dwa tysiące żołnierzy z przyczółka Oosterbeek i Arnhem.

Osiem dni reportera
O dniach spędzonych na przyczółku Oosterbeek Święcicki opowiada w reportażu „Czerwone diabły pod Arnhem” (o samej książce w notce o powojennych wydaniach reportaży). Za Renem brytyjska 1 Dywizja Powietrznodesantowa wypatrywała lądowej odsieczy i następnej fali spadochroniarzy. Nie wiedzą, że wojska „Garden” utknęły już na pierwszym wysadzonym przez Niemców moście. Z opóźnieniem dowiadują się, że zła pogoda nad Anglią przez kolejne dni zatrzymała polską brygadę. Gdy 1.SBS w końcu lądowała prosto na przygotowanych Niemców i miała uchwycić południowy kraniec mostu, to desperacki opór batalionu czerwonych beretów Frosta na jego północnym przyczółku już dogasał. Rozkazy dla generała Sosabowskiego zostały zmienione – zamiast bezskutecznie atakować silniejsze oddziały niemieckie od południowej strony mostu mieli przeprawić się i wzmocnić przyczółek Osterbeek.

Wobec rwącej się łączności radiowej kapitan Zwolański przepływa wpław Ren, by nawiązać kontakt z generałem Sosabowskim. Wraca z wiadomością, że polska brygada ma  się przeprawiać na improwizowanym sprzęcie.

Teraz Marek Święcicki po części przejął jego obowiązki. Co wieczór przedziera się przez Oosterbeek do brzegu, w stronę wąskiego odcinka jaki utrzymywali Anglicy. Był (nieuzbrojonym) akredytowanym korespondentem ale po pierwsze był oficerem. Znając języki i mając wgląd w trudną sytuację przyjął rolę oficera łącznikowego.

Hitlerowski ogień na przeprawę jest morderczy. Pierwszej nocy w kościele niedaleko rzeki zbiera się tylko kilkudziesięciu Polaków. Przez dwie następne noce przeprawia się około trzystu. Nie są w stanie przechylić szali zmagań. Udaje się to jedynie na jakiś czas i tylko na jakimś odcinku. Niemcy nie spotkali się z tak twardym przeciwnikiem ale mają przygniatającą przewagę. Sytuacja jest rozpaczliwa. Wreszcie zapada decyzja o ewakuacji przyczółka w nocy 25 września.

Wycofywanie oddziałów osłaniają Polacy. To naturalne. Byli w walce o trzy doby krócej. Ich zarost jest o tyle krótszy, a warstwa brudu na bluzach maskujących i bandażach cieńsza.

W głośnym i gęstym deszczu zmieniającym noc w czarną zasłonę Święcicki i żołnierze z przyczółka posuwają się w stronę Renu. Na nadrzecznym pastwisku są prawie odsłonięci, odłamki moździerzy drą trawę wokół. Nagle spod zabitej krowy wysuwa się pomocna dłoń i wciąga  korespondenta pod tę przedziwną osłonę. Ta okazuje zaskakująco skuteczna. Gdy cichną moździerze skokami brną do rzeki. Nie ma paniki.

Korespondent wiosłuje na drugi brzeg w jednej z łodzi ściągniętych pospiesznie z całych sił „Garden”. Kursują do rana i jest ich coraz mniej. Setki spadochroniarzy przepływają na własną rękę, wpław. Starsi mają mniej sił, kapelan polskiej brygady znika kolegom z oczu w połowie nurtu.

Święcicki jest już na „polskim” brzegu i pełznie przez wał w na stronę Driel. Tu padają już tylko nieliczne pociski. Robi się jaśniej. Po chwili reporter rozpoznaje Szkota, który wciągnął go pod cielsko krowy. Może podziękować za tamtą pomoc.
I dopiero teraz zauważa, że leje deszcz.

***

Te dni przyniosą mu reportaż życia. Jego towarzyszowi z szybowca – Zwolańskiemu najwyższe bojowe odznaczenia polskie i brytyjskie.

__________

Marek Święcicki
(1912-1994) Urodził się w Odessie. W czasie studiów na Uniwersytecie Warszawskim był redaktorem tygodnika akademickiego. Nietypowy był początek jego wojennej drogi – 1 września zastał go w Paryżu. Przez Włochy, Jugosławię i Rumunię, po dwu tygodniach, dotarł do Polski. Dołączył do tysięcy polskich żołnierzy, którzy właśnie udawali się w przeciwnym kierunku, do armii odtwarzanej we Francji. Po kampanii francuskiej i ewakuacji do Anglii. W armii polskiej w Szkocji redagował „Dziennik Żołnierza” później londyński „Dziennik Polski”. Od roku 1944 był korespondentem wojennym przy 1 Brygadzie Spadochronowej gen. Sosabowskiego i (brytyjskiej) 1 Armii Powietrznej. Przez osiem dni walk był pod Arnhem wraz z okrążonymi Brytyjczykami i Polakami. Później relacjonował działania armii polskiej na froncie włoskim. Po wojnie pracował w redakcji londyńskiego „Dziennika”. Od roku 1952 związał się z radiem. Prowadził audycje w Radiu Wolna Europa i waszyngtońskim Głosie Ameryki. Reportaże wojenne oraz radiowe ukazały się drukiem. Zmarł w Stanach Zjednoczonych

Publikacje książkowe: „Czerwone diabły pod Arnhem”, „Ostatni rok wojny”, „Z mikrofonem przez historię”, „Z mikrofonem przez Amerykę”.

Fotografowie miast

Kolejne miasta odkrywają sceny ze swoich dawnych dni i dokumentalistów, którzy je uwiecznili. Udostępniane są fotografie z mniej lub bardziej zapomnianych archiwów. W Warszawie mogliśmy oglądać w tym roku dwie wystawy Willego Römera, w Kamieniu Pomorskim – Adolfa Bartelta, a w Białymstoku – Bolesława Augustisa.

Człowiek z Kamienia
Jednym z tych miast, w których historia miała się zacząć w 1945 r. był Kamień Pomorski. Włodarze komunistyczni, mimo kilkunastu lat władzy, czuli się tu tak niepewnie w otoczeniu historii i dawnych tradycji, że zaczęli wyburzać pozostałości starego miasta, by stawiać bloki. W latach 60. nie oszczędzono nawet kirkutu, który przecież wcześniej ocalał mimo władzy hitlerowców.

Od niedawna mieszkańcy Kamienia Pomorskiego zwykli uznawać historię miasta jako własną, a nie obcych. Do najważniejszych dokumentalistów życia miasta należy pierwszy w historii miasta fotograf – Adolf Bartelt. Zakład fotograficzny uległ zniszczeniu podczas walk niemiecko-radzieckich w marcu 1945 r. Sam fotograf zmarł miesiąc później. Część materiałów szczęśliwie zachowała się w Niemczech, dzięki Günterowi Kleyerowi. W kwietniu 2010 r. prof. Hans Dieter Wallschläger z Berlina  przekazał do Muzeum Historii Ziemi Kamieńskiej szklane negatywy Bartelta.

Szklany negatyw Adolfa Bartelta

Szklany negatyw Adolfa Bartelta - cmantarz ewangelicki. (Fot. za kamienpomorski.pl)

Na ujęciach sprzed 100 lat odnajdujemy scenki uliczne, nabrzeże portowe, rynek w Kamieniu Pomorskim, dwór w Szumiącej, wiejskie zabudowania, kościół w Mechowie.

Latem mogliśmy oglądać wystawę pt. „Historia zapisana na szkiełkach – Adolf Bartelt kamieński fotograf”. Grupa Edukacji Twórczej „Oswajanie Sztuki”  przygotowała odbitki ze starych negatywów oraz podkast z fotografiami Bartelta na stronie muzeum Ziemi Kamieńskiej.

Człowiek z Syberii
W 2004 r. dwaj chłopcy odnajdują na strychu negatywy w rolkach i na szklanych płytach. Fotoreporterowi lokalnej gazety Grzegorzowi Dąbrowskiemu udaje się rozpoznać zbiór i określić jego znaczenie – to kompletne archiwum jednego autora Bolesława Augustisa – przedwojennego fotografa. Dąbrowski zabezpiecza i konserwuje materiały, a zdjęcia publikuje „Gazeta Wyborcza”. Później pokazyno je też na wystawie „Fotografie Białegostoku z lat 1935-1939” (do 15 września).

Rodzina Bolesława Augustisa, potomkowie zesłańców z 1863 r. przybyli z Syberii do Białegostoku dopiero w 1932 roku. Dwudziestolatek z doświadczeniem fotograficznym szybko znalazł pracę w zakładzie przy rynku. W 1935 r. otworzył własny zakład fotograficzny przy ul. Kilińskiego. Fotografował mieszkańców w atelier oraz przy pracy. I to są chyba najciekawsze zdjęcia. Był uzdolniony, mógł też oglądać radziecką prasę i filmy z kręgu „Człowieka z kamerą”.

Fot. Bolesław Augustis

W zakładzie fryzjerskim. Fot. Bolesław Augustis (za fotopolis.pl)

„Łapał” także niedzielnych spacerowiczów. Był to powszechny sposób pracy przedwojennych fotografów – zdjęcie i wręczenie wizytówki zakładu.

Po wkroczeniu Sowietów w 1939 r. ojciec fotografa zostaje aresztowany. Przepada bez wieści. Na początku następnego roku zabierają także Bolesława. Mija pół wieku, a historia się powtarza, kolejny z rodu Augustisów zostaje wysłany na Syberię.

Zgłasza się do armii Andersa i wraz z nią przez Iran opuszcza Związek Radziecki. Walczy we Włoszech. Demobilizacja zastaje go w Anglii. Nie wraca do Białegostoku i komunistycznej Polski. Być może nie chce po raz trzeci trafić na Syberię. Decyduje się na emigrację do Nowej Zelandii. Już nigdy nie ogląda swoich zdjęć.

Berlińczyk – okupant Warszawy
Notka o wystawie dokumentalnych fotografii Willego Römera była chyba pierwszą na tym blogu, w jakiej Niemiec pojawił się w roli pozytywnej. Jakże inna od drugowojennej była ta okupacja, po przejęciu Warszawy przez armię kajzerowską w 1916 r. To wtedy pojawił się polski samorząd miejski i uniwersytecki. Album towarzyszący wystawie wzbogacony jest o historię tych wydarzeń oraz oraz tekst o społeczności żydowskiej Warszawy w początkach XX wieku.

Fot. Willy Römer

Widok przed kościołem św. Krzyża na Krakowskim Przedmieściu. Fotografia Willy’ego Römera z 1916 r. (za „Dom Spotkań z Historią” )

***

Są takie chwile, w których amatorzy fotografii i rzemieślnicy stają się artystami lub dokumentalistami swoich czasów. Trzeba też szczęśliwego zbiegu okoliczności, by fotografie zachowały się. Dzięki takim momentom, odrobinie szczęścia i pracy konserwatorów mogliśmy tego lata obejrzeć dawny Kamień Pomorski, Białystok i Warszawę.

__________

Adolf Bartelt
(1856-1945) niemiecki fotograf rzemieślnik. Urodził się w Kamieniu Pomorskim. Pod koniec XIX wieku założył pierwszy zakład fotograficzny w Kamieniu Pomorskim, przy Domstrasse 214. Zamrł w Kołomąciu niedaleko Gryfic.

Bolesław Augustis
(1912-1995) – urodził się w Nowosybirsku w rodzinie zesłańców z 1863 r. Polski fotograf. W latach 1935-1940 prowadził zakład fotograficzny w Białymstoku. Aresztowany przez NKWD ponownie trafił na Syberię. Ewakuowany z armią Andersa. Walczył we Włoszech. Po wojnie pozostał na emigracji, trafił do Nowej Zelandii. Tam ożenił się z Polką. Nie wrócił zawodowo do fotografii, zajął się budownictwem. Zmarł w Nowej Zelandii.

Willy Römer
(1887-1979) niemiecki fotograf niezależny i prasowy. Od 1903 roku zajmował się fotografią, najpierw w Berlińskim towarzystwie fotograficznym a później (1908-1912) u Karla Deliusa w Paryżu. W latach 1915-1918 zmobilizowany. Po wkroczeniu Niemców na ziemie polskie i białoruskie fotografował życie codzienne mieszkańców. Po powrocie do Berlina fotografował rewolucję. W latach 20. XX wieku był współwłaścicielem i przejął firmę Photothek. Po dojściu Hitlera do władzy firmę zamknięto. W 1942 roku został wysłany do pracy w hitlerowskiej gazecie w Poznaniu. W 1945 fotografował zniszczony Berlin.
Pozostawił po sobie ponad sto tysięcy negatywów na szkle i celuloidzie.

Ostatnie strzały w Lipsku

W kwietniu 1945 roku Robert Capa – najsłynniejszy fotoreporter wojenny ubiegłego wieku – towarzyszył oddziałom amerykańskim zdobywającym Lipsk. To nie było niemieckie „festung” i ostanie dzielnice sprawnie oczyszczano z ostatnich punktów oporu. Fotograf udokumentował sporo mniejszych akcji i teraz szukał miejsca z szerszą perspektywą. Wchodząc na wyższe piętro kamienicy zauważył, w jednym z mieszkań, młodego i pełnego energii amerykańskiego czołgistę ustawiającego na balkonie karabin maszynowy. On też poszukiwał lepszego widoku – oczywiście lepszego pola ostrzału niż z pojazdu na ulicy. Reporter wspomina, te chwilę: Rosjanie są już w Berlinie, my zajęliśmy Lipsk, z najwyższych pięter widać pogodne niebo – „Niech będzie, zrobię ostatnie zdjęcie tej wojny”.
Padł strzał.

Żołnierz ustawiający karabin maszynowy na balkonie kamienicy nie zdążył oddać ani jednego strzału – zginął od kuli snajpera.

Capa udokumentował to wydarzenie. Zdjęcie przedstawia prawie pusty pokój zwykłego, wysokiego mieszkania. Nie ma śladów wojny, ani zniszczeń. Tylko na parkiecie, utrzymanym z niemiecką pedantycznością, widać czarną plamę krwi. Na progu balkonu leży skulone ciało żołnierza.

Fot. Robert Capa (za This is War - Robert Capa at work)

Amerykański żołnierz zabity przez niemieckiego snajpera, Lipsk. Fot. Robert Capa (za This is War - Robert Capa at work)

Scena nie jest dramatyczna w konwencji narracji filmowej. Krwi jest tyle ile ma jej człowiek, a ciało nie jest ekspresyjnie wygięte. Cichy, realny dramat pojedynczego żołnierza. Był to jeden z ostatnich poległych w tej części frontu. Dramatyczny był moment śmierci, ofiara w przededniu pokoju. Reporter zapamiętał ją jako czystą i cichą śmierć – od lat widział wiele śmierci, był celem wśród żołnierzy na plażach Anzio i na „Omaha”.

***

Historia ostatnich strzałów w Lipsku i tego zdjęcia znalazła się w tekście opublikowanym na blogu „Technopolis” o użyciu fotografii dokumentalnej w sferze kultury popularnej, w grze opartej na realiach 2 wojny światowej, „Hearts of Iron 3” . Więcej fotgrafii opisanych na „Technopolis”.

Pole walki

Kanały historyczne pełne są opowieści o zmaganiach na polach walk. Wodzowie i wojownicy, kiedy przyszli, kiedy odeszli. Jakim sprzętem kiedyś władali, a jaki teraz dominuje na „polu walki”. To bardzo jednostronny obraz wojny. Wielu reporterów wojennych uświadamia nam, że pola działań wojennych to najczęściej zwykłe pola uprawne. Te same pola, które cyklicznie, zgodnie z rytmem pór roku, od wieków wypełnione są pracą.

Niemieckie czołgi, polskie pole

To zdjęcie musiał zrobić jakiś fotograf niemieckiej machiny propagandowej – gdzieś w Polsce jesienią 1939 roku, pancerna armia III Rzeszy odniosła błyskawiczny sukces, a sytuacja jest już stabilna. W kadrze widzimy chłopa bronującego pole.

Orka od rana do wieczora. Jak zawsze – od drogi do lasu, nawrót i od lasu do drogi. I nagle po którymś nawrocie – widok wrogich czołgów na drodze. Początek okupacji. Pracę trzeba dokończyć.

Pierwsza jesienna orka pod niemiecką okupacją (fot. za Hulton-Deutsch Collection/CORBIS)

Wojna w obiektywie niemieckiej propagandy. Pierwsza jesienna orka pod niemiecką okupacją. (fot. za Hulton-Deutsch Collection/CORBIS)

Podwarszawskie kartoflisko

Inne pole. Bardzo odmienny obraz września 1939 r. świat zawdzięcza amerykańskiemu reporterowi, który na wieść o wybuch wojny przedostał się do Warszawy. Julien Bryan pozostał w Warszawie przez dwa tygodnie. Jego fotografie cywilnych ofiar niemieckich ataków lotniczych, po raz pierwszy odsłoniły „horror nowoczesnej wojny”.

Gdzieś na peryferiach oblężonej stolicy, gdzie pola ziemniaków sąsiadują z ogrodami i podmiejską zabudową. Głodni uchodźcy, kobiety i młode dziewczęta zaskoczone w odkrytym polu przy wygrzebywaniu ziemniaków nie miały szans na ukrycie. Dwie nie podniosły się już z kartofliska. Pomoc i reporter przybyli w tej samej chwili co młodsza siostra zabitej.

Zdjęcie, które stało się symbolem nowej wojny prowadzonej przez Niemcy. Fot. Julien Bryan (z archiwum syna fotografa)

Zdjęcie, które dzięki staraniom samotnego dokumentalisty stało się prawdziwym symbolem nowej wojny prowadzonej przez Niemcy. Fot. Julien Bryan (z archiwum syna fotografa)

Od rana do wieczora. Żniwa na normandzkich polach.

Większość sprawozdawców prasowych z Normandii wspomina, że podczas inwazji w 1944 roku bydło, raczej spokojnie, pasło się na polach, a francuscy chłopi pracowali, jak każdego lata. Starali się uprawiać odgrodzone murami pola, tylko że co chwila któryś upadał ranny lub zabity.

Tego samego lata chłopi włoscy mieli więcej powodów do niepokoju. Ich kraj zmieniał koalicję. Wielu uciekało przed frontem nawet w ostatniej chwili, pozostawiając dobytek. Marek Święcicki w jednym z włoskich reportaży (z cyklu „Ostatni rok wojny”) opowiada o walkach nad rzeką Metaro. Po całodziennych zmaganiach w upale jeden z polskich oddziałów wieczornym szturmem opanował folwark. Zarządzono odpoczynek, a na rano dalszy atak przez rzekę. „Po kilkunastu minutach jednak przyszło dwóch szeregowych do dowódcy: – Panie poruczniku, musimy koniecznie zdobyć dzisiaj rzekę, bo nam bydło wyzdycha. – Jakie bydło? – Zdumiał się oficer. – No, z tego folwarku. Gospodarze uciekli, a krowy, osły i świnie są bez jedzenia, a co najgorsze, bez wody. Zwierzęta nie są winne, że jest wojna.” W zapadających ciemnościach ponowili atak i doszli do rzeki – w armii także służyli chłopi.

Od rana do wieczora. Siew w delcie Mekongu.

Robert Capa już od czasów wojny domowej w Hiszpanii dokumentował losy ludności cywilnej. W 1954 r. w czasie wojny w Indochinach nieraz był zdziwiony spokojem i determinacją Wietnamczyków sadzących ryż, podczas gdy po grobli sunęły kolumny francuskie i wietnamskie. Reportaż o chłopach z delty miał nosić tytuł „Gorzki ryż” – nie został dokończony. Capa zginął na minie, na jednym z podmokłych pól.

Kolejne armie odchodzą, a min takich jak ta, która zabiła Capę, pozostają tysiące.

Orka, siew, żniwa. Od rana do wieczora. W każdym zakątku świata. Często wojna zaskakiwała kilka razy podczas życia. Czasem była tylko wspomnieniem poprzednich generacji. Wspomnieniem czasu, gdy niektórzy nie wracają z pracy. Dzięki reporterom wojennym poznajemy determinację ludzi, wiernych prostej prawdzie – w świecie ogarniętym wojną nieuprawiane pola to pewna śmierć wszystkich.

_________

Kompletny zestaw fotografii o polach walki w galerii. Zestawienie we wpisie obu zdjęć z polskich pól sprowokowało jeszcze jeden wątek – zmagań między samotnym Bryanem a machiną propagandową Trzeciej Rzeszy, jakie rozegrały się w latach 1940-41 w Stanach Zjednoczonych. Amerykański reporter, na szczęście dla nas, wygrał swą walkę. To temat na oddzielną opowieść.

_________

Julien Bryan

(1899-1974) Urodził się w Pensylwanii. W latach 30. XX wieku pracował w Europie, dokumentując życie codzienne stolic, wydarzenia polityczne i coraz liczniejsze parady wojskowe. Na wieść o wybuchu wojny wyjechał do Warszawy. Dokumentował niemieckie ataki lotnicze na pociąg, a później w stolicy na wiele innych celów cywilnych. Był prawdopodobnie jedynym zagranicznym reporterem w oblężonym mieście. I jedynym, który skutecznie przeciwstawił się obrazowi konfliktu w Europie, jaki prezentowała hitlerowska machina propagandowa.

Wielokrotnie spotkał się z prezydentem Starzyńskim i wystąpił w Polskim Radio. 21 września opuścił Warszawę z ostatnimi zagranicznymi dyplomatami. Udało mu się wywieźć negatywy przez Berlin do Szwecji. Zmontowany materiał pt. „Oblężenie” na wiosnę 1940 roku obejrzało w kinach kilkadziesiąt milionów Amerykanów. Po wojnie jeszcze kilkakrotnie odwiedził Polskę.

Publikacje: film „Siege”

Robert Capa

(1913-1954) Endré Ernő Friedmann urodził się w Budapeszcie. Był fotografem samoukiem i asystentem berlińskich laboratoriach fotograficznych: w 1931 r. Ullstein, a później w Dephot. Po pierwszych próbach coraz częściej dostawał do ręki aparat. Pochodzenie i tematyka reportaży spowodowały, że roku 1933 musiał opuścić Berlin. W Paryżu stał się reporterem niezależnym. Robert Capa to pseudonim tajemniczego amerykańskiego korespondenta – postaci wymyślonej w latach 30. przez Gertę Pohorylle – by łatwiej sprzedawać zdjęcia obojga fotografów. Roberta Capa i Gerda Taro zyskali sławę dzięki reportażom z Hiszpanii. Hiszpańska wojna domowa była pierwszym nowocześnie dokumentowanym konfliktem. A nazwisko Gerda Taro otwiera długą listę korespondentów, którzy ponieśli śmierć podczas pracy. Capa jako reporter magazynu Life fotografował lądowanie w Normandii i walki aliantów aż do zajęcia Niemiec. Tworzył reportaże w Izraelu (1948) i Związku Radzieckiego (1947). Portretował znanych artystów. Był pomysłodawcą koncepcji niezależnej agencji fotograficznej i współzałożycielem Agencji Magnum. Zginął 25 maja 1954 r. w Thai Binh, relacjonując kolejny konflikt – wojnę we francuskich Indochinach.

Publikacje książkowe: „Death in the Making”, „Preface by Jay Allen”, „The Battle of Waterloo Road”, „Slightly Out of Focus”, „A Russian Journal”, „Report on Israel”. Oraz 326 publikacji prasowe z lat 1932-1954.

Marek Święcicki

(1912-1994) Urodził się w Odessie. W czasie studiów na Uniwersytecie Warszawskim był redaktorem tygodnika akademickiego. Nietypowy był początek jego wojennej drogi – 1 września zastał go w Paryżu. Przez Włochy, Jugosławię i Rumunię, po dwu tygodniach dotarł do Polski. Dołączył do tysięcy polskich żołnierzy, którzy właśnie udawali się w przeciwnym kierunku, do armii odtwarzanej we Francji. Po kampanii francuskiej i ewakuacji do Anglii. W armii polskiej w Szkocji redagował „Dziennik Żołnierza” później londyński „Dziennik Polski”. Od roku 1944 był korespondentem wojennym przy 1. Brygadzie Spadochronowej gen. Sosabowskiego i (brytyjskiej) 1 Armii Powietrznej. Przez osiem dni walk był pod Arnhem wraz z okrążonymi Brytyjczykami i Polakami. Później relacjonował działania armii polskiej na froncie włoskim. Po wojnie pracował w redakcji londyńskiego „Dziennika”. Od roku 1952 związał się z radiem. Prowadził audycje w Radiu Wolna Europa i waszyngtońskim Głosie Ameryki. Reportaże wojenne oraz radiowe ukazały się drukiem. Zmarł w Stanach Zjednoczonych

Publikacje książkowe: „Czerwone diabły pod Arnhem”, „Ostatni rok wojny”, „Z mikrofonem przez historię”, „Z mikrofonem przez Amerykę”.