Fotograficzne powroty do Normandii

Na was spoczywają oczy całego świata – powiedział w 1944 roku Dwight Eisenhower do swoich żołnierzy gotowych do ataku na północną Francję . I spoczywały. Korpus korespondentów akredytowanych przy siłach inwazyjnych był pełen sław świata literackiego i dziennikarskiego. Relacje i fotografie z plaż popłynęły natychmiast. Są to tematy na dziesiątki samodzielnych opowieści (kilka zdjęć jest także tu). Dziś o czymś innym. Kilka przykładów na to, że słowa głównodowodzącego inwazją – w jakiejś części – trwają do dziś.

Zaciekłość trzymiesięcznych walk o Normandię, oraz ogrom przedsięwzięcia jakim była sama inwazja sprawiają, że co roku, 6 czerwca przybywają tu weterani, ich rodziny, miłośnicy i rekonstruktorzy historii, a także dziennikarze*.

Jednym z fotografików, którzy nadal kierują swoje obiektywy w stronę bohaterów D-day jest Ian Patrick. Fotografował gwiazdy sztuki i rocka dla „Rolling Stone”, pracował dla „New York Times’a”. Od lat 80. mieszka we Francji i mówi o sobie, że jest „Amerykaninem w Paryżu”. Gdy jego ojciec przybył na 40. obchody lądowania towarzyszył mu w podróży po Normandii. Odkrył świat ludzi, którzy uczestniczyli w najbardziej spektakularnej operacji desantowej w dziejach. Zaczął też poznawać ich indywidualne historie i zrozumiał, że stoi wśród bezimiennych bohaterów.

Portrety bezimiennych bohaterów na wystawie w 65. rocznicę D-day

Aparat zabrany dla kilku pamiątkowych zdjęć rodzinnych posłużył szerszemu projektowi. W latach 1984-2008 Patrik portretował ludzi przyjeżdżających na historyczne plaże. Sceny przedstawiają oficjalne uroczystości i chwile prywatności.

Fotograf używa lampy błyskowej, ale to jego kontaktowi z portretowanym oraz odpowiedniemu momentowi i właściwej scenerii zawdzięczamy blask w oczach weteranów.

W 2009 roku w Muzeum Bitwy Normandzkiej pokazano efekty dwudziestopięcioletniej pracy fotografa.

Portrety uzupełniono o wspomnienia i archiwalne zdjęcia bohaterów. Całość została opublikowana jako album i na stronie poświęconej projektowi
d-dayportraits.com

________

Fotograf David Burnett, pracujący dla „Tima” jest znany z reportaży o mieszkańcach współczesnej ameryki i jej prezydentach. On także wielokrotnie wracał do Normandii. Portretował weteranów II wojny światowej tu i w ich rodzinnych domach. Opowieścią o tych spotkaniach jest podkast zamieszczony na stronach tygodnika „Time”.

Strona fotografa davidburnett.com
________

Na koniec niewielkie odstępstwo tematyczne – utrzymany w lżejszym tonie film, jaki zawdzięczamy trzem młodym grafikom pracującym dla kanału historycznego. Opowiada o realizacji scen do dokumentu o tajemnicach D-Day. Piękna narracja, a na koniec klipu sekwencja w ostatecznej formie.

________

* Z tych samych powodów inwazja w Normandia może być na tym blogu nadreprezentowana. Szczególnie w czerwcu.

Wojna koreańska oczami fotoreporterów „Life’a”

25 czerwca 1950 wybuchła wojna koreańska. Tygodnik „Life” przypomina tę rocznicę galerią zdjęć zrobionych przez swoich korespondentów. Większość tych kadrów nigdy wcześniej nie została opublikowana.

David Douglas Duncan, 1950 r. (Fot. za Life.com)

David Douglas Duncan, 1950 r. (Fot. za Life.com)

Najsłynniejsze kadry tej wojny zawdzięczamy Davidowi Douglas Duncanowi.

PS. Niestety, po roku tygodnik zaprzestał publikacji i możliwości wstawiania galerii na stronę. Aktualny jest link do galerii Duncana.

Korespondet po wojnie

Piotr Osęka o legendarnym reporterze czasów wojny – Ksawerym Pruszyńskim i jego losie w skomplikowanej sytuacji powojennej. W tekście „Polityki” – „Podróżnik po Polsce”.

„Pruszyński wrócił jako jeden z pierwszych, we wrześniu 1945 r., namówiony przez Oskara Langego i Jerzego Borejszę. Szybko przyjął ofertę pracy w dyplomacji i już w listopadzie został radcą ambasady w Waszyngtonie, aby w następnych latach być urzędnikiem polskiej misji przy ONZ, a w 1948 r. objąć stanowisko ambasadora w Holandii. Jednocześnie cały czas pisał i publikował – opowiadania, reportaże, publicystykę…” więcej na stronie tygodnika „Polityka”

Ksawery Pruszyński

Ksawery Pruszyński, fotografia ze zbiorów Stanisława Pruszyńskiego / za Polityka.pl

Reportaż z Abbeville

Wymanewrować albo prześcignąć 10. Pułk Strzelców Konnych. To była rzecz niewykonalna. Ich szybkim czołgom i elastyczności działania dywizja generała Maczka zawdzięczała przełamanie frontu w Normandii. Teraz gnali w stronę granicy francusko-belgijskiej. Gdy filmowiec Janusz Żegota-Januszajtis miał udokumentować zajęcie przez strzelców konnych Abbeville musiał się bardzo postarać, by zdążyć na czas.

Trochę ryzykował wybierając niesprawdzoną ale najkrótsza drogę. Dotarł do kanału i półrozwalonego mostu, który w wielkim pośpiechu wysadzili Niemcy. Panowała cisza, dopalały się tylko elementy przęseł. Zaszumiała kamera – taka sceneria pobojowiska to zawsze jakaś namiastka akcji dla spóźnionego korespondenta. Więcej śladów walki nie było. Gdy zdążył już ochłonąć już na tyle, by zauważyć że nie było nawet śladów gąsienic po przejściu 10. pułku, wokół zaczęły wybuchać pociski. Z drugiego brzegu odezwały się także karabiny maszynowe i rzeka zaczęła wyglądać – jak wspomina operator – jakby padało. Jego dżip był dobrym, bo jedynym celem w mieście. Po chwili uciekającym po własnych śladach. 2 kilometry za miastem Januszajtis spotkał polskie czołgi. Pognały dalej, mając już rozpoznaną drogę.

1. Dywizja Pancera w walce

Żołnierze i czołgi 10. PSK a ulicach wyzwolonego miasta. Strony ksiażki - 1. Dywizja Pancera w walce

Reportaż ze zdobycia Abbeville w końcu się udał. Sceny przetrwały do dziś, wmontowane w filmy, a sama historia trafiła do wspomnień fotoreportera. Nie oparł się pokusie opisania, jak od strony wroga pędził na przeciw polskiej kolumnie i meldował zdumionemu dowódcy: „zdobyłem Abeville panie pułkowniku”.

Z rzeczywistą dumą wspomina niektóre ujęcia. Zarejestrował trafienie, które uciszyło („na wieki”) stanowiska niemieckich karabinów maszynowych w oknie wieży katedralnej. By ochronić zabytek, do tego jednego strzału, ściągnięto najlepszego artylerzystę. Efekt – „wieża nienaruszona”. Między wierszami znajdziemy jeszcze jedno źródło satysfakcji, z tymi karabinami maszynowymi operator znał się już wcześniej.

Prześcignąć 10. Pułk udało się jedynie korespondentowi. Ale tylko raz i przez przypadek.

________

Jerzy Zbigniew Żegota-Januszajtis
(1920-1998) Urodził się w Warszawie, syn generała. Pierwszą życiową przygodą maturzysta liceum krzemienieckiego stało się zimowe przejście przez Karpaty do Rumunii. Do Francji przeniósł szyfr do kontaktu z organizacją podziemną. W Szkocji przeszedł szkolenie bojowe w 1. Dywizji Pancernej. Początkowa w oddziałach liniowych później skierowany wyłącznie do pracy oświatowej o reporterskiej. Dokumentował działania jednostki na froncie zachodnim, często na pierwszej linii. Osobistym sukcesem Januszajtisa było stworzenie profesjonalnego zespołu dokumentalistów, dzięki powołaniu do 1.DP filmowców powstania warszawskiego z wyzwalanych obozów jenieckich. Zespół dokumentował losy dywizji gen. Maczka do rozwiązania jednostki oraz montował filmy z materiałów Januszajtisa. Oprócz dorobku fotoreporterskiego pozostawił, próby poetyckie i kompozytorskie. Zmarł w Anglii.
Publikacje książkowe: „Wspomnienia fotoreportera z Dywizji Maczka”
Filmy: „Niezwyciężeni – Idziemy”, „Kroniki 1. DP”, „Droga do Wilhelmshaven”

Zdjęcia ze ślubu

Koledzy mówili do niego „Brok”. Wcześniej prowadził zakład fotograficzny, więc fotografowanie ślubu było rzeczą najoczywistszą pod słońcem.

Tylko, że ten ślub odbywał się 13 sierpnia 1944 roku, w samym środku powstańczej Warszawy. A akowskie pseudonimy mięli także: ksiądz, państwo młodzi i większość uczestników uroczystości.

fot. Eugeniusz Lokajski, Muzeum Powstania Warszawskiego

fot. Eugeniusz Lokajski, zbiory Muzeum Powstania Warszawskiego

Od pierwszych dni sierpnia „Brok” był oficerem łącznikowym sztabu okręgu AK i miał uprawnieniem do noszenia i używaniu aparatu fotograficznego. Kilkaset zdjęć ukazujących życie mieszkańców i żołnierzy Śródmieścia to jeden z najważniejszych dokumentów Powstania.

Utrwalił – na pojedynczych kadrach, sekwencjach, czasem jako minireportaże – kolejne etapy zmagań, małe zwycięstwa. Zmieniająca się sceneria. Coraz mniej chwil wytchnienia. Coraz więcej ofiar. I nastroje. Od pierwszych dni, pełnych radości i dostatku, po zmęczenie. Bezradność cywili. Często niechęć i żal.
A ten ślub – to było już w drugim tygodniu powstania – to już nie były dni euforii.

fot. Eugeniusz Lokajski
Strony albumu: „Brok” Eugeniusz Lokajski 1908-1944 Fotoreporter.

Tramwaj ze Śródmieścia

Zdjęcia robione z ukrycia: opustoszałe ulice, unieruchomione tramwaje, zniszczone czołgi. Pożary i zgliszcza. Chwile odpoczynku i namiastka normalnego życia tylko na małych, zamkniętych podwórkach. Mieszkaniach zamienionych na kwatery, szpitale, zbrojownie. Podwórka kaplice i podwórka cmentarze.

Z kadrami wywalczonymi każdego dnia wracał do ciemni.

Zginął w 56 dniu powstania, starając się dotrzeć do sklepu fotograficznego, po brakujące materiały. Jego nazwiska nie znajdziemy na tablicach pomnika w Bayeux.

Eugeniusz Lokajski
Brok

***

Negatywy brata ocaliła Zofiia Lokajska-Domańska.

___________

Eugeniusz Lokajski „Brok”
(1908-1944) Urodził się w Warszawie. Lekkoatleta, olimpijczyk, wielokrotny mistrz Polski. Ukończył warszawski Instytut Wychowania Fizycznego. Później został wykładowcą tej szkoły.  Fotoamator. Brał udział w kampanii wrześniowej. W czasie okupacji oficjalnie pracował w laboratoriach fotograficznych. Był oficerem AK. Zajmował się dokumentacją niemieckich zbrodni i przebiegu Powstania. Zginął 25 września w Śródmieściu.
Publikacje: zdjęcia zamieszczano w powstańczych biuletynach, kilkakrotnie (np. po upadku PASTY) odbyły się pokazy filmowe.
W 2007 ukazał się album: „Brok” Eugeniusz Lokajski 1908-1944 Fotoreporter.

___________

Byli filmowcami i fotoreporterami Komendy Głównej AK lub Delegatury Rządu RP na Kraj. Ich jedyną bronią były obiektywy aparatów i kamer.  To nazwiska tylko niektórych…

Filmowcy:
Antoni Bohdziewicz „Wiktor”
Jerzy Gabryelski – reżyser
Jerzy Zarzycki „Pik”

Fotoreporterzy:
Eugeniusz Haneman
Sylwester Braun – „Kris”
Stanisław Bala – „Giza”

Polskie reportaże wojenne i ich powojenne wydania

Kilkudziesięciu polskich dziennikarzy starało się towarzyszyć polskim oddziałom w czasie zmagań wojennych w różnych zakątkach Europy. Frontowe relacje docierały także od żołnierzy regularnych jednostek. Żołnierzy z notesami i aparatami – tak o sobie myśleli. Jednak kilku stało się rasowymi dokumentalistami. Warto o nich pamiętać, tak jak pamiętamy o naszych wybitnych reportażystach literatach XX. wieku.

Literaci i korespondenci
„Dywizjon 303” Arkadego Fiedler
a i „Bitwa o Monte Cassino” Melchiora Wańkowicza są najszerzej znane. Powstawały jako książki i miały poruszać tematy – legendy. Aurę legendy wzmacniał fakt, że dotarcie do egzemplarzy wymagało od czytelnika wtajemniczenia (w okupowanym kraju i w latach 50. dosłownego). Ważny był też, po prostu warsztat literacki autorów i idąca za nim sława. To wszystko przekładało się na kolejne, bardziej dostępne wydania książek.

Zupełnie inny los spotykał relacje korespondentów wojennych. Były rozproszone po gazetach i broszurach. Wydawnictwach z natury doraźnych i najczęściej o ograniczonym zasięgu.

Na szczęście po zakończeniu działań wojennych podjęto próby zebrania i publikacji najciekawszych relacji. Książki i dokumentacja filmowa powstawała przed demobilizacją Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie. Drukowano w miarę skromnych środków, niepotrzebnej już aliantom, armii. Najlepiej w drukarniach Szkocji i Belgii, czyli tam, gdzie jeszcze dobrze pamiętano o Polakach.

fot. Tomasz Pawlak

„Czerwone Diabły pod Arnhem” oraz „Ostatni rok wojny” to efekt pracy reporterskiej dziennikarza – Marka Święcickiego. Autor pozostał wierny reportażowi historycznemu już do końca kariery zawodowej.

Czerwone Diabły pod Arnhem
Jeśli chodzi o książkę, jako przedmiot, najbardziej porusza skromna broszura „Czerwone diabły…”. Wydana w Rzymie w 1945 roku. Powstała w drukarni polowej przy 2. Korpusie Polskim (to tam w oddziale Kultury i Prasy uwijali się Czapski, Grudziński, Giedroyć). Papier jaki można było zdobyć w powojennych Włoszech już podczas druku był w złym stanie. Do kompletnego zestawu czcionek wiele trzeba było dorabiać, także wszystkie polskie znaki. Prawdopodobnie zgodnie z wojenną reguła „z tego się nie strzela” nie wykazano tu ani rusznikarskiej, ani nawet typograficznej precyzji. Litery w liniach skaczą przed oczami ale po przeczytaniu kilku kolejnych kolumn nie zwracamy już na to uwagi. Jesteśmy w środku opowieść o Brytyjczykach i Polakach gen. Sosabowskiego próbujących dotrzeć o ten jeden most za daleko. Spisane i wydane „na gorąco”.

fot. Tomasz Pawlak

„Egzotyczna” dla drukarza nazwa holenderskiej miejscowości Driel zamieniła się w Oriel.

Ostatni rok wojny
Fragmenty tej samej opowieści otwierają wydany w następnym roku zbiór dwunastu reportaży – „Ostatni rok wojny”. Tom zaskakuje jakością. Drukowany w Glasgow na takim papierze i oprawiony z taką starannością, że do dziś wygląda jakby pochodził z lat sześćdziesiątych. Nie zmienił się jednak surowy charakter samej relacji. Marek Święcicki zaznacza w przedmowie: „Wymagały by one, jeśli nie gruntownego przepracowania od podstaw, to przynajmniej licznych poprawek i uzupełnień. Wówczas jednak przestały by być tym, czym są: bezpośrednią obserwacją dziennikarza, któremu los pozwolił przemierzyć parokrotnie Europę w jednym z najtragiczniejszych jej okresów”.
Święcicki świadomie zostawił poprawienie, uzupełnianie relacji czasowi i kolejnym autorom. [Przy pierwszym zetknięciu samodzielnie wydane „Czerwone Diabły...”
mogą rozczarowywać brakiem rozmachu literackiego. Porównujemy „Czerwone diabły pod Arnhem” i „O jeden most za daleko”. Bieżącą relację uczestnika wydarzeń z powieścią Corneliusa Ryana o tych wydarzeniach. (Bo to wystylizowana na reportaż, wypracowana przez lata, z relacji setek osób, znakomita powieść.)

1. Dywizja Pancerna w walce
Na uwagę zasługuje inna publikacja emigracyjna. Szczególna, bo reporterzy, redaktorzy i graficy starają się pozostać niezauważeni. A w przedmowie przyznają, że łatwiej było wygrać niejedną bitwę, niż wydać książkę w pięknej szacie i planowanym nakładzie.
W 1947 w Brukseli powstał obszerny zbiór relacji żołnierzy gen. Maczka - „1. Dywizja Pancerna w walce”. Autor jest zbiorowy. Często w podpisie widnieje nazwa oddziału. Piszą żołnierze o żołnierzach. Ważna pod względem fotoreporterskim – znalazło się tu około stu zdjęć – przeważnie sygnowanych. Opowieść od lądowania w normandzkim Arromanches, przez pola Falaise, ulice Bredy, groble Holandii, aż po zdobytą bazę niemieckiej marynarki - Wilhelmshaven.

O drodze dywizji Maczka mówi także dorobek filmowy i fotograficzny zespołu, który stworzył oficer jednostki - Jerzy Zbigniew Żegota-Januszajtis. Pancerniak, który nie rozstawał się z aparatem, a z czasem dokupił amatorską kamerę filmową. Najistotniejsze, że potrafił przekonać dowódców o znaczeniu dokumentu i skupić wokół siebie doświadczonych filmowców, realizatorki i fotoreporterów z Armii Krajowej (m.in. Roman Banach, Leonard Zawisławski, Jerzy Beeger). Zwieńczeniem prac zespołu były filmy zmontowane po wojnie. Najważniejszy dokument to „Idziemy”, od lat 90. znajduje się w archiwach Telewizji Polskiej i Muzeum im.gen. Stanisława Maczka w Bredzie.

Koniec wojny
Pod względem ideowym te wszystkie relacje mają kilka cech.
O klęsce się nie pisze. To cena zwycięstwa. Bolesne, chwilowe niepowodzenia a wyznaczone zadania podejmą i dokończą inni. Tak jest u Święcickiego pod Arnhem. Tak jest u Wańkowicza, gdy mowa o pierwszych bitwach o Monte Cassino.
Charakterystyczna dla relacji z ostatniego okresu walk i późniejszego rozwiązania PSZ stała się gorycz w wypowiedziach uczestników (szczególnie żołnierzy kresowego 2. Korpusu) i retoryczne pytania autorów. Kończyły się walki. Wszyscy wokół, nawet wrogowie-jeńcy, myśleli o powrocie do domu.
A my dokąd? Gdzie się podział nasz trud, ta rozlana krew? I gdzie to nasze zwycięstwo?
Literaci, korespondenci i redaktorzy mówią tu zgodnie. I dodają: zostawiamy wam dokument.

__________

Marek Święcicki
(1912-1994) Urodził się w Odessie. W czasie studiów na Uniwersytecie Warszawskim był redaktorem tygodnika akademickiego. Nietypowy był początek jego wojennej drogi – 1 września zastał go w Paryżu. Przez Włochy, Jugosławię i Rumunię, po dwu tygodniach, dotarł do Polski. Dołączył do tysięcy polskich żołnierzy, którzy właśnie udawali się w przeciwnym kierunku, do armii odtwarzanej we Francji. Po kampanii francuskiej i ewakuacji do Anglii. W armii polskiej w Szkocji redagował „Dziennik Żołnierza” później londyński „Dziennik Polski”. Od roku 1944 był korespondentem wojennym przy 1 Brygadzie Spadochronowej gen. Sosabowskiego i (brytyjskiej) 1 Armii Powietrznej. Przez osiem dni walk był pod Arnhem wraz z okrążonymi Brytyjczykami i Polakami. Później relacjonował działania armii polskiej na froncie włoskim. Po wojnie pracował w redakcji londyńskiego „Dziennika”. Od roku 1952 związał się z radiem. Prowadził audycje w Radiu Wolna Europa i waszyngtońskim Głosie Ameryki. Reportaże wojenne oraz radiowe ukazały się drukiem. Zmarł w Stanach Zjednoczonych

Publikacje książkowe: „Czerwone diabły pod Arnhem”, „Ostatni rok wojny”, „Z mikrofonem przez historię”, „Z mikrofonem przez Amerykę”.

Jerzy Zbigniew Żegota-Januszajtis
(1920-1998) Urodził się w Warszawie, syn generała. Pierwszą życiową przygodą maturzysta liceum krzemienieckiego stało się zimowe przejście przez Karpaty do Rumunii. Do Francji przeniósł szyfr do kontaktu z organizacją podziemną. W Szkocji przeszedł szkolenie bojowe w 1. Dywizji Pancernej. Początkowa w oddziałach liniowych później skierowany wyłącznie do pracy oświatowej o reporterskiej. Dokumentował działania jednostki na froncie zachodnim, często na pierwszej linii. Osobistym sukcesem Januszajtisa było stworzenie profesjonalnego zespołu dokumentalistów, dzięki powołaniu do
1.DP filmowców powstania warszawskiego z wyzwalanych obozów jenieckich. Zespół dokumentował  losy dywizji gen. Maczka do rozwiązania jednostki oraz montował filmy z materiałów Januszajtisa. Oprócz dorobku fotoreporterskiego pozostawił, próby poetyckie i kompozytorskie. Zmarł w Anglii.
Publikacje książkowe: „Wspomnienia fotoreportera z Dywizji Maczka”
Filmy: „Niezwyciężeni – Idziemy”, „Kroniki 1. DP”, „Droga do Wilhelmshaven”

W hołdzie korespondentom

Jest takie miejsce – w cichym, francuskim Bayeux, do którego sztormowy wiatr niesie czasem zapach morza. Pomnik ma formę parku. Wśród zieleni stoją surowe w formie bloki z jasnego, lokalnego kamienia. Na pierwszym umieszczono słowa Simone de Beauvire:
Człowiek zaznaje wolności tylko wtedy, gdy wszyscy wokół są wolni.

fot. Tomasz Pawlak

Motto wyjaśnia, dlaczego Pomnik Poległych Dziennikarzy, Korespondentów Wojennych  powstał w Bayeux – pierwszym, wyzwolonym w czerwcu 1944 roku, francuskim mieście. Z tego samego powodu pierwsze zapisane nazwiska dotyczą II wojny światowej i roku 1944. Wolność, podczas gdy cała reszta Francji i znaczna część świata pozostawała w niewoli. Wolne i niezniszczone Bayeux stało się także pierwszym przystankiem dla korespondentów akredytowanych przy armii inwazyjnej. Tu opłakiwano ofiary desantu, witano szczęśliwie odnalezionych.

Ruszamy spokojną alejką, wytyczoną kolejnymi tablicami. Daty i nazwiska. Wiadomości rozproszone w czasie i nadchodzące z dalekich zakątków świata tu mają szczególną, bolesną wagę. Zgromadzone w jednym miejscu słowa nabierają wagi kamienia.

8 września 2006, gdy sekretarz organizacji „Reporterzy Bez Granic” Roberta Menarda odsłaniał pomnik – tych nazwisk było 406. Poległych w latach 1944-2005 dziennikarzy, operatorów i fotografów. Jeszcze w czasie uroczystości do zgromadzonych dotarła informacja o tragicznej śmierci kolejnych dziennikarzy: Rosjanki Anny Politkowskiej w Moskwie oraz dwóch reporterów niemieckich w Afganistanie.


Przez ostatnie lata ustawiono kolejne tablice, a krzewy i bluszcz z siłą wyrosły obok nich.
Stąpając po mocnej trawie, która nie przypomina już tej świeżo rozłożonej z archiwalnych zdjęć, dochodzimy do pierwszego kamienia -  lata 1944-1945. Nazwisko najwybitniejszego dokumentalisty tamtej wojny – Erniego Pyle’a. Był uwielbiany przez żołnierzy, tu w Normandii za to, że był zawsze bardzo blisko nich. Zginął niecały rok później podczas działań na Pacyfiku.

Kilka kroków dalej na tablicy upamiętniającej lata 1951-1954 odnajdziemy Robera Capę. On też był tu, we Francji pamiętnego czerwca, bardzo blisko, bo w pierwszym rzucie, w największym piekle D-Day. Film „Szeregowiec Ryan” z naturalistyczną wizją lądowania na „Omaha” daje pewne wyobrażenie o tym epizodzie. Gdyby przyjąć, że sekwencja na plaży trwa prawie 2 godziny, przez cały film, a w centrum ciągle jest reporter ze swoimi trzema aparatami to zbliżymy się do historii. Jest też szczęśliwe zakończenie – Capa ocaleje, lecz z jego 79 zdjęć – tylko siedem.
Wojna upomniała się o niego dopiero dziesięć lat później.

Kolejne tablice tego kalendarza zapełnione są coraz liczniejszymi nazwiskami. Ofiary niektórych lat zajmują już całe płyty. To daty i nazwiska związane z kolejnymi konfliktami i miejscami: Wietnam, Bejrut, Irak… Wśród nazwisk umieszczonych na najnowszych tablicach – Mounir Bouamrane i Waldemar Milewicz.

Gdy miniemy już ostatnią tablicę, idziemy zwykłą parkową aleją. Ten projekt architektoniczny z założenia musiał mieć charakter otwarty. W parku jest pewien smutek, ale silniejsze jest odczucie trwania i kontynuacji. Po spacerze nabieramy pewności, że dzieło tych ludzi trwa.

_____________________

Reporterzy Bez Granic

Journalists Memorial

_____________________

Robert Capa
(1913-1954) Endré Ernő Friedmann urodził się w Budapeszcie. Był fotografem samoukiem i asystentem w berlińskich laboratoriach fotograficznych: w 1931 r. Ullstein, a później w Dephot. Po pierwszych próbach coraz częściej dostawał do ręki aparat. Pochodzenie i tematyka reportaży spowodowały, że roku 1933 musiał opuścić Berlin. W Paryżu stał się reporterem niezależnym. Robert Capa to pseudonim tajemniczego amerykańskiego korespondenta – postaci wymyślonej w latach 30. przez Gertę Pohorylle – by łatwiej sprzedawać zdjęcia obojga fotografów. Roberta Capa i Gerda Taro zyskali sławę dzięki reportażom z Hiszpanii, gdzie wojna domowa była pierwszym nowocześnie dokumentowanym konfliktem. A nazwisko Gerda Taro otwiera długą listę korespondentów, którzy ponieśli śmierć podczas pracy. Capa jako reporter magazynu Life fotografował lądowanie w Normandii i walki aliantów aż do zajęcia Niemiec. Tworzył reportaże w Izraelu (1948) i Związku Radzieckim (1947). Portretował znanych artystów. Był pomysłodawcą koncepcji niezależnej agencji fotograficznej i współzałożycielem Agencji Magnum. Zginął 25 maja 1954 r. w Thai Binh, relacjonując kolejny konflikt – wojnę we francuskich Indochinach.
Publikacje książkowe: „Death in the Making”, „Preface by Jay Allen”, „The Battle of Waterloo Road”, „Slightly Out of Focus”, „A Russian Journal”, „Report on Israel”. Jego prace ukazały sie 326 razy w różnych publikacjach prasowych w lat 1932-1954.

Ernie Pyle
(1900-1945) Urodził się na farmie w Indianie. Już w czasach studiów redagował pisma uczelniane. Od 1921 był reporterem waszyngtońskich dzienników. W roku 1926 wraz z nowo poślubioną żoną rozpoczął podróż po Stanach Zjednoczonych. Pisał także felietony o tematyce lotniczej.
Po przystąpieniu Stanów Zjednoczonych do wojny został korespondentem frontowym. Pisał  z perspektywy zwykłego żołnierza o walkach w Afryce, Europie i na Pacyfiku. Z ulic ogarniętego walką Saint-Lo w Normandii i z pokładu lotniskowca na Oceanie Spokojnym. Artykuły przyniosły mu Nagrodę Pulizera w roku 1944.
Zginął podczas zdobywania małej wysepki niedaleko Okinawy – Ie Shimie,18 kwietnia 1944 roku.
Publikacje książkowe: „Ernie Pyle In England”, „Here Is Your War”, „Brave Men”, „Last Chapter”.

Zamiast powitania

To ma być blog o podróżach oraz wędrówkach literackich i wirtualnych śladami historii, a także tych którzy ją dokumentują: korespondentów wojennych, reporterów, fotoreporterów. Warto przypomnieć sylwetki znanych dokumentalistów, a tym bardziej ponownie odkrywać publikacje tych dziś już zapomnianych. Ciekawe są też momenty z życia znanych literatów, gdy stawali się korespondentami wojennymi.

Ryszard Kapuściński zauważył, że zawód korespondenta w formie XX wieku zmienia się i prawdopodobnie zanika.

Uczestnicy wydarzeń są w stanie a bieżąco dokumentować sytuację. Z dnia na dzień zauważamy,  że korespondent przestał być świadkiem – staje się celem.

Organizacja „Reporterzy bez granic” przypomina,  że codzienna praca korespondentów i ludzi relacjonujących konflikty domowe i lokalne jest staje się coraz bardziej niebezpieczna.

Pierwszy wpis to ten z datą 6 czerwca, w rocznicę lądowania aliantów w Normandii. O miejscu które łączy przeszłość i codzienną pracą korespondentów.


Flaga na mapie blogów – zatknięta.
P.S. Gdzieś na te wydmy 6 czerwca 1944 r. wysiedli z barek desantowych korespondenci akredytowani przy brytyjskiej armii.